Kawiarnia literacka

Ofiara losu
Stosunkowo słabo odgaduję znaczenie przysłów, zaledwie rozpoznaję synonimy i antonimy.

Ofiara losu nigdy nie kojarzyła mi się z nieudacznikiem. Żeby być ofiarą, trzeba mieć los. Coś musi wyciągnąć po nas wolicjonalną dłoń. Coś lub ktoś musi nas chcieć. Jest to najczęściej wezwanie złowrogie. Odpowiedzieć na takie wezwanie można na wiele sposobów. Jednym z nich jest literatura. Tę prostą prawdę przypomniałem sobie przeglądając w Internecie archiwalia zlikwidowanego dawno temu programu „Telewizyjne Wiadomości Literackie”. Natrafiłem na rozmowę Stanisława Beresia z Leo Lipskim. Lipski właściwie nie mówi. Leży w łóżku. Potwierdza lub zaprzecza opowieściom, jakie o jego życiu snuje Łucja Gliksman – wieloletnia opiekunka, profesor literatury.

Słynne w kręgach paryskiej „Kultury” i przez nią wydawane w latach 50. opowiadania i powieści Lipskiego w Polsce ukazywały się w podziemiu. Niestety, nie dysponuję pionierskim wydaniem z przedmową Jana Zielińskiego z końcówki lat 80. Mam natomiast wybór z dekady następnej, wydany przez wydawnictwo o wielce wymownej nazwie Oficyna Druków Niskonakładowych. Nie wiem, czy Lipski powinien być niskonakładowy. Zważywszy na rodzaj grozy tych narracji i raczej nieciekawe diagnozy stawiane światu – najpewniej tak. Jego twórczość byłaby niemożliwa bez traumy XX w., którą znamy z pism Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, oddanego apologety kolegi po piórze. Oddanego do tego stopnia, że odmówił napisania wstępu do posiadanego przeze mnie wydania, twierdząc, że nie ośmieliłby się wystawiać cenzurki temu pisarzowi.

Lipski, urodzony w 1917 r. w Szwajcarii, więzień łagrów, po wojnie osiadł w Tel Awiwie. Nie tyle osiadł, co opadł. Najpewniej tyfus przywleczony z ZSRR okazał się przysłowiowym dotknięciem przez los. Paraliż prawostronny ostatecznie przykuł Lipskiego do wózka inwalidzkiego, potem do mieszkania, pokoju, łóżka i literatury, o którą musiał walczyć w sposób niewyobrażalny dla zwykłego śmiertelnika. Napisać cokolwiek w takim stanie wydaje się niemożliwością. Lipski zmarł w 1997 r. Pozostawił po sobie skromny dorobek paru niewielkich rozmiarowo, ale wielkich jakościowo powieści, z których najsłynniejsze to najpewniej „Piotruś” i „Dzień i noc”.

Kamera „Telewizyjnych Wiadomości Literackich” uchwyciła rodzaj dusznej atmosfery spotkania zdrowych z chorym. Profesor Bereś, ewidentnie przejęty, zadaje jedynie pytania elementarne. Naprzeciwko leży wybitny pisarz, który mamrocze coś pod nosem. To mamrotanie tłumaczy „na nasze” Łucja Gliksman. Sytuacyjny trójkąt rozmówców wystawia widza na ciężką próbę. Oto obserwuję na ekraniku laptopa to, o czym pisał autor w takich słowach: „Język, którym myślę, rozpada się i kruszy. Jest niby-mamrotaniem starych kobiet, co moczą biszkopty w mleku. Gwałtowna atrofia: kurczę się. Zostaje ze mnie tylko fasada, która mówi, śmieje się. I na wydmach piasku czesze wiatr suche krzewy”.

Poetyckość prozy Lipskiego jest jej cechą dystynktywną, skrót natomiast figurą losu ostatecznie dopowiedzianego. Kiedy bowiem patrzy się na Lipskiego, pierzchają wszelkie mądrości ludowe, zwłaszcza te o cierpieniu, które uszlachetnia, kierując nasze życie na otwarte wody wieczności. Nic z tych rzeczy. W apokryficznym „Piotrusiu” Lipski buduje piękne obrazy nowego życia, które „dnieje”. Puentuje natomiast tak: „Już wiedziałem. Czy warto ryzykować życie dla wielu lat konania? Znałem to już. (...) To będzie gorsze. Konanie, w milczeniu, przez lata. Zamurowany we własnym ciele (jak mniszki zamurowywano). I wtedy wejdą zwierzęta do twojego pokoju i siądą na tobie, jak na kamieniu i ziemi”.

Być może nikt tak dotkliwie nie dał w polskiej literaturze opisu przemiany w swój własny nagrobek. Jednocześnie mało jest przykładów równie powściągliwego pisarstwa, które zawsze powołuje groteskę w miejsce skargi na taki, a nie inny los. Lipski bowiem uczy, że na tym nagrobku przynajmniej możemy wygrawerować coś własnym charakterem pisma. Właśnie wbrew ślepemu losowi, który nas jedynie potępia, spychając w otchłań kompletnie anonimowej śmierci. Na tę anonimowość nie godzą się więźniowie w „Dniu i nocy”. Sięgają po radykalne samookaleczenia w celu zyskania alibi przed morderczą pracą. Piotruś z kolei, kupiony na bazarze przez diaboliczną nieco panią Cin, nie poddaje się prostej funkcjonalizacji. Miał służyć do siedzenia w klozecie, odbędzie zaś wielką przygodę poznawczą i filozoficzną podróż z prostytutką Batią.

Leo Lipski to nieodrodny syn kafkowskich odmieńców. Ofiary losu pokroju bohatera „Przemiany” w jego prozie odnajdziemy odmienione jeszcze bardziej. Mówią językiem maksymalnie skondensowanym, dialogi urywają się dokładnie w momencie oczekiwanych i nieoczekiwanych rozstrzygnięć. Lipski pisał tak, jakby ciągle zadawał retoryczne pytanie z jednej strony o sens życia, z drugiej o sens konania. Nie mogąc udzielić odpowiedzi na żadne z nich, wybierał pośrednią figurę – groteskę. Z niej sączy się groza, w niej być może mieści się również ukojenie.

Dzieło Lipskiego jest tragikomiczne, jego życie okazało się tragiczne. Piotruś to postać buntu, którą można przeciwstawić naszej trywialnej skłonności do wypierania lęku. Infantylizujemy lęk w obrzędach zaradczych, zaklinamy rzeczywistość, jak tylko możemy. Coraz mniej jesteśmy ciałem, coraz bardziej jego karkołomną, woskową figurą. Nasze czasy to czasy stojące w miejscu. Mamy już botoks, chirurgię plastyczną i paliatywny raj. Życie zastępują nam plotkarskie portale, które codziennie wyświetlają inne modele kiczu. Los być może uśmiechnie się do nas na końcu i przyjmie z nas ofiarę.

 

Krzysztof Siwczyk, jedyny w Polsce poeta, który jest jednocześnie krytykiem literackim, felietonistą oraz aktorem (zagrał świetnie głównego bohatera filmu Lecha Majewskiego „Wojaczek”). Niedawno wydał tom wierszy „Gody”. Pracuje w Instytucie Mikołowskim znajdującym się w domu, w którym mieszkał Rafał Wojaczek.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj