Kawiarnia literacka
Komu bije Dzwon?
Komentowanie jakiegokolwiek wydarzenia z bieżącego porządku kulturalnego wydaje się mało rozsądne.

Nie ma co się oszukiwać – przytłaczająca większość właśnie nagrywanych płyt, w tej chwili pisanych książek, teraz granych filmów najpewniej nie wpisze się na stałe do kanonu współczesności, bez względu na to, jak bardzo ten kanon jest gościnny i dyskusyjny. Ową błyskotliwą refleksję powziąłem, stając przed przytłaczającym zadaniem pakowania maneli w związku z przeprowadzką. 40 kartonów po różnego autoramentu używkach przykładnie wypełniłem książkami, gazetami, prasą literacką. Przeprowadzamy wszak siebie z całym balastem archiwum, w czym pragniemy widzieć kontynuację raz obranego kursu. W moim przypadku to wyprawa Argonauty po „złote runo nicości”, jak pisał Zbigniew Herbert, którego pokaźny wybór wierszy stanowi jeden z owych ciężarów nie do końca lubianych, ale przeczytanych tytułów zalegających w pudłach.

Niektóre pozycje wyrzucam, inne przekazuję znajomym jako wędrujące dalej. Liczę, że jeszcze w życiu będę kupował nowych autorów i nowe autorki. Do wielu już nie wrócę nigdy. Tylko tego spodziewam się po przyszłości. Im dalej w las, tym bardziej archiwum okazuje się intensywnie żywe. Lata 90. na przykład. Prasa literacka z tamtego okresu zadziwia temperaturą sporów, aktywnością polemiczną, pasją rozpoznawania i interpretowania tekstów ówczesnych debiutantów, takich jak Andrzej Stasiuk, Andrzej Sosnowski czy Maciej Melecki. Zostawiam na wieczną pamiątkę w pudle podpisanym: „młodość”. W pudle zatytułowanym „archeologia” lądują płyty. Wniosek jest prosty. W latach 80. tylko słuchałem. Przez dekadę, zagrożony wtórnym analfabetyzmem, w ramach prewencji przeczytałem od dechy do dechy jedną książkę – „Czarne stopy” Seweryny Szmaglewskiej.

Miałem tak zwany drukowstręt, czyli coś, co dziś toczy poważną część moich rodaków. Mój mól książkowy wystartował dopiero w wieku 12 lat. Prawdopodobnie była to reakcja obronna przed entuzjazmem 1989 r. Jednak czegoś słuchałem. Z jaką radością odnalazłem „Nową Aleksandrię” Siekiery! Niedawno płyta została wznowiona, z piękną wkładką, pokaźnym zestawem zdjęć Tomasza Adamskiego i spółki. Wydana w 1986 r. rzecz jest kanoniczna pod każdym względem. Typografia, teksty, muzyka, emploi zespołu – wszystko to składa się na spoistość perły polskiej muzyki. Poezja to był dla mnie Adamski. Kondensacja znaczeń, chropowaty pejzaż wewnętrzny narratora tych utworów, teksty jawnie pracujące w obszarach literackich nawiązań – wszystko to składa się na przekaz integralny.

To nie jest album złożony z piosenek. Mamy do czynienia z pełnowymiarowym mitem, wyprawą w „czerwony pejzaż” ziemi jałowej, która ma swój skraj. W kawałku „Idziemy na skraj” topografia naszej życiowej podróży wygląda tak: „Idziemy na skraj/a niebo jest tuż”. Cóż za ironia w obliczu pandemonium odwróconej perspektywy metafizycznej! W „Nowej Aleksandrii”, gdzie „szewc zabija szewca”, również porządek etyczny stoi na głowie. Adamskiemu udało się uchwycić w zgrzebnej formie (grał ponoć na gitarze wyposażonej w trzy struny) i lirycznym niedopowiedzeniu dramat wysiłków ponowoczesnego Syzyfa, który zna ciężar kamienia, ale nie wskazano mu góry, którą mógłby forsować. W tym sensie płyta ta jest forpocztą rozpaczy, która być może teraz toczy współczesnych muzyków, którzy wiedzą, „jak” grać, ale zupełnie nie mają pojęcia „o czym”.

Adamski, najwyraźniej z racji wzrostu, nosił (nosi?) dumną ksywkę Dzwon. Ta płyta to było jego najdonośniejsze bicie. Powrócił „Balladami na koniec świata” w 2011 r., jednak stanowią one zapis tyle dramatyczny, co dopowiedziany. Pozbawiony tej gry znaczeń, które z „Nowej Aleksandrii” czynią płytę, jaką zawsze zabiera się ze sobą do pudła, gdyż aktualizuje się samoistnie, zawsze i wszędzie, w każdym czasie, również w obecnej epoce całkowitego zjełopienia. Opalizujące ją sensy wykraczają daleko poza taksonomię sztuk. To powieść, tom wierszy, muzyka, przedstawienie w jednym.

Jest Tomasz Adamski jedną z najbardziej enigmatycznych person polskiej sceny, nie tylko punkowej. Tajemniczość osiągnął banalnymi środkami, na które nie stać dzisiaj prawie żadnego muzyka. Po prostu mieszka w Puławach, nie pokazuje się, nie udziela wywiadów, gardzi pustym splendorem. Legenda pierwszego składu Siekiery z Tomaszem Budzyńskim stanowi oczywisty topos kontrkultury. Przyjęło się nazywać drugi skład zespołu wybitnie „zimnofalowym”. Dziś fala jest lodowata. Eter wypełnia muzyczna martwica. Adamski nagrywa prawie sam lub milczy coraz bardziej wymownie. Nic o nim nie wiem, nigdy go nie widziałem, to czyni go w moich oczach realnym.

Pakując kolejne tomy wierszy, natrafiam na „Wszystko” Bohdana Zadury i wiem już prawie wszystko. Bohdan urodził się w Puławach. To zdanie to aksjomat, na którym oparłem swoje poczynania na niwie literackiej. Puławy i Zadura to znaczy więcej niż Warszawa i Zadura. Kiedyś we Wrocławiu opowiadał mi o Adamskim, a raczej o jego tekstach, które czytał jak wiersze, jeszcze zanim pojawiła się płyta. O nic więcej nie pytałem. I nagle uświadamiam sobie, że do Puław w latach 90. jeździłem, żeby spotkać się z Zadurą. Wiedziałem, po co jadę, wiedziałem, czego się spodziewać, bo czytałem jego książki.

Być może słuchanie płyt nie jest tak silnym impulsem. Ale dla „Nowej Aleksandrii” chybabym się do Puław wybrał, żeby autora gdzieś podejrzeć i podpytać o literaturę. Nie sądzę jednak, żeby bywał na mieście. Tak więc spokojnie pakuję się dalej. Lata 2000–12 to pudła oznaczone jako „Róża”, a później ładuję, jak leci, żeby nie zapeszyć.

 

Krzysztof Siwczyk, jedyny w Polsce poeta, który jest jednocześnie krytykiem literackim, felietonistą oraz aktorem (zagrał świetnie głównego bohatera filmu Lecha Majewskiego „Wojaczek”). Niedawno wydał tom wierszy „Gody”. Pracuje w Instytucie Mikołowskim znajdującym się w domu, w którym mieszkał Rafał Wojaczek.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj