Kawiarnia literacka
Była sobie Brygada Kryzys
Długie tygodnie lata w mieście postanowiłem wypełnić pracą na roli. To znaczy w ogródku, który przyobiecał deweloper na podstawie umowy, jaka uczyni mnie obywatelem unieśmiertelnionym przez bank – bo ten zadba o moją dobrą kondycję przez dekady kredytobrania.

Wiem już, że muszę długo, cierpliwie i rozsądnie żyć, a to jest bardzo pocieszające. Pocieszenie występuje tu w funkcji motywacji pozytywnej.

30 lat, co to znaczy? Dokładnie tyle minęło od ukazania się najważniejszej płyty polskiej muzyki, czyli „czarnej” Brygady Kryzys. Z tej okazji grupa znowu koncertuje. Kiedy pisałem swoje pierwsze wiersze, ukazała się druga płyta Brygady Kryzys „Cosmopolis”. To był początek lat 90. Tych wierszy dziś nie mogę raczej czytać, są li tylko dokumentem czasu utraconego, a płytę młócę permanentnie. Ba, z wielką uwagą staram się śledzić poczynania Roberta Brylewskiego i Tomka Lipińskiego, a każde ich nowe wystąpienie z jakimś projektem muzycznym przyjmuję z ufnością dziecka, po prostu podoba mi się wszystko. Nawet nie staram się dociekać, dlaczego mi się podoba. Po prostu pewien rodzaj gitarowych wibracji działa na mnie niczym proustowska magdalenka i błyskawicznie teleportuję się z powrotem „w świat”. Jaki świat, wypadałoby zapytać? Były.

Przeszłość jako jedyny, twardy fundament sytuacji obecnej. Wielce problematyczna teza. Zwłaszcza dla kogoś, kto jednak posiada nikłą wiarę w postęp. Oczywiście postęp, w moim rozumieniu, ogranicza się do robaczkowych ruchów własnej wiedzy bazującej głównie na zawsze relatywnym doświadczeniu i lekturowej wybiórczości. Sęk w tym, że z czasem przybywa wiedzy maleje natomiast radość jej zdobywania. Wszystko prawdopodobnie sprowadza się do zakresu wrażliwości, który określa jakość naszych duchowych (w tym muzycznych) przygód.

„To, co wiem, mając lat sześćdziesiąt, wiedziałem już jako dwudziestolatek. Czterdzieści lat długiego, mozolnego, niepotrzebnego weryfikowania...” – tak Emil Cioran podsumował swoją sytuację z 1971 r., jeżeli mnie nie zawodzi algebra. Potem przeżył jeszcze 25 lat, nieustannie ponawiając swoje kalumnie.

Problem w tym, żeby mieć co weryfikować. W moim przypadku najwyraźniej materiał do weryfikacji ograniczać się będzie do odsłuchiwania dosłownie paru płyt, bo na nowe raczej nie będzie mnie stać, biorąc pod uwagę raty dla banku. Można przyjąć, że to pierwsze objawy wymuszonej perseweracji, tworzenia się rytuału, który gwarantuje mi kontakt ze sobą „byłym”, z tym młodocianym człowieczkiem, dla którego określone wibracje muzyczne były jedynym możliwym klimatem, w jakim wzrastać mogła radosna twórczość własna.

Brygada Kryzys będzie mi również przypominać o czasach, kiedy nie miałem długu. „U początku wszelkiej radości stoi jakiś bóg; u jej kresu – niekoniecznie” – wyrokuje ponownie Cioran i trudno się z nim nie zgodzić. Wystarczy tylko wpisać dowolną nazwę własną (np. grupy muzycznej) w miejsce pojemnego boga. Coś jednak idzie do przodu, nawet jeżeli jest to kres.

Portal Nasza Klasa umożliwia ludziom zupełnie realne spotkania po latach, powiedzmy, 40. Czy można sobie wyobrazić bardziej wstrząsające doświadczenie? Wyobrażam sobie, że spotykam kolegę z podstawówki, pokazuję mu parę moich płyt, a on nie wie, o co mi chodzi. Brygada Kryzys? Kiedy to było! No właśnie, nie tak dawno, jakby wczoraj. „Czarna” płyta brzmi po dziś dzień kosmicznie. Oczywiście sporo wiemy o okolicznościach jej nagrania. Ostatnio ukazały się ciekawe książki bohaterów tamtych nagraniowych dni.

Brylewski ogłosił swoją biografię „Kryzys w Babilonie”, Lipiński natomiast zajmująco bloguje na temat: Brygada Kryzys a stan wojenny. Przywołując tytuł jednego ze sztandarowych utworów BK, można powiedzieć, że w polskiej fonografii „nie ma nic”, co mogłoby stanowić punkt odniesienia dla dokonań warszawskich punkowców. Kanon ma jednak to do siebie, że powinien być stale kontestowany.

Taką kontestację przeprowadziła wielka dama dziennikarstwa, pani Janina Paradowska. W show Kuby Wojewódzkiego, na kanapie, spotkała się bowiem z Robertem Brylewskim i z gracją przyznała, że nie do końca wie, kto zacz. Za pośrednictwem łamów POLITYKI odważę się na niedyskretną deklarację. Mam dwoje mistrzów. W dziennikarstwie panią Janinę, w muzyce Brylewskiego. I pierwszy mistrz nie wiedział o istnieniu drugiego. Jeżeli doczekamy się zapowiadanej reedycji płyty, za punkt honoru postawię sobie przekonać panią Janinę do jej wielkości.

Tymczasem smętnie w sezonie ogórkowym liczę wypłatę i koresponduję z kredytowym doradcą. Słyszałem gdzieś, że podobno Brygada Kryzys nosiła się z zamiarem nagrania trzeciej płyty, zatytułowanej „Eurokryzys”. Dla mnie adekwatniej brzmiałoby „Personalkryzys”. Europa sobie jakoś poradzi, ja natomiast niekoniecznie. Z drugiej jednak strony, nie ma tego złego. Ani bank taki zły, jak go malują – kolorowy, klimatyzowany, pachnący. Reklamowany przez uśmiechniętych ludzi w uśmiechniętych w serek sweterkach.

Ogródek to na razie ugór. Gdybym rozpalił grilla, od razu puściłbym z dymem całą inwestycję, gdyż wszystko teraz jest łatwopalne, a na ubezpieczenia zabrakło już kasy. Zresztą nie przepadam za kiełbaskami. Nie jestem ich fanem w wykonaniu drużyny polskich grillersów. Więc puszczam sobie na full „Centralę”, sąsiad grzecznie się oddala. Potem „Radioaktywny blok” i łezka kręci mi się w oku na wspomnienie betonowych bunkrów, w jakich przyszło mi dorastać. Za płotem teraz mam las, konie i ciągły brak świętego spokoju. I oby było tak aż do spłacenia haraczu.

Krzysztof Siwczyk (ur. 1977), jedyny w Polsce poeta, który jest jednocześnie krytykiem literackim, felietonistą oraz aktorem (zagrał świetnie głównego bohatera filmu Lecha Majewskiego „Wojaczek”). Ostatnio wydał tomik poezji „Koncentrat” oraz zbiór esejów i felietonów zatytułowany „Ulotne obiekty ataku”. Pracuje w Instytucie Mikołowskim znajdującym się w domu, w którym mieszkał Rafał Wojaczek.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj