Kawiarnia literacka
Młoda staruszka
To prawdziwa antropologia poranka. Tak to się wszystko zaczyna. Z dokładnym rozpisaniem na kiedyś i dziś. Czas przeszły był jak betonowe koryto, którym płynęło się sprawnie w nowy dzień.

Był jak ekscytujące oczekiwanie na nowe, nieznane, lecz z pewnością udane. Czas teraźniejszy: rano wszystkie myśli są czarne. Porozłażone w różne strony, nie do okiełzania. Zegar swoje, my swoje. Powtarzalność czynności sprawia, że jeszcze bardziej nie panujemy nad rytuałem mycia zębów czy smarowania kanapki masłem.

Czym jest zatem przeszłość? To, jak to zwykle bywa, piękna złota młodość. Nadzieja i radość. A teraz to jest teraz, ma się pięćdziesiąt parę lat, życie się kończy „przybierając formę przetrwalnikową”. Trzeba wymyślić jakiś sposób na samounicestwienie, jak przyjdzie co do czego, bo miejsce na cmentarzu za drogie. Najlepiej więc rozpuścić się kwasem w kwasoodpornej umywalce. Będzie wygodniej dla wszystkich. Takie pomysły rodzą się tylko w czarne poniedziałkowe poranki, ale mogą być zrealizowane w każdy inny dzień tygodnia.

Na przykład taki, w którym dowiemy się, że nasz były mąż został aresztowany. I chociaż facet zabrał nam ileś lat życia i udało nam się wyślizgnąć z jego cienia, poukładać, umościć. I chociaż nie jesteśmy żoną tego faceta od lat, a tylko łączy nas wspólne nazwisko, to stajemy się jego rzeczniczką prasową, kloaką komentarzy, skrzynką życzeń i zaczepek. Bo łączy nas wspólne nazwisko, ale oprócz tego nie łączy nas nic. Dobrze, może przeszłość, która odbija się czkawką i powoduje nagły zwrot w naszym uporządkowanym życiu. Ludzie na ulicy zaczepiają, niby-przyjaciele wydzwaniają i czegoś chcą. Dziennikarze czatują pod domofonem, aby nagrać nasz głos i wyemitować w wiadomościach. Tracimy pracę, bo przecież nie możemy narażać firmy na podejrzenia, na poszepty, zły PR.

Była żona staje się zakładniczką w domu, bo kto by miał siłę żyć z tymi wszystkimi spojrzeniami, uwagami. Z zainteresowaniem dotyczącym tak naprawdę kogoś innego, ale ochlapującym nas od góry do dołu. Niesprawiedliwie przecież, bo myśmy nic nie zrobiły, a teraz mamy karę i kara ta trwać będzie pewnie do końca, bo nie ma nikogo, kto by krzyknął „dość”.

Hanna Samson była żoną Wiecie Kogo i wreszcie napisała na pełnym wkurzeniu to, że oprócz byciem ex- to ona jest również człowiekiem. Jej najnowsza książka „Życie po mężczyźnie” jest jak bolesne podglądanie kobiety, która ocieka błotem, bo ją oblali tak, że jej już prawie nie widać. A ona stoi i się cierpliwie chusteczką jednorazową wyciera, tłumacząc rzeczy oczywiste tonem coraz mniej spokojnym. Że dość, wara od niej. Bo ona jest sobą, a nie byłym mężem, byłym problemem, naszym wyobrażeniem, komentarzem-srażem.

Jest sobą, a że ma pięćdziesiąt parę lat, to ma już wewnętrzną siłę na to, aby pisać dla siebie, żyć dla siebie i pokazać środkowy palec w stronę każdego, kto by chciał jeszcze dodać coś w sprawie jakże bulwersującej i kontrowersyjnej. Lecz sprawie, nie jej, wbijmy to sobie wszyscy do głowy, że za cudze błędy odpowiada błędnik.

„Nie odpowiadam za długi mego męża”, w tym długi moralne i etyczne. Ja jako ja – siedząca na werandzie swojego domu i patrząca na bawiące się w ogrodzie psy. Z bagażem doświadczeń nieco przeładowanym, ale człowiek cały czas podróżować nie musi i walizki czasem można schować pod łóżko czy na pawlacz. I nie pakować się już nigdy, jak się nie ma ochoty, tylko tak siedzieć na tej werandzie i pisać.

Tylko co zrobić z tymi porankami? Co prawda psychoterapeutka uważa, że wszystko z nimi w porządku i nie umie nam pomóc, ale my czujemy, że nie mamy kontroli nad pierwszymi godzinami nowego dnia. Budzimy się nazbyt wcześnie i, wydawałoby się, dysponujemy większą ilością czasu, a to już krok do przodu. Przez całą młodość czasu nam brakowało, a teraz proszę: szósta rano, a my już na nogach. Co z tego, kiedy przez palce nam przepływają czynności domowe, ablucje, westchnienia. Pojedyncze gesty nie sumują się, nie wiążą ze sobą w większą fabułę. Jakbyśmy pisały haiku, a nie powieść. A to epickie dzieło ma być, to nasze życie, a nie jakaś abstrakcja typu jedna kropka na białym tle.

Z pomocą przychodzi sen. Pojawia się w nim stara babuleńka w chuście, siedzi na przyzbie i siedzi. Tworzy jedność z drewnianą ławką, patrzy w dal i nie jest ciekawa ani świata, ani nawet siebie. Chyba oczekuje, aż strach pomyśleć czego. W takiej sytuacji banalne umycie zębów nie ma najmniejszego sensu. W takiej sytuacji lepiej cichutko się wycofać i nie przeszkadzać w cudzym poranku.

A mnie korci, zaglądam przez płot i patrzę się na staruszkę. Zaraz, zaraz – ona wcale taka stara nie jest. Ma co prawda wsiową chustkę, która dodaje jej wieku, ale w sumie wygląda na młodą. Przyglądam się jej, ona taka szczupła, nogi niezłe, twarz prawie bez zmarszczek. Myślę sobie, po cholerę ona tam tak siedzi i czeka? Mogłaby się miotać sprawdzając pocztę, pijąc kawę i planując wieczorne wyjście ze znajomymi. Mogłaby wiele rzeczy, ale ona już nie chce najwidoczniej, bo ona ma horyzont i wszystko gdzieś.

Patrzę dalej, a na jej dłoniach resztki zeschniętego błota, co jej gazeta z inną telewizją nawrzucała swego czasu. Ach, więc to tak. Przeskakuję płot, podbiegam z chusteczką i wycieram jej te ręce pobrudzone. I mówię, chodź ze mną, Hanka, pojedziemy sobie gdzieś twoim zdezelowanym samochodem. Na siedzenie to ty, dziewczyno, jeszcze będziesz miała czas. A teraz żyjmy. Po mężczyźnie, ale za to dla własnej, osobistej przyjemności.

Sylwia Chutnik – autorka „Kieszonkowego atlasu kobiet” (Paszport POLITYKI 2008, adaptacja w stołecznym Teatrze Powszechnym), „Dzidzi” (adaptacja w Legnicy) i „Warszawy kobiet”. Działaczka społeczna, felietonistka i przewodniczka miejska po Warszawie. Słucha punk rocka i Hanki Ordonówny. Jak dorośnie, to zostanie Pippi Langstrumpf.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj