Recenzja książki: Stephen King, "Joyland"
Park pełen atrakcji
Książka powinna za to spodobać się tym, których interesuje Ameryka z początku lat 70.
materiały prasowe

Kolejna – po „Dallas ’63” – podróż sentymentalna Stephena Kinga. Tym razem amerykański prozaik składa hołd swemu przyjacielowi, pisarzowi Donaldowi Westlake’owi. Wyrusza także w krainę młodości, by opowiedzieć historię dla siebie raczej nietypową. „Joyland” jest bowiem klasyczną powieścią obyczajową z wciągającym wątkiem kryminalnym w tle. Sfera zdarzeń irracjonalnych znajduje się tutaj zdecydowanie na drugim planie. Całość zaczyna się jak typowa literatura kampusowa. Amerykańska prowincja, studia, trudne życie młodych ludzi, którzy pracują, by odrobić czesne. Głównego bohatera, marzącego o pisarskiej karierze Devina Jonesa, dziewczyna zostawiła dla innego. Aby zarobić na następny rok studiów, wyjeżdża do Heaven’s Bay i zatrudnia się w miejscowym tytułowym Joyland – w parku rozrywki. Tu leczy powoli zranione serce, a przy okazji próbuje rozwiązać zagadkę zabójstwa dziewczyny, która czasami ponoć pojawia się w tutejszym Strasznym Dworze, gdzie ją zamordowano. W rozwiązaniu tajemnicy i odnalezieniu seryjnego mordercy pomaga mu dwoje innych studentów, którzy – jak Jones – zatrudnili się na wakacje, a także cierpiący na śmiertelną chorobę 12-latek. „Czym byłby szanujący się park rozrywki bez ducha?” – pyta główny bohater. „Joyland” bez ducha niespecjalnie by ucierpiał. Poszukiwaczy mocnych wrażeń nowa książka Kinga może nieco rozczarować. Powinna za to spodobać się tym, których interesuje Ameryka z początku lat 70.

 

Stephen King, Joyland, przeł. Tomasz Wilusz, Prószyński i S-ka, Warszawa 2013, s. 336

Książka do kupienia w sklepie internetowym Polityki.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj