Kawiarnia literacka

Kawiarnia dziecięca
Mój młodszy brat zwrócił uwagę na to, że niektórzy rodzice chodzili po kawiarni jak po wybiegu. Kobiety na wysokich obcasach, mężczyźni w obcisłych T-shirtach.

1.

Najczęściej przychodzimy tam we trójkę: ja i moi synkowie. Na dworze wieje i pada, więc spacery po parku odpadają. W mieszkaniu chłopaki tak już się nudzą, że zaczynają zrzucać wszystko, nawet to, co – wydawałoby się – nie jest na wyciągnięcie ich rączek. Na zmianę podnoszę z podłogi pilota od wieży i od telewizora, składam piętrzący się stosik starych gazet (do przeczytania, kiedy wreszcie będziemy mieli na to czas), wkładam płyty CD z powrotem do pudełek i odkładam książki na półkę. Nie mówiąc o składaniu zabawek, zbijających się w jedną kolorową masę, którą próbuję segregować przynajmniej na klocki drewniane, plastikowe i puzzle.

Sprzątam, powtarzając słowa, które, patrząc na efekt, jaki wywierają na moje dzieci, chyba już dawno przestały cokolwiek znaczyć. – Nie wolno – mówię, ścierając z podłogi sok malinowy. – Nie wolno rozlewać.

To pierwszy poważny sygnał, że czas już wyjść z domu. Jeśli się go zlekceważy, dalszy ciąg jest łatwy do przewidzenia. Niby niechcący, mijając się w korytarzu, jeden z chłopców uderza drugiego ręką w tył głowy. Dochodzi do szarpania, przepychania, szczypania się po twarzach, gryzienia do krwi i oczywiście płaczu. – Nie wolno się bić – powtarzam po raz setny zdanie, które widocznie też straciło już sens. – Trzeba rozmawiać.

Wydaje mi się nawet, że spojrzeli na siebie porozumiewawczo, a potem jakby unieśli na chwilę oczy w górę. Tak, rozumiem, o co wam chodzi. Przecież jeszcze prawie nie potrafimy mówić, więc jak mielibyśmy ze sobą rozmawiać? Wtedy przypominam sobie, że ciągle się pisze o rodzicach, którzy mają zbyt wygórowane ambicje i oczekiwania wobec własnych dzieci. – Nie wolno się bić – mówię jednak sto pierwszy raz i staram się ich rozdzielić.

To już ostatni dzwonek. Czuję się, jakbyśmy obchodzili w domu Święto Niepodległości. Jeszcze chwila i chłopcy zaczną wyrywać klepkę z podłogi i roślinki z doniczek. Obrzucą klockami duplo pluszowego teletubisia. A może też spalą samochodzik straży pożarnej i kolorowe puzzle ze świnką Peppą. Nawet rozwiązanie tego dwuosobowego zgromadzenia nic nie da, bo mamy za małe mieszkanie.

Mądrzejszy o doświadczenia z niedawnej przeszłości wiem, że trzeba natychmiast działać. Jak najszybciej wciskam ich w buty, kurtki, czapki i rękawiczki. A potem niezależnie od tego, co za oknem, natychmiast wychodzimy z domu. Najlepiej do kawiarni dla dzieci.

2.

W kawiarni zazwyczaj chłopcy rozbiegają się w dwie różne strony. A ja też próbuję się rozdzielić, żeby obu mieć na oku. Mam wrażenie, że prawie mi się to udaje.

Ale tym razem było inaczej. Dołączył do nas mój młodszy brat, który przyjechał na kilka dni do Warszawy. Poszliśmy do kawiarni we czwórkę – dwóch małych braci Łozińskich i dwóch dużych. Wreszcie mieliśmy równe szanse. Mało tego. Nie dość, że byliśmy więksi, to nawet jeszcze zyskaliśmy przewagę liczebną, bo wpadł na moment nasz starszy brat. Było więc teraz trzech dużych na dwóch małych.

Postanowiliśmy uwiecznić tę historyczną chwilę. Wyjęliśmy z kieszeni telefony i robiliśmy sobie nawzajem zdjęcia i filmiki. Wreszcie po raz pierwszy mogłem spokojnie rozejrzeć się dookoła.

Przy stoliku obok mama tonem przedszkolanki, która próbuje przekrzyczeć trzydziestkę dzieci, zmuszała swoją niewiele starszą od moich chłopców córkę do nauki czytania. D jak D-Z-I-E-W-C-Z-Y-N-K-A. Powtórz, Monisiu. K jak K-O-T-E-K. Powtórz, proszę, nie rozumiesz po polsku? Mamo, chcę się bawić. Monisiu, bo powiem tatusiowi, że nie chciałaś czytać.

Siedzący pod oknem mężczyzna odrywał wzrok od swojego telefonu tylko wtedy, kiedy jego syn bił inne dzieci. Na ten widok wstawał, tłumaczył, że tak nie wolno, i wracał na swoje miejsce. Syn szybko zrozumiał, że znalazł jedyny sposób, żeby zainteresować sobą ojca. I nie ustawał w poszukiwaniu nowych ofiar.

Dużo bardziej skupiony na swoim dziecku był ojciec w czerwonej czapce z daszkiem i z łańcuchem na szyi. Wyglądał jak z hiphopowego teledysku. Obserwował i komentował na bieżąco każdy ruch wesołego chłopca, który bawił się z dziewczynkami wózkiem. – To porażka – mówił do żony, a ona potakiwała.

Co jakiś czas przywoływał syna palcem do stolika. A chłopiec w identycznej czerwonej czapce chyba wiedział, co go czeka, bo najpierw udawał, że nie widzi palca z sygnetem, a potem niechętnie podchodził do rodziców. – Ile ty masz lat? – pytał ojciec. – Jak w tej chwili nie zostawisz tych lalek, to pójdziesz do domu. Masz bawić się mieczem albo statkiem kosmicznym, który ci kupiłem. I biegnij do chłopaków.

– Ja w jego wieku już dawno... – zwrócił się do żony.

Chłopiec bez słowa wrócił do dziewczynek. Nie reagował na dalsze wołania ojca. W pewnym momencie tylko rzucił swoją czerwoną czapkę na podłogę. A chwilę później rodzice na siłę ubrali go i rzeczywiście wyszli.

Mój młodszy brat zwrócił uwagę na to, że niektórzy rodzice chodzili po kawiarni jak po wybiegu. Kobiety na wysokich obcasach, mężczyźni w obcisłych T-shirtach. Widocznie rzadko mają okazję gdzieś się pokazać – pomyślałem w momencie, kiedy podeszła do nas bardzo zdenerwowana matka, której wcześniej nawet nie zauważyłem. – Proszę natychmiast skasować zdjęcia – powiedziała.

– Jakie zdjęcia? – pomyślałem, że pewnie nas z kimś pomyliła.

– Natychmiast ze wszystkich telefonów wykasujcie zdjęcia, na których widać moją córkę!

– Ale jak ona wygląda?

– Dobrze wiecie – ledwo panowała nad głosem.

Zrozumieliśmy, że nie ma dyskusji. Równocześnie doszło do nas też, co tak naprawdę jest ciekawe w kawiarniach dla dzieci.

3.

Zresztą mój młodszy brat, który na co dzień mieszka w Paryżu, powiedział, że to jeszcze nic. Tam modne są teraz kawiarnie dla kotów.

Mikołaj Łoziński – pisarz i fotografik. Socjolog z wykształcenia. Był tłumaczem telewizji francusko-niemieckiej, zarabiał jako malarz pokojowy i asystent niewidomej psychoterapeutki. Debiutował powieścią „Reisefieber” (Znak, 2006), za którą otrzymał w 2007 r. Nagrodę Fundacji im. Kościelskich. Laureat Paszportu POLITYKI w 2011 r. za powieść „Książka”. Ojciec bliźniaków. Mieszka w Warszawie.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj