Kawiarnia literacka

Powrót znikąd
Triumfalny pochód filmu Michaela Hanekego po ekranach polskich i europejskich kin! Ogromna frekwencja na pokazach w Europie! Będzie Oscar?”.

Informacje i pytania również takiej treści dało się zauważyć w ogólnym natłoku informacji. Dlatego do kina na „Miłość” wchodziłem z wielką obawą. Coś, co podoba się dużej liczbie ludzi, budzi mój największy przestrach.

To, co zobaczyłem na ekranie, przeszło najśmielsze oczekiwania. Nie wiem, czy to jest jeszcze kino, czy uczestniczyłem w spektaklu, w którym wybitny reżyser kreuje określony efekt estetyczny w celach ściśle artystycznych. Światoodczucie Hanekego, od początku jego kariery filmowej, wydawało mi się jak najbardziej rozsądne, pragmatyczne. Jego antymetafizyczna orientacja, psychologiczna wiarygodność, „szkiełko i oko” przyłożone do ran, które nigdy się nie goją (przemoc, fantazmat, śmierć), wydają się dystynktywne dla twórców, których ze świecą szukać wśród współczesnych wyrobników X muzy. Niemniej w „Miłości” filmowiec poszedł o krok dalej. Śmiem twierdzić, że pozwolił nam, widzom, przeżyć śmierć w stopniu bardziej realnym, niż zdarza się to w życiu.

Uczynił to za pomocą bardzo konserwatywnych środków filmowych, powiedziałbym więcej – użył nieco zakurzonego monokla. Drugie oko po prostu wypalił obrazami agonii, śpiewem umierającej, jąkaniem człowieka w fazie przejścia – tego tajemniczego stanu, w jakim traci swoją istotę, kurczy się, staje się kapryśnym i złośliwym dzieckiem, analfabetą, wreszcie już tylko cierpiącym ciałem, unerwionym mięsem, etycznym sprawdzianem dla tych, co pozostają.

Ten film oglądałem tylko jednym okiem. I, jak to bywa, obraz nieco mi się zamazywał, jak pod monoklem wyciągniętym z kufra dziadków. Nieostre spojrzenie wyłapywało jedynie fragmenty całości, dziwne pasma narracji, w której dwoje starych ludzi porzuca świat dotychczasowej aktywności, by w alkowie odbyć ostatnie gody – urodzić własną śmierć.

To nie jest film będący dyskusją na temat eutanazji. To faktycznie film o życiu, które zabija. Nie daje nam niczego innego niż utrata, odbiera nam miłość, każe nam tę miłość pielęgnować niczym ofiarnego baranka, którego wydamy na rzeź czasu starości. Starość w filmie Hanekego nie jest dostojna, chociaż swoich bohaterów reżyser poszukał jak zwykle wśród inteligencji.

Jean-Louis Trintignant człapie po domu wypełnionym książkami w zbyt dużych adidasach i jest w tym błąkaniu niemoc, jakiej nigdy nie widziałem w kinie. Oto człowiek, który życie „przeczytał” i teraz je „przeżywa”, w niemym geście rozpaczy przykładając poduszkę do śpiącej twarzy Emmanuelle Rivy. Chyba również po raz pierwszy zapomniałem w kinie, że oto aktorzy grają, kamera pracuje, muzyka gra. W tym filmie nie ma postaci wymyślonych – jesteśmy tylko my, widzowie spektaklu własnego końca.

Obraz, który każdy widz musi najpewniej odchorować, trwa znacznie krócej niż zwyczajowa agonia naszych bliskich. Jednocześnie film ten nie ma w sobie niczego z fałszywej pedagogiki, która w ciągłym powtarzaniu memento mori widzi sposób na zaklinanie rozpadu. Haneke tym razem potraktował nas lancetem „na żywca”. Póki jeszcze czas, póki chodzimy na własnych nogach, „bolejmy” dzięki sztuce, bo kiedyś możemy się nie zorientować, że istniało coś innego niż tylko ból. Tak, zdaje się, może brzmieć przekaz tego filmu, który niczego nie uczy. Jest tak naprawdę tępy i bezsensowny jak odchodzenie, z którym nie możemy się pogodzić.

Po wypłakaniu swojego zapasu łez, uspokojeniu skołatanego serca i kompletnym rozstroju żołądka usiadłem przed komputerem dla relaksu. Głupkowato przerzucałem kolejne strony www. Na którejś natrafiłem na zdjęcie chłopca, którego „kiedyś znał cały świat”. Kolejne kliknięcie ukazało dzisiejszy wizerunek tego samego człowieka. Po upływie może 60 lat. Kiedyś chłopiec był znanym aktorem, dziś jest starcem na progu śmierci. „Co się z nim działo?” – zapytywał portal. I odpowiadał: „Sami popatrzcie”.

Z tym chłopcem, rzecz jasna, nic się nie stało. Powrócił znikąd, by szukać pomocy w ponownym unieśmiertelnieniu wizerunku. Ta przedśmiertna maska – kosz wypleciony ze zmarszczek – była taka sama jak twarz Trintignanta w „Miłości”. Tylko nieco zdziwiona, tylko odrobinę przestraszona.

W tym sensie film Hanekego jest pierwszym filmem dla osób dorosłych. Bowiem nie ma w nim niczego przerażającego, szokującego, nie ma tam ostentacji. Jest tylko atencja dla ludzi, którzy żądają od świata, aby zostawił ich w świętym spokoju umierania. Jakże inny postulat zgłosił ten niegdysiejszy gwiazdor kina familijnego, próbując jeszcze raz w życiu stanąć w świetle fleszy. Zapragnął, aby świat się o niego upomniał, przywrócił go żywym za pomocą narzędzi prymitywnej nostalgii, którą Haneke brzydzi się tak samo jak współczuciem widza.

Jest w filmie „Miłość” scena wybitna. To początek filmu. W sali filharmonii trwa rwetes zajmowania miejsc. Kamera ustawiona jest na scenie. Obserwuje melomanów, którzy stukają siedzeniami, sprawdzają sąsiedztwo, oglądają się na boki i do tyłu, by wreszcie znieruchomieć w oczekiwaniu na pierwsze takty muzyki. Wśród tych ludzi odnajdujemy dwoje starców. To oni, wielcy aktorzy przeszłości i, jak się okaże w następnych dwóch godzinach, jedyna przyszłość, jaka będzie naszym udziałem. Na razie dzielimy z nimi emocje oczekiwania na koncert, marzenia o wyjątkowym przeżyciu, pragnienia czegoś, co wykracza poza doświadczenie doczesne. Ta sekunda przed pierwszym dźwiękiem to preludium, w którym musi się zmieścić całe nasze szczęśliwe życie.

Krzysztof Siwczyk, jedyny w Polsce poeta, który jest jednocześnie krytykiem literackim, felietonistą oraz aktorem (zagrał świetnie głównego bohatera filmu Lecha Majewskiego „Wojaczek”). Właśnie wydał tom wierszy „Gody”. Pracuje w Instytucie Mikołowskim znajdującym się w domu, w którym mieszkał Rafał Wojaczek.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj