Kawiarnia literacka
Bodo
Dwudziestolecie międzywojenne nie miało wymyślnych reklam. Ot: „Pijcie piwo Skierniewickie, bo smaczne” czy „Żądajcie tylko oryginalnego kakao Wedla, bo dobre”.

Papierosy beznikotynowe Morwitan i „Radion sam pierze” to już były szczyty umiejętności ówczesnych copywriterów. Morwitan zresztą po prostu bił rekordy wysublimowania, ponieważ jego reklamy to były całe tanga wydawane na płytach Syrena Elektro. I kiedyś, kto wie, czy nie w POLITYCE, trafiłem na przedwojenną reklamę pasty do zębów z udziałem bohatera tego felietonu Eugeniusza Bodo. Reklama była straszna. Tubka pasty metalowa. Hasło, jak to wtedy, mało wyrafinowane: coś jak „myjcie zęby pastą radioaktywną”. Dlaczego akurat radioaktywną, trudno dziś już stwierdzić, ale przyznacie Państwo, że nie kojarzy się to dobrze. W każdym razie pasta radioaktywna najwyraźniej działała. Świadczyło o tym zdjęcie reklamującego ją aktora. Sztuczne. Wyszczerzone. W sposób niewyszukany i nachalny eksponujące nienaturalnie białe zęby.

Bodo nie zawsze był przystojny i miał twarz podatną na głupie miny, co dobrze się sprawdzało w komediach i lekkich burleskach, w kabaretach, ale fatalnie wychodziło w reklamie pasty do zębów, tym bardziej radioaktywnej. Patrząc na tę reklamę, można było sobie pomyśleć tak: cyniczna gwiazda, cyniczna reklama, cyniczny, fałszywy uśmiech, gdzieś tam kasa w tle.

I jest drugie zdjęcie, a właściwie dwa. Po raz pierwszy zobaczyłem je w nie tak dawno wydanej przez wydawnictwo Rebis biografii Bodo pióra Ryszarda Wolańskiego „Już taki jestem zimny drań”. Natychmiast ją kupiłem, nawet nie patrząc na cenę. Biografia jest napisana niezbyt ciekawie i językiem, który nieco trąci myszką, ale są tam dwa zdjęcia więzienne Bodo, z profilu i en face. Nie poznałbym tego człowieka, gdyby mi nie powiedziano, że to tamten przedwojenny aktor. Aresztowany w 1941 r., więziony w łagrze w Kotłasie, bez szans na wyjście, z postępującą chorobą. Oto człowiek, który już na nic nie liczy. On, Ordonka, ten sam scenariusz: jeszcze kilka lat temu, rok temu, szampany, kawiory, limuzyny i nagle, bez żadnego okresu pośredniego, bez uprzedzenia – prosto do łagru, ze szczytu życia na samo dno. Nic nie zostało z tamtej twarzy grubo wysmarowanej podkładem kryjącym, z uszminkowanych ust, sztucznych min, wybielonych zębów.

Bodo na tych dwóch więziennych zdjęciach jest zdecydowanie piękny, może po raz pierwszy naprawdę piękny (a w kwestii męskiej urody można autorowi tego tekstu zaufać). Jest piękny tym pięknem męczenników. Jest chyba po raz pierwszy naprawdę poważny. Bodo był właściwie aktorem prawie wyłącznie komediowym i śpiewał piosenki lekkie, o radosnej, wcale nie najczystszej miłości. Albo robił inne „jaja”, jak „nasza urodziwa, krajowego wyrobu May West” w piosence „Sex appeal”. A tu nagle tragedia zmywa to wszystko z twarzy i ukazuje nam się Bodo poważny, który posiadł gorzką wiedzę o dwudziestym wieku. Bo takie właśnie zdjęcia robił ten zły (albo genialny) fotograf, dwudziesty wiek.

Biografia Bodo z tragicznym zakończeniem zaczyna przypominać historię o Hiobie: wszystko zostało mu dane i wszystko zabrane. Nie wiemy, co myślał w obozie, jak interpretował swoją historię, kiedy umierał gdzieś w Kotłasie. Czy potrafił dorobić sobie do tego koszmaru jakąkolwiek filozofię, gdy patrzył, jak jego zadbane dotąd ciało się rozpada, zęby niemyte już pastą radioaktywną ani żadną inną zaczynają się psuć, usta pękać? Cała skóra łuszczyła się i odpadała: „Cóż to za choroba tak zrujnowała zdrowie Eugeniusza Bodo? Jej nazwa pochodzi z łacińskiego pella agra, czyli szorstka skóra. Nazywana także rumieniem lombardzkim, uchodzi w opinii lekarzy za chorobę spowodowaną głodem, zimnem, brudem i ogólną awitaminozą, a szczególnie brakiem witamin B3 lub PP (...). Atakuje ośrodkowy układ nerwowy, przewód pokarmowy i skórę. Powoduje zapalenie błon śluzowych, nudności, wymioty, biegunkę, nadmierne pobudzenie, utratę pamięci, ogólną apatię. Objawia się silnym obrzękiem i pęcherzami, a zaatakowane pelagrą obszary skóry narażone są na bolesne infekcje”.

Oto rejestr hiobowych nieszczęść. A ponieważ w Kotłasie raczej nie mogły nagle znaleźć się w menu ananasy, winogrona, pomarańcze, awokado i zestawy witamin, choroba posuwała się coraz bardziej. O zgrozo, zjadała kawałek po kawałku kogoś, kto słynął ze swojej urody na cały wielki kraj, kogo za urodę kochano i podziwiano. Nie, Bodo nie mógł dorobić sobie do tego filozofii, na zdjęciach zresztą wygląda na osobę, której jedyną filozofią jest pogodzenie i oczekiwanie na śmierć. Na tych dwóch zdjęciach więziennych Bodo wygląda jak stoicki mędrzec.

Musiała go gryźć świadomość, że równie dobrze mógł od razu wyjechać z Warszawy do Szwajcarii, zamiast jechać do Lwowa. Miał paszport, był obywatelem tego neutralnego kraju. Mógł tydzień przed wojną wyruszyć w podróż do USA. Do Szwecji, gdziekolwiek. Z perspektywy nagle stało się jasne, jak łatwo mógł wybrać inne rozwiązanie. Tylko kto to wtedy mógł wiedzieć. Że trzeba jechać do Szwajcarii, Szwecji czy USA, a nie do pięknego polskiego Lwowa? Prawdopodobnie myślał też o swojej matce, która została w Warszawie i zastanawia się, dlaczego już nie dostaje od syna listów czy paczek, o swoim wspaniałym dogu Sambo, o cafe Bodo…

Kto wie, może gdyby został w okupowanej Warszawie, skończyłby tak jak Igo Sym, który zadawał się z Niemcami? Nie, nie on. Choć kto to może wiedzieć? Dla artysty granie, bycie podziwianym jest ważne. Nikt tego nie wie, po Bodo nie pozostało nawet miejsce pochówku. Zostały tylko zdjęcia. Te lepsze, te gorsze i te zupełnie radioaktywne.

Michał Witkowski – postinteligent, pisarz środka i Andrzej Gołota polskiej prozy. Debiutował zbiorem opowiadań „Copyright” (2001 r.), wydał powieści: „Lubiewo” (2005 r.), „Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej” (2007 r.), „Margot” (2009 r.) i zbiór opowiadań „Fototapeta” (2006 r.). Mieszkał w Warszawie, obecnie wrócił na stare śmieci do Wrocławia. Ostatnio wydał kryminał satyryczny „Drwal”.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj