Fragment książki: „Akuszer śmierci”
Jakub Stern skończył artykuł o sprzedawcy mięsa z trychinami i zaczął notatkę o gnijącym noworodku, znalezionym w rynnie przy Cechowej, a kiedy ponownie ją przeczytał, zmiął kartkę i rzucił do kosza.
materiały prasowe

Trafił w stojący obok drewniany wieszak. Rozdrażniony schylił się i umieścił papierową kulę w kuble. Potem zabrał kapelusz i z hukiem zamknął redakcyjny pokój, ciskając pod nosem przekleństwa.

Nie miał nastroju do pracy. Na jego miejscu nikt by go nie miał. Naczelny kolejny raz pogroził mu palcem, wypominając, że po urlopie całkiem stracił dziennikarską wenę.

– Masz, Kuba, do mnie żal, że nie zająłeś mojego miejsca, ale to nie ja zablokowałem twój awans.

– Już dawno zapomniałem o pieprzonej nominacji! – powiedział Stern, patrząc gniewnie na Mańkiewicza.

– I bardzo dobrze! Ale ci, którzy usłyszeli moją ryzykowną propozycję, mają wyjątkową pamięć. Zwłaszcza razi ich w twoim życiorysie pewna subtelność.

– Jaka subtelność?

– Przyjaźnie i konszachty.

– Mógłbyś jaśniej? – Stern pochylił się nad stołem.

– Jesteś inteligentny, to sobie sam, panie redaktorze o koszernych konszachtach, dopowiedz – zakończył Manio i z wydętymi ustami, jakby grał na trąbce, czekał, aż Stern wyjdzie z gabinetu.

Jakub zbiegł po kamiennych schodach poirytowany tym uwierającym jak gwóźdź w bucie wspomnieniem. Wszedł do portierni i powiesił klucz na tablicy. Czarna wskazówka na zegarze ściennym celowała na piątą. Był już kilka minut spóźniony. Nie miał najmniejszej chęci na rozmowę z dozorcą, Zenonem Czerkieskim, choć ten, jak zwykle, chciał mu sprzedać rewelacyjną wiadomość. Pokazał na zegar i wybiegł na chodnik, omal nie zderzając się w drzwiach z małym roznosicielem gazet.

Na Wałach Hetmańskich wydłużył krok. Był podekscytowany, bo za kilkanaście minut odbierał nowiutki garnitur. Dość się namęczył. Odpokutował aż pięć przymiarek. Ostatnia, przedwczorajsza wizyta u niesłownego Aarona Lillego była już formalnością, no i dziś, po trzech miesiącach szycia, ubranie z angielskiej wełny powinno być wreszcie gotowe.

Z ponad setki lwowskich krawców Lille był najlepszy. I nie umniejszała tej oceny nagła zmiana terminów przymiarek ani to, że z jego ust zalatywało czosnkiem i chirą. Ważny był efekt jego pracy. Lille szył tylko z polecenia. Kiedy więc Stern poznał termin uszycia garnituru, nie grymasił. Zbyt dobrze pamiętał przykry incydent, który przytrafił mu się jesienią. Wtedy zamówił ubranie u młodego Igla, na Ormiańskiej. Pachnący Ihnatowiczem krawiec uszył je w ekspresowym tempie, lecz kiedy Stern włożył je na siebie, wyglądał jak pokurcz. Sprawa zakończyła się karczemną awanturą, a Igl nie dostał rzecz jasna złamanego grosza.

Redaktor w rozpiętej marynarce i z poluzowanym krawatem zmierzał w stronę Krakidałów, wachlując się kapeluszem. Doskwierała mu duchota. Brudne, skłębione chmury przesuwające się nad miastem nie pozostawiały złudzeń – nadciągała burza.

Stern lawirował między przechodniami, raz po raz uderzając o udo zrulowaną gazetą. Dziś jego „Kurier”, dzięki przenikliwości Mańkiewicza, zamieścił na pierwszej stronie wiadomość o wczorajszym spotkaniu ambasadora Polski, Józefa Lipskiego, z ministrem spraw zagranicznych III Rzeszy, Joachimem von Ribbentropem. Czytelnik miał się dowiedzieć, że nasz ambasador w Berlinie (pół roku po poprzednim spotkaniu) usłyszał ultimatum. Polska musi się zgodzić na włączenie Wolnego Miasta Gdańska do Rzeszy oraz zezwolić na przebieg przez polskie Pomorze eksterytorialnej autostrady i linii kolejowej łączących Prusy Wschodnie z Rzeszą.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj