Kawiarnia literacka

Jakby go w ogóle nie było
W kawiarni gliwickiej, ale takiej raczej warszawskiej, pełnej kapryśnej młodzieży określanej brzydkim słowem, którego tu nie użyję, siadają starsi ludzie, skromni i surowi, godajm p naszymu.

Nie pasują do tego świata tutaj, ale tylko pozornie. W rzeczywistości są u siebie, nawet bardziej od brodatych młodzieńców i chudych dziewcząt w wielkich okularach, wyniośle znudzonych i skrobiących łyżeczkami wyschłą pianę po kawie w filiżankach.

Starsi państwo rozmawiają, a ja wiem, o czym mówią, chociaż raczej nie słyszę słów, tylko strzępy. Wiem, dlaczego tu przyszli: obok jest sąd rejonowy i po rozprawach często ludzie przychodzą tu na kawę. Czasem wściekli, rozczarowani, przygnębieni, a czasem zadowoleni, jak ci tutaj. Coś im się udało, coś przypieczętowali. Nie słyszę tej rozmowy, ale znam jej frazę, rytm i znam nawet sens, znam ją, bo słucham jej całe życie.

Brzmi na przykład tak:

„Tyn Paulek ôd starego Ogermanna, Paulek, kerego cera sie wydała za tego synka ôd Lojzika, pamiyntsz, pra, jego fater za staryj Polski kupiyli chałpa we Ornntowicach, ale sie przekludziyli niyskorzyj nazd do Niymiec, do Żernice i Paulek niy, ale jego bracik bł przi niymieckim wojsku ze moim fatrym, a jego baba bła piyrwyj Magnor, po piryszym chopie, bo tyn Francik, brat ôd Paulka, to bł jei drugim chopym, co piyrszy zginył w 58 na Makoszowach, pamiyntsz, tam, kaj wtedy tysz ujka ôd Gele zaczasło. No jak to keryj Gele, toć ôd tyj Gele ôd starego Pawlasa, co żech do niyj na zlyty ltł, jak my miyszkali we Kńczycach, we Z brzu. Ze synkiym tego Lojzika my tam ltali, j do Gele, a ôn do Hildy, jei siostry, co ôna sie potym wydała za tego Bargla ze Chudowa i miyszkajm we München, pra? Abo jei było Cila, niy Hilda? Niy pamiyntm. Pyjter by wiedził. Pyjter d nich pojechł, ôna tako srog, rub baba terski jest. Ja-ja-ja, ôdy mie Pyjter…”.

Oczywiście to nie jest ta rozmowa, którą słyszałem, ale to nie ma znaczenia, bo one zawsze mają frazę biblijnego wywodu genealogicznego, miejsce w świecie każdego z bohaterów określone jest przez to, czyim jest synem, wnukiem, bratem czy siostrą. Same nazwiska nie wystarczą, trzeba jeszcze określić, czy to chodzi o tych Pawlasów, co są z Ornontowic, czy o tych, co mieszkali w Przyszowicach, gdzie kto pracował, jak umarł, kto ze zstępnych żyje, co porabia i tak dalej.

I jednocześnie jest to mówiona powieść, powieść idealna, powieść bez celu i puenty, obejmująca życie całe, od narodzin do śmierci, i dotyka tego, co najtrudniej wyrazić, tego, co najsubtelniejsze, tego, co między ludźmi się dzieje, i nigdy się ta powieść nie kończy, mogłaby trwać wiecznie, bo narracja swobodnie przestępuje z osoby na osobę i mogłaby tak iść w nieskończoność, zataczać kolejne pętle i brnąć w rozgałęzienia.

I chciałbym myśleć, że to jest może właśnie prawdziwa ojczyzna Ślązaków, to umocowanie w sieci ludzkich relacji. Moja też. Je żech synkiym ôd tyj Lusie ôd starego Dragi, ze Gierałtowic, ale ôn bł ze Żernice. I je żech ôd tego Janka ôd Mele ôd Pawlasów, co sie wydała za tego Twardocha, kerego potym na grubie zaczasło, a miyszkali we Przyszowicach na Wilsna, w ceglanyj, czerwonyj chałpie, wele keryj Rusy naprawiali pancry bez wojnă.

Chciałbym tak myśleć, ale nie umiem, bo to chyba nieprawda. To nie jest żadna ojczyzna, to tylko życie.

Deutsches Polen-Institut zorganizował niedawno w Darmstadt dyskusję poświęconą Górnemu Śląskowi. Po części oficjalnej, kiedy zbierałem się już do wyjścia, chwycił mnie za łokieć starszy, wystraszony człowiek. Szary, niewielki i mocno wytarmoszony przez życie. Nie zbyłem go, bo miał w oczach, w twarzy coś, czego chciałem posłuchać. Zaczął mówić łamanym polskim z paroma śląskimi słowami, zapomnianą mową z dzieciństwa.

Powiedział, że urodził się w Bytomiu w czasie wojny. W domu mówili po niemiecku, po polsku prawie wcale – wszyscy na placu wyzywali go od Niemców i faszystów. Żyć się nie dało. W 1951 r. więc wyjechał z rodzicami do Niemiec i cieszył się, że tutaj będzie wreszcie między swymi. Tutaj jednak w jego ustach słowo „Frühling” brzmiało za bardzo jak „Frrriling”, z dźwięcznym, polskim „er” i „i” zamiast umlautu i przez cale życie był zasranym Polacke.

I wie pan, mówił, ja przez całe życie nie wiedziałem, kim jestem, i dalej nie wiem, kim jestem, bo kim ja jestem, wszędzie obcy, nigdzie u siebie... Jakby mnie w ogóle nie było. Myślołech sobie, że może bydă Ślnzkiym, tylko, wie pan... Kto j jest...? Nie dokończył, rozpłakał się prawie, ale nie można płakać, więc żeby nie płakać, odwrócił się i uciekł. Jakby go w ogóle nie było.

Zbigniew Kadłubek, filolog klasyczny (to ważne), napisał „Listy z Rzymu”, książkę w języku, którego nie ma. W języku, który nie ma zasad, nie ma nawet tych daszków i kreseczek, którymi ja za stowarzyszeniem Pro Loquela Silesiana zapisuję śląszczyznę. I pisze tak:

„Ślonsk sie traci, a jo niy umja sie z tym pogodzić. Ślonsk je mojom religjom, mojom krwjom, kronży wy mje. Jo tyż sie traca: w środziymnomorskim lufcie czuja, że utrata boli. Wszysko sie traci: willa Nerona, imperium, Ślonsk, jo. Co zostowo?”.

Nie wiem, panie profesorze, co zostaje.

Nie wiem, dobry człowieku z Darmstadt, kim jesteś.

Może te Paulki i Lojziki, Gele, Hildy i Cile, bajtle, dziołszki i starziki, my z Rajchu i chałpy kupine za staryj Polski to tylko takie kłamstwa, kręgi na wodzie, pył i marność, a naprawdę, tak naprawdę, to co jest?

Może nic nie ma. Śląsk znika. Znika, jakby go w ogóle nie było.

My znikamy, jakby nas w ogóle nie było. Im bardziej chcemy się pojawić, tym bardziej znikamy.

 

Szczepan Twardoch – pisarz i publicysta. Jak twierdzi: „Pogodnie rozczarowany prawie wszystkim poza literaturą i miłością”. Autor powieści, m.in. „Wiecznego Grunwaldu”, wyróżnionego Nagrodą im. Józefa Mackiewicza i nominacją do Gwarancji Kultury, oraz kilku zbiorów opowiadań, m.in. „Tak jest dobrze”, nominowanego do Nagrody Literackiej Gdynia. Otrzymał Paszport POLITYKI 2012 za powieść „Morfina”. Mieszka w Pilchowicach na Górnym Śląsku.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj