Kawiarnia literacka

Chłopiec, który się rozdwoił
Historia ta dzieje się w 1927 r. na Górnym Śląsku, w dużej podmiejskiej wsi, która od pięciu lat leży w Polsce, w powiecie rybnickim.

W domach z czerwonej cegły mieszkają głównie górnicy, rolników jest niewielu. Kilka lat wcześniej wieś spłynęła krwią albo raczej dwiema osobnymi rzekami krwi, w sposób, który dziś kojarzy się raczej z wojnami domowymi na Bałkanach. Kiedy dzieje się moja historia, krew już nie płynie. Popłynie za 12, a potem znowu za pięć lat, przy czym za tym ostatnim razem obie rzeki krwi po raz pierwszy płynąć będą zmieszane, wcześniej płynęły osobno, raz jedna, raz druga.

We wsi pracuje nauczycielka, młoda i pełna zapału. Przyjechała z Polski, nie wiem skąd, ale chyba z Galicji. Jest idealistką i to, jak oddana jest swoim ideom, świadczy o jej szlachetności. Nie wiem, czy wierzy Piłsudskiemu czy Dmowskiemu, może jest socjalistką, która nie wysiadła z czerwonego tramwaju. To oczywiście ważne, jak wszystko, ale nie dla tej historii. Wiem albo raczej mam graniczące z pewnością przekonanie, że nauczycielka wierzy w Polskę, tak jak ludzie czasem wierzą w Boga, w miłość albo w pustkę. I to jest ważne.

Przyjechała na egzotyczny Śląsk, by uczyć polskości i polskiej kultury wysokiej. Śląskie dzieci swojej wysokiej kultury przecież nie miały, mogły oddychać frazą Goethego albo Mickiewicza, innej alternatywy nie było. Piszę to z żalem, ale bez sarkazmu, bo to prawda. Po drugiej stronie granicy podobne Kulturträgerin przynosiły swoją kulturę wysoką, z Wrocławia albo z Berlina, również pełne szlachetnego zapału.

Polską nauczycielkę znam z różnych relacji i z jednego zdjęcia. Stoi na nim z dziećmi z pierwszej klasy szkoły powszechnej. Ma około dwudziestu lat, skromną sukienkę, spięte włosy i wielkie okulary. Pięknością nie jest. Śląskie dzieci ubrane są dostatnio, Wielki Kryzys jeszcze przed nimi, wszystkie mają porządne ubranka, dobre buciki. Włosy chłopców przycięte w śmieszne rąbki na czole.

Jeden z tych chłopców nazywa się Jorg. Ma siedem lat, urodził się więc na Śląsku płynnym, płonącym, wspólnym i niczyim jednocześnie. W jego akcie urodzenia wpisano imię Georg, w akcie chrztu Jerzy albo na odwrót, nie wiem. Mógłbym się dowiedzieć, ale to nieważne.

Nauczycielka pewnego razu pyta go: Jak masz na imię? Chłopiec odpowiada, że nazywa się Jorg. Nauczycielka ponawia pytanie, chłopiec po raz drugi odpowiada tak samo. Nauczycielka każe mu wyciągnąć ręce, bije go po dłoniach linijką i pyta ponownie. Chłopiec nie wie, za co został ukarany, ale kara cielesna nie wydaje mu się czymś niezwykłym. Znów odpowiada, że nazywa się Jorg. Nauczycielka znowu bije.

Nie chcę, aby to brzmiało jak historia martyrologiczna. To żadne męczeństwo, myśleć o tym laniu linijką jak o zbrodni byłoby anachronizmem. W szkołach wtedy bito po łapach i jeszcze wiele lat później też. Nie o to w tej historii chodzi. Nauczycielka nie była sadystką, którą cieszyć mogłoby krzywdzenie dzieci. Do końca życia cieszyła się szacunkiem, a pracowała w szkole jeszcze 40 lat później. Szacunek ten wynikał z jej osobistych przymiotów, ale również z tego, że nauczyciel był dla Ślązaków figurą władzy, podobnie jak ksiądz i urzędnik, jego kulturowa obcość była zaś oczywista – tutaj po prostu nowa kulturowa obcość zastąpiła poprzednią.

Wracam do sceny w klasie, w szkole z wiśniowej klinkierowej cegły. Chłopiec dalej nie wie, za co jest karany. Pytanie, odpowiedź i cios linijką powtarzają się kilka razy. Nie wiem, czy wreszcie sam się domyśla, o co chodzi, czy ktoś mu podpowiada – lecz w końcu mówi, że nazywa się Jurek, chociaż nigdy tak o sobie nie myślał i nikt się doń tak nie zwracał. Teraz już będziesz wiedział – mówi nauczycielka. Albo coś podobnego mówi, nie wiem, co powiedziała, ale kara musiała znaleźć swoją puentę, więc zakładam, że ta puenta mogła brzmieć właśnie tak. Czy chłopiec teraz już wie? I co wie?

Wydaje mi się, że dziecko utożsamia się ze swoim imieniem inaczej niż dorosły, który nauczył się już od imienia siebie oddzielać. Mój syn zapytany: Kim jesteś? odpowiada: Frankiem. Nie na przykład chłopcem, tylko właśnie Frankiem. Jakby imię nie tylko go oznaczało, lecz stanowiło o istocie tego, kim jest. Jest Frankiem, a Jorg był Jorgiem, zaś ta porządna, skromna nauczycielka za pomocą środków właściwych epoce objawiła mu, że jest jeszcze kimś innym: Jurkiem.

A co działo się wewnątrz tego siedmioletniego chłopca? Z jednego nagle powstało dwóch, domowy Jorg i szkolny Jurek. Nie było w tym nic niezwykłego, po drugiej stronie granicy również dzieci się rozdwajały. Jorg chodzi zresztą często na drugą stronę granicy, do ōmy na ôbiŏd. Czy wtedy pojawia się jeszcze trzeci chłopiec, Jörg? Nie wiem. Może.

Który z nich jest prawdziwy? Jorg jest pierwszy, ale to pierwszeństwo nie daje mu wyłączności na bycie naprawdę. Chłopców jest trzech, wszyscy trzej prawdziwi. Później, kiedy dorośnie, to zdecyduje się pozostać tym pierwszym Jorgiem, Jerzego albo Jörga nosząc tylko jako umyślne przebranie, szczurzą sierść, pióra wronie. Ale wcale nie jest to wybór oczywisty. Wielu kolegów Jorga wybrało inaczej, a wielu nie zdążyło wybrać, bo któreś imię odcisnęło na nich swoją pieczęć w akcie zgonu: pod Stalingradem, w kopalniach Magadanu, w obozie w Świętochłowicach albo w Mauthausen, albo gdzieś pod płotem.

Mógłbym pisać o tym w kategoriach gwałtu symbolicznego, ducha historii albo potraktować jako przyczynek do anatomii dwudziestowiecznych nacjonalizmów, ale te wszystkie prawdziwe w tym kontekście słowa tylko odwracają uwagę od tego, co ważniejsze: od chłopca, który się rozdwoił.

Szczepan Twardoch (ur. w 1979 r.), pisarz. Jak twierdzi: „Pogodnie rozczarowany prawie wszystkim poza literaturą i miłością”. Od kilku stuleci mieszka na Górnym Śląsku. Bywał również publicystą i redaktorem w wydawnictwie. Opublikował m.in. „Wieczny Grunwald, powieść zza końca czasów”, która bynajmniej nie jest powieścią historyczną i ostatnio zbiór opowieści „Tak jest dobrze”.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj