Fragment książki: „Dziewczyna z poczty”
Asystentka pocztowa powoli, z rezygnacją, wyjmuje z górnej szuflady biurka kartkę urzędowego papieru, składa ją starannie na pół, podkłada rygę i pieczołowicie, wyraźnie, pięknymi literami o cieniutkich pionowych i pogrubianych poprzecznych kreseczkach, pisze podanie do dyrekcji w Wiedniu o przysługujący jej zgodnie z prawem urlop, prosi także, by z powodów rodzinnych mogła otrzymać go natychmiast oraz żeby z początkiem następnego tygodnia przysłano zastępczynię.
materiały prasowe

Potem pisze do siostry, by ta załatwiła jej w Wiedniu wizę szwajcarską i pożyczyła małą walizkę, a także, ze względu na matkę, przyjechała omówić z nią różne sprawy. A potem, przez następne dni, powoli, starannie i dokładnie przygotowuje się do podróży, bez radości, bez nadziei, bez zaangażowania, tak jakby nie była to jakaś część jej prywatnego życia, lecz należała do tego drugiego, jedynego, jakie zna - do służbowych obowiązków.

Cały tydzień trwają przygotowania. Wieczory schodzą na szyciu, ceruje, pierze i poprawia stare ubrania, poza tym siostra, zamiast kupić coś za przesłane dolary (mała zastraszona mieszczka uznała, że lepiej będzie je odłożyć), pożyczyła jej trochę własnej garderoby: żółtoszary płaszcz podróżny, zieloną bluzkę, broszkę z mozaiką, którą matka kupiła w czasie podróży poślubnej do Wenecji, a także małą wiklinową walizkę. To zupełnie wystarczy, mówiła, w górach nie trzeba specjalnych toalet, a gdyby czegoś zabrakło, najlepiej kupić to na miejscu. Nadchodzi wreszcie dzień wyjazdu. Płaską wiklinową walizkę osobiście zanosi na dworzec nauczyciel z sąsiedniej wsi, Franz Fuchsthaler, nie dając się ubiec w tej przyjacielskiej przysłudze. Ledwie dotarła do niego wiadomość, ów niewysoki, słabowity mężczyzna o płochliwym, skrytym za grubymi szkłami spojrzeniu śpieszy natychmiast do pań Hoflehner i oferuje im pomoc; tylko z nimi w tej odległej, położonej wśród winnic wsi utrzymuje przyjacielskie stosunki. Jego żona, lekarze stracili już wszelką nadzieję, od ponad roku leży w państwowym szpitalu gruźliczym w Alland, a ich dwoje dzieci żyje na garnuszku u mieszkających gdzie indziej krewnych; przesiaduje więc sam, prawie każdego wieczoru, w dwóch opustoszałych pokojach i z wielkim oddaniem w ciszy tworzy różne drobne, niepozorne rzeczy. Układa w zielnikach kwiaty, okrągłym pismem kaligrafuje pod zasuszonymi płatkami ich nazwy, łacińskie czerwonym, a niemieckie czarnym atramentem, własnoręcznie oprawia we wzorzysty karton ulubione bordowe zeszyty wydawnictwa Reclam i starannie zaostrzonym piórkiem z mikroskopijną dokładnością, prawie nie do odróżnienia, naśladuje druk na grzbietach książek.

Późnym wieczorem, kiedy upewni się, że śpią już wszyscy sąsiedzi, nieco sztywno, ale z wielkim przejęciem gra na skrzypcach z własnoręcznie skopiowanych nut, najczęściej Schuberta i Mendelssohna, albo przenosi najpiękniejsze wersy i złote myśli z pożyczonych książek na karty drobnoziarnistego papieru czerpanego, które zawsze, ilekroć przekroczy kolejną setkę, spina w nowy zeszyt i oprawia w błyszczącą okładkę z kolorową etykietką. Niczym arabski kopista Koranu lubuje się, dla własnej cichej satysfakcji, bezgłośnie przechodzącej od wewnętrznego, skupionego wysiłku do widocznego ożywienia i radości, w delikatnych krągłościach ozdobnego pisma, a także w, to lekko, to znowu silnie pochylonych i pnących się ku górze zawijasach; książki, dla tego skromnego, cichego, znerwicowanego człowieka, co przed swym służbowym mieszkaniem nie ma nawet ogrodu, są tym, czym kwiaty w domu, uwielbia ustawiać je rzędami na półkach w kolorowe alejki; ze staroświeckim zapałem ogrodnika strzeże każdej z nich osobno i ostrożnie, niczym coś kruchego, bierze je w wąskie, anemiczne dłonie. Nigdy nie zachodzi do gospody. Nienawidzi piwa oraz dymu i lęka się ich tak jak pobożni ludzie złego; gdy tylko zza okna posłyszy prostackie odgłosy kłótni albo pijackie wrzaski na dworze, omija je pośpiesznie szybkimi, zdecydowanymi krokami.

Od czasu choroby żony utrzymuje kontakt jedynie z paniami Hoflehner. Odwiedza je na ogół po kolacji, żeby trochę pogawędzić albo - obie to lubią - swym właściwie nieciekawym, ale przechodzącym we wzruszeniu w wyższe, melodyjne tony głosem odczytać im jakieś fragmenty książek, najchętniej z Kwiatów polnych autorstwa ich krajana Adalberta Stiftera. Jego nieśmiałość i bojaźliwość zdają się niepostrzeżenie topnieć, gdy podnosząc wzrok znad książki, widzi twarz zasłuchanej jasnowłosej dziewczyny; dzięki wewnętrznemu skupieniu, z jakim Christine słucha, nauczyciel czuje, że ona go rozumie. Matka, widząc, co w nim wzbiera, wie, że kiedy tylko dopełni się nieunikniony los jego żony, mężczyzna nabierze śmiałości i skieruje spojrzenie ku jej córce. Ta jednak, stawszy się cierpliwą, milczy: dawno już oduczyła się myśleć o sobie.

Nauczyciel niesie walizkę na prawym, nieco niższym ramieniu, nie zważając na śmiechy uczniaków. Ciężar nie jest aż tak duży, musi się jednak zasapać, żeby dotrzymać kroku Christine, która prze niecierpliwie i nerwowo do przodu; pożegnanie w domu bardzo ją, o dziwo, poruszyło. Matka mimo wyraźnego zakazu lekarza trzy razy kuśtykała za nią po schodach do sieni, tak jakby z nieodgadnionego strachu chciała się jej uczepić, i chociaż czas naglił, Christine za każdym razem musiała korpulentną, zanoszącą się szlochem kobietę odprowadzać z powrotem na górę. A potem stało się to, co tak często zdarzało się w ostatnich tygodniach; nagle, w podnieceniu, łkając i wyrzucając przy tym z siebie potok słów, stara kobieta zaczęła tracić oddech i ciężko dyszącą trzeba położyć do łóżka. W tym stanie ją zostawiła i teraz targają nią niepokój oraz wyrzuty sumienia: Mój Boże, a jeśli coś się stanie, a mnie tu nie będzie, nigdy nie widziałam jej tak wzburzonej, rozpacza. A co, jeśli w nocy będzie czegoś potrzebowała, siostra przyjedzie z Wiednia dopiero w niedzielę.

 

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj