Kawiarnia literacka
Marat współczesny
Zanim zamieszkałem z P., nie doceniałem roli wanny w życiu człowieka pracy. Prysznic w zupełności mi wystarczał, łazienka kojarzyła mi się raczej z miejscem, gdzie zmywa się ze skóry brud dnia i brud nocy, niż z biurem i biurkiem.

Co innego P. – P. ma zgoła odmienne podejście, a nawet poleżenie do wanny. P. w wannie tłumaczy, w wannie czyta książki i w wannie ogląda filmy, o których potem w wannie pisze artykuły, blogowe notki i doktorat. Przez cały rok zatem, a zimą szczególnie często, słyszę zza mojego staromodnego i podejrzanie suchego biurka, jak za ścianą P., Marat naszych czasów, nie przerywając czytania lub pisania, odkręca lewą stopą kurek z gorącą wodą i w ten sposób przedłuża pracę o kolejny kwadrans.

Zwyczaje te częściowo przyjąłem, aczkolwiek wanną dysponuję, kiedy akurat nie pracuje w niej P., więc staram się ograniczać: tam zabieram ze sobą tylko prace najcięższe i najbardziej niewdzięczne. Jak choćby czytanie zestawów poetyckich, spływających na konkursy, w których mam, powiedzmy, honor i szczęście jurorować. Klnę dość rzadko, bluzganie nie leży w mojej naturze, ale czytania zestawów poetyckich najzwyczajniej nie da się znieść bez przekleństw. Ale jest praca bardziej frustrująca, niewdzięczniejsza jeszcze: korekta i redakcja.

Korekta i redakcja to najplugawsza, najohydniejsza część procesu powstawania książki, część, której odpowiednikami są: segregowanie śmieci na taśmie, praca hycla, ekshumowanie zwłok, amputowanie kończyn dotkniętych gangreną oraz ich spalanie w krematorium medycznym, słowem: zawody, które nie marzą się żadnemu dziesięciolatkowi, pytanemu o to, co chciałby robić w życiu. Przekleństwo „obyś cudze dzieci uczył!” jest niczym w porównaniu z „obyś cudze książki redagował”, ale przecież i autor przy okazji swoje odcierpi.

Oto, zarwawszy wiele nocy, straciwszy wiele okazji na przyjemniejsze spędzenie czasu, w końcu napisał lub przełożył książkę, sprawdził ją wielokrotnie, uładził, wygładził i w tej oczyszczonej, niepokalanej formie złożył w wydawnictwie. A po kilku miesiącach dostaje nie tekst, lecz jakiś produkt doktora Frankensteina, pocięty i złożony na nowo, pokaleczony, poprzerabiany, w którym redaktor (lub, zazwyczaj, redaktorka) zaznaczył (lub, zazwyczaj, zaznaczyła) setki błędów, potknięć, pomyłek, od których dzieło, jak się autorowi zdawało, było już całkowicie wolne.

Żebyż jeszcze na redaktorkę można się było zżymać, żebyż można ją było, choćby i w duchu, zwymyślać, oskarżyć o złą wolę, o niskie czepialstwo – ale nawet tak sobie nie można ulżyć, bo redaktorka (lub, rzadziej, redaktor) wszystko to robi z życzliwości, z profesjonalizmu wycina, dla dobra książki kreśli. Niestety: autor i redaktor stoją po tej samej stronie barykady. Ale sama procedura wynajdowania błędów oraz procedura przyjmowania lub odrzucania poprawek są dla obu stron nieprzyjemne. Jeśli leżę w wannie i, nie klnąc zgoła – bo to cierpienie głębszego jeszcze rodzaju niż jurorowanie – zajmuję się korektą, to ból mój jeszcze potęguje się o to, że wyobrażam sobie inną wannę czy może biurko, gdzie kto inny klął lub – z głębszego cierpienia – nie klął nawet, korygując moje sakramenckie błędy.

Prócz dogłębnego wstydu, że popełniło się takie wykroczenia przeciw polszczyźnie, a czasem i przeciw zdrowemu rozsądkowi, jest w tym jednak i pocieszenie: dzięki tej masakrze o ileż lepszą (czy może: o ile mniej złą) książkę daje autor do ręki czytelnikowi! Wiem, co znaczy zła redakcja, bo pracowałem kiedyś z panią, która, na przykład, skreślała słowo „postaw” (materiału) i pisała „postawa”, ale wiem również, co znaczy redakcja znakomita. Kiedyś w rozmowie z tłumaczami o świetnych redaktorach rzuciłem: „Szkoda, że nie ma za redakcję nagrody literackiej...”, na co jedna z tłumaczek od razu powiedziała: „E, i tak parę lat z rzędu tę nagrodę musiałaby dostać Marianna Sokołowska”. Kiedy pierwszy raz dostałem książkę zredagowaną jej ołówkiem, chciałem ze wstydu zapaść się pod ziemię, a pani Marianna powiedziała mi tylko, oddając kompletnie pokreślone strony: „Ależ to bardzo czysty maszynopis! Pan nawet nie wie, co ludzie przynoszą do wydawnictwa. Ja to nazywam książkami w reklamówce: jest materiał, a dopiero redaktor z materiału robi książkę”.

Piszę o tym nie tylko, żeby przypomnieć, jak wielką pracę wykonują redaktorzy, korektorzy, autorzy indeksów i wszyscy pozostali, którzy przyczyniają się do tego, że do rąk własnych czytelnicy dostają książkę, a nie kostropaty zbiór słów. Ale również dlatego, że wydawnictwa coraz częściej na nich oszczędzają. To, że niemal wszyscy, którzy odwalają przy książkach najczarniejszą robotę, zostali zwolnieni i pracują jako freelancerzy – to tylko wierzchołek góry lodowej. Coraz częściej, sądząc po tym, co znajduję na księgarskich półkach, korektę robi się, przepuszczając tekst przez komputerowe sprawdzanie pisowni, toteż w pewnej szacownej oficynie „bród” oznacza „brud”, a „stróżka” – „strużkę”. Najsłynniejsze wydawnictwo naukowe wydaje książki – rzecz nie do pomyślenia – bez indeksów, a te indeksy, które powstają, coraz częściej są żenująco niechlujne. Jeśli do tego dochodzą szkolne błędy, czy to stylistyczne, czy naukowe, czy ortograficzne nawet, to zamiast cierpień redaktora i autora mamy do czynienia z cierpieniem wszystkich czytelników, którzy ośmielą się sięgnąć po książkę.

A wtedy jesteśmy już tylko o krok od tragedii: jeden z nich, którego błędy i niechlujność doprowadzą do szału, może chwycić za sztylet i, niczym Charlotta Corday, rozprawić się z autorem, pluszczącym się w wannie niefrasobliwie.

Jacek Dehnel – pisarz (ostatnio wydał powieść „Saturn”), poeta, tłumacz (Larkin, Verdins) i malarz. Zajmuje się zbieractwem i łowiectwem (gratów), prowadzi blog poświęcony międzywojennemu tabloidowi kryminalnemu „Tajny Detektyw”, nie prowadzi samochodu. Decyzją Rady Języka Polskiego został Młodym Ambasadorem Polszczyzny.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj