Kawiarnia literacka
Ojciec headhunter
– To bardzo przykre, kiedy opowiada ci się o czymś, a ty przerywasz i zaczynasz cytować profile niań – słyszę od mamy moich dzieci.

1.

Więc nadszedł ten moment. Tylko dlaczego patrzymy na siebie i jesteśmy przerażeni? Czy na pewno wciąż tego chcemy?

Możemy jeszcze się rozmyślić. Patrzę na naszych bliźniaków, którzy nieświadomi, że zaraz będą ważyły się ich losy, bujają się w fotelikach na podłodze.

My siedzimy przy stole, przed nami na razie puste krzesło. Ściskam w ręku wydrukowany z Internetu kwestionariusz. Jest lekko wymięty – przed chwilą wciskaliśmy go sobie nawzajem. Żadne z nas za nic nie chciało zadawać tych pytań, ale w końcu stanęło na mnie, „bo przecież to ty zobowiązałeś się znaleźć nianię”.

Mimo to ciężko mi sobie wyobrazić siebie zadającego drugie pytanie z kwestionariusza: Proszę wymienić, jakie ma pani zalety, a jakie wady.

Oraz następne: Co by pani zrobiła, gdyby dziecko połknęło pinezkę? Może dlatego, że sam nie jestem pewien, jaka jest prawidłowa odpowiedź.

Męczą mnie też inne wątpliwości. Czy pytania czytać z kartki, czy raczej nauczyć się ich na pamięć? I czy wszyscy ojcowie-pracodawcy są tak zestresowani jak ja?

Patrzę na zegarek. Za trzy minuty zacznie się casting na nianię.

2.

Pierwsze poszukiwania zacząłem dużo wcześniej. Pytałem najbliższych, czy mogą mi polecić kogoś zaufanego. Niestety, nie mogli, ale za to podzielili się swoim doświadczeniem. Nie podejrzewałem, że jest aż tak bogate.

Okazało się, że mój wujek śledził każdą nowo zatrudnioną nianię. Brał specjalnie tydzień wolnego z pracy. I spędzał go, chowając się za drzewami w parku albo za gazetą na ławce przy placu zabaw. A po powrocie do domu jeszcze przepytywał nianię, co robiła z dziećmi na spacerze. W ten sposób sprawdzał, czy jest prawdomówna.

– Nie było wtedy takich możliwości jak kamera w oczku pluszowego misia – tłumaczy.

Moja mama też okazuje się ekspertem od niań. Twierdzi, że nigdy ich nie śledziła. Mimo to pamięta, że jedna zakładała jej biżuterię i zamiast do parku szła z wózkiem na randki do koszar wojskowych. Druga zaprowadziła wózek do kościoła, żeby wreszcie mnie ochrzcić. A trzecia na spacerach paliła i piła – dla niepoznaki wlewając alkohol do dziecięcej buteleczki ze smoczkiem.

Słucham z lekkim przerażeniem. Może i dobrze, że dotąd oszczędzono mi tych mrożących krew w ojcowskich żyłach historii. Ale teraz muszę być przygotowany na wszystkie możliwe zagrożenia.

Bardzo cenne są też rady, czym się kierować przy właściwym wyborze niani. Dlatego notuję je w telefonie, żeby nie zapomnieć. Niestety, część z nich trudno będzie pogodzić.

Bo najlepiej, żeby niania była starsza, doświadczona i odpowiedzialna. Koniecznie musi być też młoda, pełna energii i bez „peerelowskiego mentalu”. Powinna przy okazji sprzątać i gotować. Ale tak, żeby równocześnie całą swoją uwagę poświęcać wyłącznie zabawom z dziećmi.

Gdzie znajdę ten ideał? Jest tylko jedno takie miejsce.

Przez następne dwa tygodnie siedzę w Internecie. Przeglądam setki ogłoszeń szukających pracy opiekunek do dzieci. Po tygodniu nie jestem już w stanie skupić się na niczym innym.

– To bardzo przykre, kiedy opowiada ci się o czymś, a ty przerywasz i zaczynasz cytować profile niań – słyszę od mamy moich dzieci.

– Cechuję się nie tylko dużą wiedzą i doświadczeniem, ale również wielką cierpliwością, empatią i przede wszystkim ogromnym sercem. Jestem osobą uczciwą i zawsze uśmiechniętą. Nie posiadam nałogów.

– Przestań.

– Jestem pogodna, czysta, empatyczna i asertywna. Preferuję uregulowany tryb dnia malucha, co świetnie wpływa na jego układ nerwowy. Posiadam znajomość alergii pokarmowych, wziewnych, kontaktowych. Oraz aktualną książeczkę sanepidu.

3.

W końcu wybieram sześć kandydatek. Waham się jeszcze nad studentką ASP, która chyba jako jedyna na całym portalu nie pisze, że kocha dzieci. W ogóle nie pisze nic o „maluszkach”, „pociechach” ani „szkrabach”. W długim i ciekawym opisie skupia się na swojej największej pasji: ceramice.

Trzy pierwsze kandydatki nie odbierają telefonu. Czwarta następnego dnia wyjeżdża do pracy w Anglii. Pije właśnie pożegnalne piwo z siostrą, więc może siostra? Proponuje i podaje jej słuchawkę. Siostra jest bardzo miła i w dobrym humorze, ale szczerze przyznaje, że nie przepada za dziećmi.

Z pozostałymi dwoma umawiam się na spotkanie. Pierwsza nie daje mi dojść do słowa. Rozgląda się po mieszkaniu i plotkuje o poprzednich rodzicach, u których pracowała. A kiedy mówimy, że zależałoby nam, żeby dzieci pod opieką niani nie oglądały telewizji, odpowiada, że w takim razie będzie włączać tylko przyrodnicze kanały. Później przepytuje nas, jakby miała nas zatrudnić (lub nie) na stanowisku rodziców.

W porównaniu z pierwszą druga kandydatka jest małomówna. Sięgam po kwestionariusz i proszę, żeby opowiedziała coś o sobie. Chwilę się zastanawia, zanim powie:

– Przejechałam w wakacje całą Danię i Szwecję autostopem.

– I nie bała się pani?

– Odważni byli też kierowcy, którzy mnie podwozili. To wymaga zaufania z obu stron.

Zabrzmiało jak najlepsze referencje do opieki nad naszymi bliźniakami. Patrzę, jak nieświadomi, że zapadła już decyzja, spokojnie bujają się w fotelikach na podłodze. I z ulgą odkładam kwestionariusz na stół. Jak to dobrze, że na co dzień nie pracuję jako łowca głów.

Mikołaj Łoziński – pisarz i fotografik. Socjolog z wykształcenia. Był tłumaczem telewizji francusko-niemieckiej, zarabiał jako malarz pokojowy i asystent niewidomej psychoterapeutki. Debiutował powieścią „Reisefieber” (Znak 2006), za którą otrzymał w 2007 r. Nagrodę Fundacji im. Kościelskich. Laureat Paszportu POLITYKI w 2011 r. za powieść „Książka”. Ojciec bliźniaków. Mieszka w Warszawie.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj