Kawiarnia literacka
Trzy czwarte (nowego) mężczyzny
Męskość, która wynurzyła się niedawno ze wzburzonych fal feminizmu, przypomina peron „9 i 3/4” z sagi o Harrym Potterze – niby jest, ale go nie widać.

Zwykli ludzie myślą, że nie istnieje. Tylko wtajemniczeni, ci, którym nie przeszkadza szkiełko i oko, mogą przebić się na peron 9 i 3/4 (przez ścianę, wózkiem na walizki). Bo oni patrzą sercem. Dzisiejszą męskość lepiej badać tym wrażliwym organem, niż brać ją krytycznie pod lupę.

Przebijanie się przez ścianę na peron, z którego odjeżdża pociąg dla czarodziei, jest czynnością niezbędną, jeśli chce się dotrzeć do magicznego miejsca, jakim jest wnętrze mężczyzny XXI w. Tajemniczy ogród jego duszy nie przypomina strzyżonych z bezlitosną precyzją żywopłotów – taka dusza mogła mieszkać w ciele wyznawcy pruskiego porządku, tak sobie wyobrażam. Jeszcze staranniej skopane grządki mogły wydać na świat nazistę. Nadmiar kwiatów polnych z przewagą chwastów – romantyka. Pozytywistów nie plasowałabym wśród mężczyzn, z pracą u podstaw skuteczniej radziły sobie Siłaczki.

Wgląd we wnętrze współczesnego mężczyzny daje obraz złożony. Najstarsza warstwa geologiczna składa się z pni próchniejącego patriarchalnego porządku. Między nimi walają się wykroty lokalnych wizji bycia mężczyzną (Pomorze albo Podlaskie ze swoimi wzorami męskości; jeszcze co innego górale). Pośrodku kwitnie cyprys bon vivanta, na czasie w każdej epoce. Dopiero na tym wszystkim kłębi się powój dzisiejszych komplikacji, czyli facet, który przetnie pępowinę, odbierze dziecko z przedszkola i ma bóle brzucha w tym samym czasie co żona menstruację.

Jak być jednocześnie zdecydowanym samcem i wyrozumiałym partnerem? Czułym ojcem i animalistycznym kochankiem? Zarabiać na dom i pilnować dzieci przy odrabianiu lekcji? Trzeba być męską wersją Angeliny Jolie, żeby temu wszystkiemu podołać. Czapki z głów przed tymi, którzy biorą się za bary z wyzwaniem – to są prawdziwi mężczyźni.

Ci, którzy podejmują próbę przemiany w mężczyznę XXI w. – nazwijmy go Nowym Mężczyzną – cierpią czasem z powodu skutków ubocznych transformacji lub raczej jej bolesnych faz (ci, którzy się nie starają, są jednym wielkim skutkiem ubocznym i w drodze ewolucji raczej odpadną).

Jedną z bolesnych faz tworzenia wzorca Nowego Mężczyzny jest strategia przetrwania polegająca na przywdzianiu maski Miłego Faceta. Miły Facet spełnia pokładane w nim nadzieje. Jest odpowiedzialny. Robi, orze, tyra. Z wdziękiem, ale nie motyla. To dobre dla „złych chłopców”. On jest tym „dobrym”, dlatego takich bierzemy sobie na mężów, ale latamy za złymi.

Miły Facet i to znosi, a nawet nie pokazuje po sobie, że go zraniłyśmy, bo jest jak patelnia pokryta teflonem, gładki, doskonały, bezpieczny w swoim zrozumieniu dla świata, a kobiet w szczególności. Wie, że to ją musi najpierw zaspokoić, zanim zaspokoi siebie. Że jej powinien wysłuchać, ale sam nie może wylewać żalów, bo wypadnie z roli.

Miły Facet w zasadzie nie ma wad. Poza jedną – dziwi się, że kobiety od niego odchodzą, bo dostają szmergla na punkcie „złego chłopaka”, który ma je gdzieś, zaspokaja siebie i zniesmacza wybuchami ego jak skunks zapachem. Fakt, kobiety za chwilę uciekają od „złego” z krzykiem, ale Miły Facet jest zraniony. Przecież wszyscy mu mówili, że ma być bez skazy. Tylko zapomnieli dodać, że to nie jest sexy. I że w namiętności nie ma nawet co próbować demokracji.

Nowy Mężczyzna jest pogubiony. Nic dziwnego, jest w powijakach, za chwilę będzie ząbkował. Na razie marudzi – że jest słabą płcią, że nie wie, co robić. Czuje, że traci swoje terytoria, jak mocarstwa kolonie. Jeszcze niecałe sto lat temu świat był męskim eldorado – mężczyźni zarabiali, posiadali, niewolili. Do dziś w języku połyskują resztki dawnej świetności: „garsoniera” – od francuskiego słowa „garçon”, czyli „chłopiec”, czy swojska „kawalerka” – oaza wolności kawalera. Ze świecą szukać żeńskich odpowiedników tych wysp swobody.

Instynkt opiekuńczy oraz wychowanie do poświęcania się nakazuje kobietom ich żałować. Skoro biedacy mają tak w plecy, to może im ulżyć – podatki zmniejszyć, wypłacać szkodliwe od bycia mężczyzną? Dajmy spokój! Żeby Nowy Mężczyzna urósł w siłę, nie możemy go zalepiać troską. Precz z byciem Matką Teresą dla płci, która jest w okresie intensywnej kulturowo-genderowej przemiany. Są w fazie kokonu (Miły Facet), z którego sami wyjdą śliczni jak motyle. Nie pomożemy im, użalając się ani tym bardziej mówiąc, żeby wzięli się w garść. Możemy im pomóc czasem porządnie się rozryczeć, pozbierać się do kupy muszą jednak sami. Niech sobie spokojnie pracują nad swoim ulepszaniem, możemy przyklasnąć, ale nie dawajmy się wciągać we współtworzenie męskiej martyrologii.

Na koniec uwaga quasi-cenzorska: opowieści o tym, że dzisiejsi mężczyźni są słabą płcią, można bez szkody dla ogółu serwować w Skandynawii, bo tam prawo stoi już na straży równości szans obu płci. W Polsce mamy jeszcze wiele do zrobienia, wciąż wisi nad nami widmo dyskryminacji (kobiet, wbrew pozorom). W Belgii powinno się o tym rozprawiać, bo pogubieni biali Mili Faceci nikną w cieniu afrykańskich i marokańskich macho, walcząc z pokusą wzmocnienia szeregów wyjątkowo tu licznej społeczności gejów.

Grażyna Plebanek, powieściopisarka, autorka opowiadań, dziennikarka. Pytana, czy pisze o sobie, odpowiada, że nie, bo: nie jest mężczyzną („Nielegalne związki”), wiejską młodocianą filozofką („Przystupa”), czterema zbuntowanymi dziewczynami („Dziewczyny z Portofino”), godzącą role życiowe Nadkobietą („Pudełko ze szpilkami”). Nałogowo podróżuje. Warszawianka, na pięć lat przeniosła się do Sztokholmu, obecnie mieszka w Brukseli.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj