Kawiarnia literacka
Wyszedł z domu i nie wrócił
Od kiedy pamiętam, fascynowały mnie rozwieszane na dworcach i przystankach ogłoszenia o zaginięciach młodych ludzi.

Czytaj także

I choć na stronie fundacji Itaka widać, że giną przedstawiciele wszystkich płci i grup wiekowych, na słupach ogłoszeniowych rzucają się w oczy głównie młodzi. To działa na wyobraźnię. Skoro ktoś wyszedł z domu do kolegi i nie wrócił od lat, to znaczy, że znalazł się w tej szczelinie rzeczywistości, do której zwykły śmiertelnik nie ma wstępu, może co najwyżej podejrzewać, że rzeczywistość zaopatrzona jest w mnóstwo niewidocznych na pierwszy rzut oka drzwi, zakamuflowanych fototapetą przedstawiającą codzienność, jak tło na zdjęciu z ogłoszenia.

Ale my jedziemy do ZUS albo w inne banalne, codzienne miejsce, trzeba zapłacić rachunki, jest zwykły, szary wtorek bez szans na przejaśnienia ani wygraną w totka. Stoimy na przystanku autobusowym. Chwilowo jesteśmy jak oni – w zawieszeniu. Aby oddalić się od smrodzącego petem dziadka, podchodzimy wolno do słupa ogłoszeniowego i widzimy twarz, powiedzmy, 18-latka. Jest to twarz, która jeszcze nie wie, że znajdzie się na ogłoszeniu, twarz kogoś, kto przebywa po naszej stronie rzeczywistości i nie ma pojęcia o istnieniu tajnych drzwi, no chyba że je przeczuwa w takich samych momentach, nudząc się na przystanku. Siedzi na tle komputera i chrupie chipsy, wyrwany z cudownie beztroskiej młodości. Sprawdzamy, jak dawno zaginął. Pół roku temu. Twarz natychmiast się zmienia, zostaje wzięta w cudzysłów, jak reklama biura podróży donikąd, reklama atrakcyjnych cenowo biletów w jedną stronę.

Ubrany był w zieloną kurtkę z kapturem, ciemnogranatowe spodnie od dresu, czarne adidasy z trzema paskami po bokach. Wzrost 176 cm, oczy brązowe. Wracaj, czekamy na ciebie! Rodzice. Kto do kogo o czym tu mówi? Oczywiście, głównie rodzice do zaginionych dzieci. Wierzą, że dziecko żyje i tylko uciekło z domu, ale oto czyta ogłoszenie, widzi, ile smutku narobiło swoim zniknięciem, wzrusza się i postanawia wrócić do domu. Wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Dalej jest podany adres strony na Facebooku założonej przez zatroskanych kolegów z tej samej klasy. Oni też zwracają się do kolegi, ksywą, swoim językiem. Czytelnik czuje się jak intruz, który wszedł nielegalnie w wąski, intymny kanał komunikacyjny między bliskimi.

Na moim przystanku ostatnio pojawiało się tyle ogłoszeń, że aż zacząłem podejrzewać, że po Wrocławiu grasuje seryjny morderca. Nierówne to poszukiwania – jednych szukano całymi miesiącami, z użyciem wszystkich mediów (modne ostatnio billboardy), innych skromniej, ale wszystkie te teksty są do siebie podobne. Opis zaginionej osoby w swojej prostocie, skrótowości i rzeczowości przywodzi na myśl mówienie przez łzy.

Czy w przypadku tego chłopca, który spogląda na nas z ogłoszenia, zdmuchując świeczki na urodzinowym torcie (osiemnastka!), nie nasuwałoby się bardziej określenie, że jest piękny, a nie że ma: „wzrost: 176, 68 kg wagi”? A o tym drugim – że ma pryszcze i najwyraźniej boi się jutrzejszego sprawdzianu z fizyki? A ten trzeci na bank chowa w swoim pokoju przed rodzicami papierosy?

Wszyscy mają w oczach dziwną tajemnicę, teraz dopiero widoczną, są naznaczeni tym, co się z nimi stanie. Wyjdą z domu nie tymi drzwiami i znajdą się w innym wymiarze, wymiarze tak tajemniczym, jak śmierć, do którego kluczy nikt nie ma, no, może czasami policja. Albo może nic nie mają w twarzach i to jest właśnie najdziwniejsze. Jak można podczas robienia t a k i e g o zdjęcia nic nie wiedzieć? Przecież właśnie bierze się udział w tak specyficznej sesji zdjęciowej, w castingu, naborze do nie wiadomo czego! Przecież zostanie się tak dokumentnie wymazanym, komórka nie będzie odbierać, na koncie bankowym żadnych ruchów, a jednocześnie widziany w Zgierzu, Suwałkach i Krynicy Morskiej. Nie, czegoś takiego nie można nie przeczuć, myślimy i sami dorabiamy zdjęciu znamię. Może to ta wada filmu w tle, może to coś czarnego padającego od głowy, a nie, to cień.

Ludzie mają naprawdę dziwne hobby; co jest atrakcyjne dla jednego, innemu wydaje się najnudniejsze na świecie. Zapisują przejeżdżające pociągi, fotografują ptaki i samoloty, zbierają pudełka od zapałek i gdy o tych rzeczach rozmawiają, dostają wypieków. Myślę więc, że poza mną ktoś jeszcze interesuje się tymi ogłoszeniami o zaginięciach, zrywa je i zbiera, wchodzi na strony Itaki, śledzi w sieci dalsze losy. Ten chłopak naprawdę lubi chodzić po górach i to widać. Zdjęcie zrobione przed schroniskiem, długie włosy ujęte w koński ogon, plecak, 20 km już za nami. W tę podróż nie zabrał maty termoizolacyjnej ani dostatecznej ilości wałówki. Prawdopodobnie stracił pamięć i jeździ komunikacją miejską. Takie przynajmniej jest pobożne życzenie rodziców. Niepostrzeżenie znalazł się po tej stronie dyskursu, gdzie nie jeździ się już autobusami ani tramwajami, tylko środkami komunikacji miejskiej. Po tej stronie, gdzie zamiast być pięknym, wesołym, młodym chłopcem waży się 68 kg i mierzy 176 cm wzrostu. Jakby już się nie żyło i było tylko ciałem.

Tak, pan Cogito starannie rozprostowuje ukradzione z przystanków ogłoszenia o zaginięciach. Najstarsze są już nieco pożółkłe i wyblakłe, foliowe koperty, którymi rodzina zabezpieczyła kartkę formatu A4 przed deszczem, marszczą się i mętnieją. Nie ma wątpliwości, że sprawa zaginięć jest zbyt literacka, żeby dało się z niej jeszcze zrobić jakąś lepszą literaturę. Ta, którą czytamy na słupach ogłoszeniowych, mówi nam dużo przede wszystkim o naszej codzienności.

Michał Witkowski – postinteligent, pisarz środka i Andrzej Gołota polskiej prozy. Debiutował zbiorem opowiadań „Copyright” (2001 r.), wydał powieści: „Lubiewo” (2005 r.), „Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej” (2007 r.), „Margot” (2009 r.) oraz kryminał satyryczny „Drwal” (2011 r.) i zbiór opowiadań „Fototapeta” (2006 r.).

Poleć stronę

Zamknij