Recenzja książki: Haruki Murakami, "Zniknięcie słonia"

Karły, słonie, pustka
W opowiadaniach znajdziemy to, czego brakuje rozwlekłemu „1Q84” – niemal wszystkie historie zaistniały po coś, nie ma tu prawie wątków niedokończonych, niepotrzebnych.
materiały prasowe

Haruki Murakami był w tym roku jednym z głównych faworytów do Nagrody Nobla. Laur przypadł co prawda Mo Yanowi, ale zapewne chiński pisarz nigdy nie doczeka się tylu czytelników, co autor „Kroniki Ptaka Nakręcacza”. Od „Kroniki”, a właściwie zalążka tej powieści, rozpoczyna się zbiór „Zniknięcie słonia”. To zresztą jeden z najsłabszych punktów tego tomu. Tomu, w którym Murakami nie unika banału, oferując w zamian swą niebywałą pomysłowość, a także bezpretensjonalność.

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną