Kawiarnia literacka
O nienawiści do Niemców
Sytuacja banalna: zaproszenie na wieczór autorski do Berlina. Nie trzeba wiele, pierwszy raz pojechałem na podobną imprezę jeszcze przed debiutem, w 1995 r.

Berlin zaprasza wszystkich, Berlin płaci chętnie, Berlin ma za dużo energii, wręcz cierpi na kulturalne ADHD i nigdy nie ma dość. Nadpobudliwość Niemców, jeśli idzie o wydawanie książek Polaków i zapraszanie ich do Berlina, jest wielka i tajemnicza, tym bardziej że właściwie wszystko to są książki martwe już w dniu premiery i poza recenzentami nikt ich nie czyta. Ale co z tego, że „Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej” jest nie tylko nie do przetłumaczenia, ale i przez germańskie gardło nie do wypowiedzenia, a co tam, bierzemy, tłumaczymy, wydajemy!

Na szczęście, wszystkie kosze na śmieci zaopatrzone są w przegrodę z napisem „papier”, więc zawsze można zutylizować i przerobić na perfumowany papier toaletowy. Co z tego, że pisarza czy pisarki nikt nawet w ich własnym mieście nie kojarzy, co tam, dlaczego by nie przełożyć, nie konferować rok przez Skype’a w sprawie najdrobniejszych niuansów znaczeniowych poszczególnych słów, czemu nie zrobić „wieczorku polskiego” w Instytucie, nie podać „pirogi und barcz”, nie puścić „Szopeł”?

Jeżdżę tam więc średnio dziesięć razy w roku, od 13 lat, nietrudno obliczyć, że EuroCity na Banhof Ost opuszczałem już około 130 razy. Aż dziwne, że zbuntowałem się dopiero teraz. Choćby nie wiem jak niepoprawnie politycznie i nieunijnie to zabrzmiało, nienawidzę (tak! Nienawidzę!) Niemców, Berlina i Banhof Ost! Na żadne wieczorki autorskie do Niemiec nie jeżdżę. Nie wysiadam z EuroCity, nie daję się posiąść wielkomiejskim zapachom, nie staję zagubiony wśród Murzynów, Arabów i Azjatów, nie szukam znaczka symbolizującego Ubahn ani nie uśmiecham się sztucznie do niemieckiej organizatorki, która przyszła po mnie na Banhof Ost. Koniec. Jak się jakiegoś narodu nienawidzi, to przede wszystkim, niczym na kozetce u psychoanalityka, należy sobie tę nienawiść uświadomić.

Dyskomfort w kontaktach z Niemcami wynika między innymi z konieczności prowadzenia konwersacji po angielsku, w której – jak niemal we wszystkim – oni są po prostu lepsi, fundując mi już na etapie mailowego omawiania warunków przyjazdu poczucie niższości. Wciskając mnie w polskiego luja. Mój ograniczony zasób angielskich słów skutecznie wytrąca mi z rąk tak ważną dla mnie językową sprawność. Już się nie odetnę złośliwie, koniec z ironią, koniec z Witkowskim w ogóle. Mogę najwyżej życzyć miłego dnia, bo miły (nice) to jeden z niewielu przymiotników na tym poziomie angielskiego wyrażający pozytywne emocje. Wszystko jest więc miłe, podróż była miła i ja też jestem nice person. Protestanci mówią po angielsku zawsze lepiej, musieli się go uczyć z większą zawziętością.

Poczucie niższości wcale nie maleje, gdy wsiadam do EuroCity i już widzę te ryje. Od razu bezbłędnie rozpoznaję Niemców i zniemczonych Polaków, którzy z pewnym poczuciem wyższości patrzą przez okno na polski rozpiździel, mówią już z akcentem i nie mogą się nadziwić wszystkiemu wokoło. Potem zaczyna się przedstawienie z zapowiadaniem stacji. Najpierw dziwnie nieporadny, bardzo „na żywo” polski głos informuje, że będziemy jechać przez Poznań i Cottbus, zacinając się w połowie i milknąc na długo, potem następuje perfekcyjnie modulowane nagranie, dokonane w jakimś profesjonalnym studiu przez niemieckiego aktora. Stacje podawane są co do sekundy.

Możliwe, że po prostu lubimy narody od nas jeszcze bardziej bałaganiarskie, jeszcze bardziej po słowiańsku rozmemłane, jeszcze mniej pracowite. Możliwe też, że w mojej krwi znalazłyby się ślady wieloletnich historycznych animozji. Może już w dzieciństwie wmówiono mi, że „ten Eneref” to jest raj, i stąd rozczarowanie, bo jako żywo – raj, ale jakże drażniący, jak nachalny i ile kosztuje jego utrzymanie. Może powinienem zrobić tak jak swego czasu Andrzej Stasiuk i sam dla siebie napisać małą książeczkę o swoim stosunku do Niemców. Co tam zresztą Niemców, jak ja największe problemy mam z Niemkami!

Bo na Banhof Ost (o ironio, odpowiednik Warszawy Wschodniej) stoi zawsze czysta, schludna, w kremowe pastele odziana, siwa lub blond, po protestancku szczuplutka niemiecka organizatorka, jakaś Beate czy Ilke. W okularkach drucianych. Absolutnie nieumalowana. Trzyma pięknie wydrukowany na kartce napis „Michal Witkowski”. Wolę ją sobie najpierw poobserwować z ukrycia, jaka jest protestancka i pracowita. Bo gdyby Słowianin tę kartkę pisał, byłaby jako żywo nabazgrana długopisem na kolanie, a ta jeszcze ma zawijaśnym pismem pod spodem „Herzlich willkommen”.

Zagłębiam się w zapach niemieckich dworców, świeżych bułeczek, kawy, kwiatów, odświeżacza do powietrza i Enerefu, podchodzę do niemieckiej organizatorki i już wykrzywiam twarz w sztucznym, bo angielskim, uśmiechu, robiącym mi gębę nad gębami! Did ju hew e najs czrip, zaczyna się uładzona i sztuczna rozmowa, a pod tymi tonami lukru powoli narasta jak ropa obcość. Oświęcim is soł najs plejs tu si in polen. Chcę już być w hotelu, sam, a najlepiej wracać, mijać granicę we Frankfurcie nad Odrą i otoczyć się polską kałużą opalizującą benzyną i Cyganami, śmieciami wśród torów, byle tylko świat wrócił do swoich wymiarów.

Nie, żebym pielęgnował w sobie tę nienawiść do Niemców! Ale jak tylko zaczynam sobie tłumaczyć, że to bardzo mili, kulturalni, zdolni, mądrzy i rozsądni ludzie, od razu zbiera mi się na wymioty i już wolałbym, żeby byli głupi i źli, na pewno bardzo bym ich lubił!

 

Michał Witkowski – postinteligent, pisarz środka i Andrzej Gołota polskiej prozy. Debiutował zbiorem opowiadań „Copyright” (2001 r.), wydał powieści: „Lubiewo” (2005 r.), „Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej” (2007 r.), „Margot” (2009 r.) oraz kryminał satyryczny „Drwal” (2011 r.) i zbiór opowiadań „Fototapeta” (2006 r.).

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj