Fragment książki: „Widma”
Odłożył na łóżko dwa granaty, schował papierzyska i założył z powrotem klepki. Przepchnął amerykankę i usiadł na niej, zasapany. Basi mu brakowało, słów i ust jak najbardziej, lecz też tej prostej czynności: zawsze dotąd, gdy zamykał skrytkę, Basia wkraczała z miotłą i ścierką, zdumiewająco ostrożna jak na taką piękną dziewczynę.
materiały prasowe

Część pierwsza: Krzyś

I
Cud Dnia Pierwszego


Mieszkanie było zupełnie zwyczajnym mieszkaniem na Mokotowie, w gruncie rzeczy wydawało się Mokotów streszczać, zamykać w wąskich ścianach, w ciemnej przestrzeni kuchni, w graciarni rzeczy zbędnych lub przynajmniej brzydkich (nie wiadomo, co gorsze, myślał Krzyś): zatęchłych ubrań, poniszczonych książek, jęczącej podłogi i nagrobnego prostokąta okna.

Mysiego koloru narzuta szpeciła tapczan, i tak nieładny, sprawiający wrażenie, jakby spadł z wysoka i rozkraczył się z impetem. Był też fotel, amerykanka, ni to szara, ni to niebieska, oraz biurko pełne zapisków, zdumiewająco starannych mimo pośpiechu, w jakim musiały powstać, oraz szkiców: ludzie na tych szkicach byli pogarbieni, pokreśleni i niedokładni, za nimi gięły się drzewa i domy. Za to rzeczy w ramkach na ścianach wydawały się zwyczajne, ot, akwarele i rysunki piórkiem, wyróżniał się tylko dziwaczny obraz pełen żywych kolorów. Świat na nim był wykrzywiony. Obok obrazu, na komodzie, stała figurka Matki Boskiej.

Krzyś podwinął rękawy czarnego golfu i zabrał się do przesuwania amerykanki. Nie był zbyt silnym mężczyzną, jego niska sylwetka o wąskich ramionach mogła właściwie należeć do chłopca, ale ten mebel potrafiłby przesunąć bez trudu jednym mocnym szarpnięciem, wystarczyło odpowiednio chwycić i pociągnąć ku sobie. Rumor zlałby się z hałasem całego Mokotowa, z szumem na ulicach i trzaskami szczekaczek, no ale po co, skoro można inaczej, ostrożnie i po cichu. Tak właśnie zrobił to Krzyś, krótkimi, starannie wyważonymi ruchami przepchnął amerykankę na środek pokoju. Zerknął w stronę drzwi, przyklęknął i podważył pierwszą klepkę. Zawsze zastanawiał się, czy te trzy klepki podłogowe różnią się od pozostałych, czy zmieniła się ich barwa od ostatniego razu i czy inaczej trzeszczą. Jak zwykle po pierwszej, opornej, dwie następne poszły błyskawicznie i odsłoniła się skrytka.

Krzyś zgarnął papiery z ukrytej sterty, było tam trochę prasy podziemnej, wymięte egzemplarze „Nowego Wróbla”, podręczniki wojskowe z przedwojnia i jeden zrobiony już za Niemców, konspiracyjne wydanie Psychologii emocjonalnej Petrażyckiego. Głębiej znajdowały się mapy i materiały szkoleniowe, zasłaniając prawdziwe skarby: thompsona z długą kolbą, dwa steny, schmeissera, do tego parę granatów i trochę amunicji. Generał Monter twierdził, że jak kto nie ma broni, powinien chwycić kamień i jakąś zdobyć. Krzyś broń miał.

Zgarbił się przez moment nad skrzynką, wcale nie dlatego, że przydusił go atak astmy, kto by się astmą przejmował w taki dzień? Krzyś zastanawiał się, co wziąć, przecież broń nie należała do niego, zarazem — iść na Focha z gołymi dłońmi nie miało sensu. Ale jeśli zatrzyma go patrol?

Dzień był ciepły, stena można było ukryć pod płaszczem, tylko że płaszcz pierwszego sierpnia wygląda podejrzanie. Tego dnia jednak ludzi w płaszczach będzie całe mnóstwo na ulicach Warszawy. Krzyś wiedział, że prócz płaszczy oraz stenów żołnierz potrzebuje także butów i on musi te buty załatwić. Czasu brakowało. Czuł dziwny niesmak, jakby tym zleceniem dano mu do zrozumienia, że powinien zostać z tyłu i usługiwać walczącym, jakby w jego oczach dało się wyczytać, że walczyć to znaczy zabić, Krzyś zaś sprawiał wrażenie człowieka, który ładnie umrze, ale z zabijaniem może mieć kłopot. Odrzucił te myśli, pocieszając się, że każdy w Warszawie grzęźnie teraz w wątpliwościach i każdy chce być gdzie indziej, w innym plutonie, w kamienicy lub bramie innej niż ta, w której akurat siedzi, a już na pewno znalazłby się człowiek, co chciałby właśnie w tej chwili klęczeć nad skrytką pełną broni.

Odłożył na łóżko dwa granaty, schował papierzyska i założył z powrotem klepki. Przepchnął amerykankę i usiadł na niej, zasapany. Basi mu brakowało, słów i ust jak najbardziej, lecz też tej prostej czynności: zawsze dotąd, gdy zamykał skrytkę, Basia wkraczała z miotłą i ścierką, zdumiewająco ostrożna jak na taką piękną dziewczynę. Nie umiał sobie wytłumaczyć, czemu Basia robi coś takiego, przecież to niepotrzebne, gdyby ktoś złożył donos albo jakiś Niemiec wszedł przypadkiem, zaraz pomyślałby o amerykance i o klepkach pod nią, żadne zamiatanie nie zdołałoby pomóc. A Basia zamiatała, zamiatała cierpliwie.

Zastanawiał się teraz, gdzie ona jest, czy doszła już na Pańską, a jeśli nie, to czy dojdzie, nim wszystko się zacznie, przecież nie trzeba być generałem, by wiedzieć, co się święci. Mobilizacja trwa już kilka dni, od Pragi, od Radzymina i Otwocka pruje sowiecka artyleria, a na wezwanie Fischera do kopania rowów zamiast całego miasta przyszła garstka skurwysynów. Basia zatem, która nigdy nie chciała wiedzieć — wie, warto zapytać, co z tą wiedzą zrobi, zaszyje się gdzieś czy pójdzie za Krzysiem? To pytanie zakłuło i rozlało się po jego ciele, biedne i chude jak i ono.

Krzyś umył twarz, wpakował granaty do spodni i zakrył płową marynarką, za dużą na jego wąskie ramiona, z przepastnych rękawów wystawały chude nadgarstki, z nakrochmalonego kołnierza sterczała głowa chłopca o przestraszonych oczach. Zerknął jeszcze za okno, na zegarek i znów za okno, tam po brukowanych chodnikach spieszyli ludzie, sunąc w bezładnych grupach ku sobie znanym celom; jeśli jakaś twarz pojawiała się w oknie, to tylko po to, by zaraz zniknąć, jeśli z ciemnej bramy wyskoczył bosy szkrab, też przepadał momentalnie w innej ciemnej bramie. Wyobraźnia poety dopowiedziała resztę: oto mury kamienic na Hołówce rozrywają się niczym świeżo zabliźnione rany, spod tynku wyłazi mokra czerwona cegła, bramy są wysokie, wąskie, o kształtach pradawnych kamieni, puste odbicia pogańskich kręgów, wypadają z nich ci, których Warszawa pożarła, ci rzuceni na talerze Moskali, Sowietów i Niemców, pałaszowani sztućcami z kości volksdeutschów, rozgryzani, przeżuci — teraz znów cali, wyrywają się na wolność. Chłopcy zarżnięci podczas rzezi Pragi, wybici przez mrozy Sybiru, zastrzeleni na Szucha, zagłodzeni, żywe popioły niedawnego getta pędzą w podmuchu z trzewi miasta. Na ten obraz nałożył się drugi, zaskakując nawet Krzysia, że takie rzeczy w nim się rodzą: nastał pokój, Niemca wybito, wyzwolone widma bratają się ze sobą, odnajdują się kumple i kochankowie, kolumnami czarnych samochodów pędzą na zabawę z okazji zwycięstwa, gdzie upiorne kapele grają skoczne przeboje, zakochani szukają sobie miejsc na piętrach lub parzą się zgoła na widoku, przekonani, że skoro są martwi, rozpusta ujdzie im na sucho. Pobici legioniści rżną w pokera i skata, zarżnięte dziwki się do nich wdzięczą, dzieci przywołane z martwych radośnie tłuką szyby w budynkach, przecież już potłuczone we wrześniu, pięć lat temu.

A potem, co jeszcze piękniejsze, upiory suną w stronę Starego Miasta, na Marszałkowską, gdzie zlewają się w trupi korowód opromieniony łuną zwycięstwa. Każdy ma śmieszną czapkę lub kolorowy strój, w niebo wybucha czerwone konfetti, brzmi śmiech, rozbrzmiewa pieśń akordeonów, gitar i katarynek, a ci weseli, zwycięscy zmarli porywają żywych do radosnego szaleństwa, podnoszą kaleki z wózków, starcom wytrącają kule i ciągną ich ze sobą, przygarniają żołnierzy, ich kobiety, matki, strzelają w niebo na wiwat, prędzej i prędzej, żywi i zmarli, króle i kaprale, zwinięci w tanecznym wężu po ulicach Warszawy. A gdzie nie spojrzysz, nie ma smutnej twarzy, chyba że to pysk szmalcownika, volksdeutscha czy zastygłego na krótkim sznurze przywiązanym do latarni granatowego policjanta, posyłającego wściekły grymas. Warszawa się śmieje, Warszawa tańczy, z ludźmi zwierzęta i budynki, miasto podrywa się pod niebo w najświętszych dniach sierpnia. Tak to przynajmniej widział Krzyś, wyraźnie sobą zaskoczony, pomyślał tylko, czyby tego nie zapisać i jakoś Basi nie dać, jako dobrą wróżbę — gdyby poecie móc rozciąć łeb i czytać tam przyszłość, życie byłoby prostsze. Uśmiechnął się do tej myśli — obrazu kapłanów nad rozłupaną czaszką tego czy tamtego wieszcza — uznał, że nie zapisze, bo musi już pędzić. Gdziekolwiek jest Basia, na pewno poczeka.

Krzyś kochał ten dzień cholernie mocno i jak zawsze myślał o sobie — nawet Basię kochał, bo siebie w niej rozpoznawał. Sierpień pozwalał mu frunąć, parł na plecy gorącym wiatrem, samemu kazał płonąć, zrobić coś, do czego się nie nadawał. Krzyś nie umiał nawet poprawić granatów za paskiem i marynarki tak, żeby nie były widoczne — obserwowany z daleka musiał wyglądać jak człowiek oszpecony przez dwa brzydkie guzy, wyrosłe w rejonach bioder. Nie umiał też zbiegać szybko po schodach, nie potrafił bez jednego spojrzenia zostawić za sobą milczącego podwórka, nie był wreszcie zdolny do tego, by wyjść w słońce Warszawy i popędzić na miejsce zbiórki. Ale właśnie tak zrobił.

*

Wydawnictwo Literackie 2012

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj