Kawiarnia literacka

Martwe zwierzątka
Króliki bardzo przybierają na wadze po śmierci. Dowiedziałem się o tym młodo, gdy poszedłem do zerówki, zimą.

Uściślenie: poszedłem do zerówki jesienią, dowiedziałem się zaś zimą, że króliki bardzo przybierają na wadze po śmierci. Dziadek je hodował, głównie na pasztety i pieczenie. Króliki to były milutkie, puchate zwierzątka do dotykania i zabawy, nieciężkie, niezbyt mądre, akurat takie jak ja wtedy, w sam raz, żeby się z nimi zaprzyjaźnić. Na marginesie: w odróżnieniu od drobiu, nigdy nie widziałem śmierci królika; widziałem, podobnie jak wszystkie wiejskie dzieci, biegającego koguta bez głowy, sikającego krwią; rosół brzydzi mnie do dziś; kompletnie nie rozumiem, dlaczego jest raczej okropnie żółty niż buraczkowoczerwony. Królicze pasztety i pieczenie jadłem bez żadnych wyrzutów sumienia. Ba! Wtedy nawet nie wiedziałem, że można cierpieć, bo się je. I że sumienie to jest taka instalacja, którą posiada większość ludzi. Ani że ta instalacja czasem iskrzy i piecze. Czasem nie pozwala spać albo przemienia sny w wilgotne koszmary, z których trudno się wydostać, wszystko przesiąkł pot i śliskość, ręce nie znajdują oparcia, ześlizgują się z najbliższego punktu oparcia w mokre nic. I nawet pastylka nie pomaga, a w przełyku jak w sedesie stoi woda.

Zimą, gdy już chodziłem do zerówki, okazało się, że króliki nie służą jedynie do bawienia i jedzenia, lecz także do ochrony przed. Króliki generalnie chroniły przed światem, z naciskiem na świat zewnętrzny. Innymi słowy, chroniły przed niektórymi porami roku z preferencją na zimę.

Najpierw leżało nieruchomo i niewinnie na wersalce (wersalka to taki wynalazek z PRL, służący niewygodnym próbom zaśnięcia; rano człowiek czuje się złamany jak kolumna tekstu). Nic nie zapowiadało koszmaru. Po dobranocce (dobranocka to taki wynalazek z PRL, który osładzał dzieciom brak tych wszystkich kolorowych rzeczy z Peweksu, o których istnieniu w ogóle nie wiedziały) zostałem eksmitowany do pokoju, mimo moich protestów. Jako dziecku ciągle kazano mi iść spać wtedy, kiedy nie chciałem. Teraz odreagowuję to obciążenie z dzieciństwa i staram się nie spać, kiedy chcę. A chcę spać, OMG, ciągle! Ale do rzeczy. Rankiem toaleta, protesty (woda przed godziną 8 jest najbardziej mokra!), śniadanie, tornister, ząbki, kanapka do szkoły. I wtedy stało się. W korytarzu założyłem buty i ono skoczyło na mnie! Najpierw na ręce matki, a następnie matka opakowała mnie w ono! Wcisnęła moje rączki, zapięła guziki i dowaliła szalikiem i czapką.

W korytarzu wisiało lustro (lustro to taki wynalazek PRL służący odwróceniu uwagi od świata; lustro działa na zasadzie: zajmij się wyszukiwaniem defektów w swoim wyglądzie, a nie będziesz miał siły na wyszukiwanie defektów w ustroju; jak ktoś ma za duży nos i pryszcze, komunizm mu nie przeszkadza aż tak bardzo, i tak nikt tego nosa ni pryszczy nie pokocha, nawet gdyby wolność wybuchła). Chciało mi się płakać lub wręcz szlochać. W lustrze ujrzałem bowiem niewielkie spod czapki fragmenty własnej prawdopodobnie twarzy, ale przede wszystkim – ciałko obwieszone martwymi i pozszywanymi królikami!

Przypominałem Niedźwiedzicę Polarną spławioną w dobranocce na krze przez Misia Colargola. Tylko że ona była większa i prawdziwa. Ja byłem niedźwiedzicą wykonaną z królików, głównie białych, ale na torsie miałem dwa czarne prostokąty jak rentgeny płuc.

Dziś powiedziałbym, nagromadziwszy przez lata rozmaite odniesienia kulturowe, że wyglądałem jak przynęta na pedofila. Lub zoofila. To, że nikt mnie nie wykorzystał w drodze do szkoły, zakrawa na nieprawdopodobieństwo. Choć z drugiej strony w tamtym okresie sporo dzieci, a nawet dorosłych, chodziło w martwych i pozszywanych królikach. Chodzono też w innych martwych zwierzętach. Podobały mi się barany z frędzelkami, a jeszcze bardziej karakuły, stąd króliki, które miałem na sobie, upokarzały mnie i odbierały godność osobistą, i tak łamaną codziennie wiele razy (po dobranocce do łóżka!). Oczywiście, mogło być gorzej, na przykład zamiast w martwych królikach mogłem paradować w martwych nutriach. Nutrie mnie przerażały, smród i te pomarańczowe siekacze. Nie rozumiałem, dlaczego nie wykorzystuje się tych zębów jako guzików, w końcu i tak te nutrie nie żyły.

Moja wiedza o zoofilii jest mikra. Wydaje mi się jednak, że ani króliki, ani nutrie nie były szczególnie pożądane, żadne tam TOP10. Trudno mi się w e m p a t o w a ć w zoofila, jednak jednego jestem pewien i jedno rozumiem: bałbym się uprawiać seks z kimś, kto ma takie pomarańczowe zęby albo takie dłuuugie uszy!

Bardzo jest też możliwe, że futra odstraszały również pedofilów. Pożądali dzieci do krzywdzenia, a nie futerek. Tak czy tak poprzedni system – zimą – został dobrze obmyślony od strony seksualnego bezpieczeństwa nieletnich. Najskuteczniejsza prewencja to ta przeprowadzana na polu estetycznym.

Zostałem wystawiony za drzwi, po raz pierwszy w martwych królikach i z tornistrem. Uderzył we mnie chłód i mróz, zima kwitła, malowała te swoje grafomańskie wierszyki na szkle szyby. Jakby kwiatki, w sumie jednak były to kpiny. Wykonałem pierwsze kroki i wtedy spadło na mnie kolejne nieszczęście. Króliki bardzo przybierają na wadze po śmierci. Takie lekkie, gdy żyły, ruchliwe, teraz ważyły tonę ton.

Tamta zima spędzona w martwych i pozszywanych królikach była gehenną. Najprawdopodobniej ze strachu zacząłem szybko rosnąć i następnej zimy już się w nie nie zmieściłem. Za kilka lat króliki zaatakowały młodszego brata i nie odpuszczały przez dwa sezony.

Zwierzęta, martwe zwierzęta były w poprzednim świecie bardzo widoczne, bardziej niż dziś. Paradowały ulicami. Martwe zwierzęta były wszędzie, tylko nie w sklepach mięsnych. Dziś są bardziej niewidoczne, zwłaszcza gdy nie żyją. Nawet nie chcemy zauważyć, że nie żyją.

Interesuję się lotnictwem – kto wie, czy nie zniósłbym lepiej królików na sobie, gdybym interesował się wydobyciem surowców mineralnych – z naciskiem na katastrofy lotnicze. W sierpniu bieżącego roku na lotnisku w Lipsku spłonął ukraiński samolot transportowy An-12. Zapalił się podczas przygotowań do startu, zajęły się silniki nr 1 i 4, zewnętrzne. Samolot miał lecieć do Mineralnych Wód w Rosji z ładunkiem 49 tys. żywych kurczaków.

Notka kończy się tak: siedmioosobowej załodze udało się wydostać z płonącego samolotu. Nikomu nic się nie stało.

Nikomu i nic? Naprawdę?

Ignacy Karpowicz – pisarz i podróżnik. Debiutował w 2006 r. powieścią „Niehalo” nominowaną do Paszportu POLITYKI. Laureatem tej nagrody został w 2010 r. za powieść „Balladyny i romanse”. Ostatnio ukazała się w Wydawnictwie Literackim jego powieść „Ości”.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj