Recenzja książki: Jerzy Pilch, "Dziennik"

Pilch w ciemniejszej tonacji
Nie żałuję, że nie śledziłam pilnie rubryki Pilcha w „Przekroju”, bo lepiej przeczytać jego „Dziennik” jako książkę.
materiały prasowe

Po pierwsze, to nie jest żaden dziennik (choć Pilch się upiera) tylko felietony trochę inaczej zorganizowane, z datami powstania. Ale natychmiast rozpoznajemy w nich ton autora „Bezpowrotnie utraconej leworęczności” i jego świetne frazy. Już na samym początku: „Całymi latami marzyłem o byciu literackim urzędnikiem, a przyrosła mi cyganeryjna gęba lekkoducha, bankietowicza i Bóg wie kogo. Stary refren: każdemu to, na czym mu najmniej zależy”.

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną