Recenzja książki: Jeffrey Eugenides, "Intryga małżeńska"

Stany duszy
Przy lekturze „Intrygi małżeńskiej”, najnowszej powieści Jeffreya Eugenidesa, od pierwszych stron nie możemy się pozbyć poczucia niejakiej irytacji. Być może jest to reakcja na próbę wskrzeszenia zarówno wiktoriańskiej tematyki, jak i XIX-wiecznego sposobu pisania.
materiały prasowe

A jednak coś trzyma nas przy tej historii umieszczonej na szerszym tle kończącej się właśnie rewolucji seksualnej – mamy 1982 r. I nawet nie chodzi o ciekawość, jakie będzie jej zakończenie. Czy to niewyjaśniona intuicja, że znajdziemy w niej coś wyjątkowego? Bo rzeczywiście czytelnicy doczekają się w „Intrydze małżeńskiej” niebagatelnego opisu choroby maniakalno-depresyjnej: nie tylko powodów jej pojawienia się oraz sposobów leczenia. Eugenides zadaje tu ważne pytania: gdzie istnieje granica pomiędzy chorobą a niechęcią do wyjścia z niej? Czy takowa w ogóle istnieje? Czy ktokolwiek, prócz samego chorego, może pomóc mu inaczej niż tylko – i aż – towarzysząc mu w leczeniu?

Odpowiedzi na powyżej zarysowane kwestie nie znajdziemy w zakończeniu „Intrygi małżeńskiej”, ale być może pojawia się ona w książkach czytywanych przez bohaterów powieści. W końcu gdzie szukać pociechy, jeśli nie wśród „Fragmentów dyskursu miłosnego” Rolanda Barthes’a i słów: „dyskurs miłosny jest dzisiaj nadzwyczaj samotny”?

 

Jeffrey Eugenides, Intryga małżeńska, przeł. Jerzy Kozłowski, Wydawnictwo Znak, s. 496

Książka do kupienia w sklepie internetowym Polityki.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj