Kawiarnia literacka
Polszczyzna na straży Polski
Kto wjeżdża do Polski, ten musi zaniemówić. Obcokrajowiec, który próbuje wymówić nazwę miejscowości, gdzie zamierza się udać, kończy bełkocząc i popluwając

Nikt nie wie, o co mu chodzi, gdy tak charczy i się dusi, łykając kolejne „szcz-”, „-łań-”, „-snysz”. Polska jest bezbłędnie ufortyfikowana – ortograficznie i dźwiękowo.

Ilekroć wjeżdżam do Polski i czytam nazwy mijanych miejscowości, przychodzi mi do głowy, że wymyślono je na złość wrogom. Zaczynają się tuż za granicą i są niczym kurtyna – już nie żelazna, ale ortograficzno-dźwiękowa. Odważni, którzy się za nią zapuszczą, muszą cierpieć przez cały szlak, łącznie z Dworcem Centralnym w Warszawie, gdzie wydawałoby się, że mówi się językami lub przynajmniej je rozumie. Ale nie w kasach. Ile razy po kupieniu biletu zostawałam przy okienku trzy razy dłużej, niż musiałam, bo panie za szybami na pytanie: Do you speak English?, zawzięcie kręciły głowami, zostawiając zagranicznych klientów w pacie. Podróżujący narażali im się nie dość służalczą postawą. My, Polacy, wiemy, że chociaż mikrofon znajduje się na wysokości ust przeciętnego obywatela, należy mimo to zgiąć kark i spróbować mówić przez dziurę do podawania biletów. Sprzedawczyni może się na nas odąć, zignorować, dać do zrozumienia, że nie pojmuje, o co nam chodzi. I nagle uszczęśliwić biletem, a nawet drobnymi z reszty.

Obcokrajowiec nie rozumie uroku tej socjologii rozmowy przez szybkę o tradycjach sięgających korzeniami głębokiego socjalizmu, dlatego stoi jak baran i gapi się na panią, która w odwecie patrzy na niego, zanim zawoła: Następny!

Duma z niedopuszczania obcych do tajemnic naszego pięknego języka – a zatem i kraju – łączy pokolenia. Nie tylko doświadczeni pracownicy kas dworcowych nie wychodzą klientom naprzeciw, nie ucząc się takich słów, jak „yes”, „one”, „two” czy „ticket”. W jednej z usytuowanych na Centralnym barokanapczarni o obco brzmiącej nazwie usłyszałam, jak hoża pracownica skarży się koleżance: A to nie mogliby się nauczyć polskiego, zanim przyjadą?!

No właśnie, nie mogliby? Spojrzałam na bogactwo polszczyzny, dla mnie brzmiącej jak poezja, oczami obcokrajowca. Gdyby chciał się nauczyć choćby nazw niektórych miejscowości, musiałby się swoim aparatem mowy udusić. Systematyczny acz pobieżny przegląd nazw polskich miejscowości nasuwa podejrzenie, że składają się one na całościowy system obronny granic przed najazdem z zewnątrz. Zwłaszcza przeciw Niemcom są wymyślone. Lecąc z grubsza alfabetycznie, wyobrażałam sobie, jak je wymawiają nie-Polacy (nie bez złośliwej satysfakcji, biję się w piersi).

I tak, na pewno nikt poza nami nie wymówi nazwy Brzeszcze. Człopa i Ćmielów jakoś pójdą, ale ćwiczenia z pisania nazw Dzierzgoń czy Dzierżoniów trącą średniowieczną torturą. Goniądz, Gołańcz zabrzmią w mowie jak przerzucanie językiem gorącego kartofla, Iłża i Ińsko to złośliwe wyzwanie ortograficzne. Wymawiając Kietrz i Kleszczele, można się spocić, Łobżenica i Łęsknica to nic w porównaniu z taką Mszczaną Dolną czy Mszczonowem. Orzesze, Orzysz i Ostrzeszów to z perspektywy obcokrajowca po prostu szelest, zresztą nazwy te, według niego, niczym się od siebie nie różnią. Nazwy miejscowości zaczynające się na literę „p” to rodzaj ciumkającego bagna: Przasnysz, Przedbórz, Przedecz, Przysucha, a nade wszystko Pszczyna i Pszów. Na tym tle nazwa Pyzdry brzmi wręcz wybuchowo. Wymowy nazw Reszel i Rzepin można się nauczyć dźwiękonaśladowczo (szuranie po żużlu), ale już Sierpc czy Skwierzyna wymagają ponadprzeciętnego słuchu – wyłowienie przejścia między „p” a „c” w Sierpcu czy pomostu między spółgłoskami „k” i „w” w Skwierzynie to zadanie dla szpiega. Najstraszniejsze pułapki czekają na gościa z zagranicy na linii nazw zaczynających się od „sz”. Dramat dukania takich nazw, jak Szczecin, Szczekociny, może się odbić długotrwałą traumą, przy wdzięcznej nazwie Szczuczyn widzę obcokrajowca na skraju samobójstwa. Zwalić go z nóg może już tylko Szczebrzeszyn, po którym złośliwie pęta się chrząszcz. Sztum brzmi jak wystrzał z moździerza, jedynie Szprotawa daje jaką taką nadzieję, bo przynajmniej zawiera samogłoski i daje się dzielić na w miarę wymawialne sylaby. Ciekawe są nazwy takie jak Śrem. Założę się, że w obcych ustach zabrzmiałyby, jak „srem” lub gorzej (gdy „e” przejdzie z nerwów w „o” lub „a”). W ogóle jest kłopot z „ś”, za granicą nie docenia się smaku tej ślicznej literki. Trzcianka i Trzciel mogą być uznane za wymyślone w zamiarze ciemiężenia, Trzcińsko-Zdrój i Trzemeszno to ta sama szuflada. Mnie osobiście lekko szokuje nazwa Wyrzysk, znaczeniowo uplasowana między wrzaskiem a wyzyskiem, ale do tego obcokrajowiec nie dojdzie, bo przedtem zwariuje. I takie to buty, jak to się u nas mówi lub idąc nazwami polskich miejscowości: Prabuty. Gdyby jednak obcokrajowiec jakimś cudem przeszedł przez poligon polskiej wymowy, nadawałby się tylko do sanatorium ze skierowaniem na leczenie nazwami – i tu przyda się miejscowość o terapeutycznej nazwie Gniew, dla mniej zestresowanych – Gniewkowo. Mściwuje dałyby efekt elektrowstrząsów.

Wracałam z Centralnego, myśląc o takim gościu z zagranicy. Biedak, jadąc tu, marzył o wiejskiej, słowiańskiej chacie, pod którą wartę pełnią wyrośnięte słoneczniki. Ale nie dane mu było się do niej zbliżyć, bo nasza lingwistyczna forteca trzyma się dzielnie, do rodzimych skarbów dopuszczając tylko obcokrajowców przebiegłych, o stalowych nerwach. Widziałam i takich – po fiasku nabycia biletów w normalnym okienku wślizgnęli się do salki, gdzie kupuje się bilety Intercity – tam kasjerki odpowiadają po angielsku. Inni zrezygnowali z kontaktu z żywym człowiekiem i zaopatrzyli się w bilety w automatach. Polak potrafi, a i obcokrajowca zmusi, żeby się nauczył.

Grażyna Plebanek, powieściopisarka, autorka opowiadań, dziennikarka. Pytana, czy pisze o sobie, odpowiada, że nie, bo: nie jest mężczyzną („Nielegalne związki”), wiejską młodocianą filozofką („Przystupa”), czterema zbuntowanymi dziewczynami („Dziewczyny z Portofino”), godzącą role życiowe Nadkobietą („Pudełko ze szpilkami”). Nałogowo podróżuje. Warszawianka, na pięć lat przeniosła się do Sztokholmu, obecnie mieszka w Brukseli.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj