Fragment książki: „Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian”
Skierował światło latarki na sufit. W plamie światła zobaczyłem koślawo wykopcone płomieniem świecy znaki, które przypominały nieco runy bardzo pijanych Wikingów.
materiały prasowe

Mięcho 1

– Po co tu przyjeżdżacie? – spytała nagle dziurooka po polsku z mocnym ukraińskim akcentem.
– Słucham? – zdziwiłem się.

– Po co tu przyjeżdżacie, wy, Polacy? – zapytała. – Przysłuchuję się wam, od kiedy wsiedliście do pociągu. Wygląda na to, że bardzo wam się tu nie podoba.
– A skąd tak dobrze znasz polski? – próbowałem zmienić temat, bo nie zamierzałem świecić oczami za Marzenę i Bożenę. To znaczy – wtedy mi się wydawało, że chodzi wyłącznie o Marzenę i Bożenę.
– To ja ci powiem, dlaczego tu przyjeżdżacie – zignorowała moje pytanie. – Przyjeżdżacie tutaj, bo w innych krajach się z was śmieją. I mają was za to, za co wy macie nas: za zacofane zadupie, z którego się można ponabijać. I wobec którego można poczuć wyższość.
– „Wobec”, „zadupie”, „ponabijać” – próbowałem grać cool. – Wiem: studiowałaś w Polsce. Pewnie w Krakowie.
– Bo wszyscy mają was za zabiedzoną, wschodnią hołotę – ciągnęła ona tymczasem, patrząc mi tymi czarnymi dziurami prosto w oczy. – Nie tylko Niemcy, ale i Czesi, nawet Słowacy i Węgrzy. To tylko wam się wydaje, że Węgrzy to są tacy wasi zajebiści kumple. Tak naprawdę nabijają się z was, jak wszyscy inni. Nie wspominając o Serbach czy Chorwatach. Nawet, kolego, Litwini. Wszyscy uważają was za trochę inną wersję Rosji. Za trzeci świat. Tylko wobec nas możecie sobie pobyć protekcjonalni. Odbić sobie to, że wszędzie indziej podcierają sobie wami dupy.

Nie spuszczała wzroku z mojej twarzy. Próbowałem wytrzymać spojrzenie, ale w końcu się poddałem.

 

Mięcho 2

Zamiast benzedryny mieliśmy balsam Wigor. Zamiast wiejskiej Ameryki i Meksyku lat pięćdziesiątych – mieliśmy Ukrainę. Ale chodziło o to samo. Braliśmy plecaki i jechaliśmy w drogę. Nie czytaliśmy Kerouaca, bo nie dało się tego czytać. Tyle tam było pulsujących w każdą stronę, skłębionych bebechów. No i też dlatego, że było nam trochę głupio, bo nam, w przeciwieństwie do Kerouaca, o nic nie chodziło. Kerouac i reszta dokonywali jednak jakiejś rewolucji, a my po prostu przebiegaliśmy na pełnej kurwie przez na oścież już otwarte drzwi. Jeśli chlaliśmy, przepierdalaliśmy czas, braliśmy narkotyki, szukaliśmy tanich wstrząsów i tandetnych emocji, to nie po to, by przeciwko czemukolwiek się zbuntować, nawet nie po to, by przeżyć coś nowego, bo to wszystko już było, było, było – tylko po to, by robić cokolwiek. By nadać swojemu życiu cel, choć na chwilę. A raczej erzac celu, z czego zdawaliśmy sobie sprawę, ale uważaliśmy, że wszystko inne w gruncie rzeczy też było erzacem celu.

 

Mięcho 3

Opodal wejścia do Czufut-Kale stał sobie namiot. Siedziało przed nim kilku – na oko – studentów. Pili piwo, rozwaleni na trawie. Kawałek dalej ziało wejście do jakiejś groty.

– Kolego – zawołali mnie studenci – chcesz zobaczyć starożytności?
– Jakie starożytności? – zainteresowałem się.
– No – powiedział jeden ze studentów, wyglądało na to, że ich herszt – starożytności. Starożytną jaskinię czy tam co.
– Na ciężki chuj mi – spytałem – starożytna jaskinia? Każda jaskinia jest starożytna.
– Jak chcesz – wzruszył herszt studencki ramionami. – Ale tam są starożytne piktogramy. I w ogóle.
– A wy co – chciałem wiedzieć – jesteście pracownikami parku narodowego? Muzeum? Czy kto tam zarządza waszą jaskinią?
– Nie – pokręcił głową harnaś – jesteśmy studentami ekonomii z Symferopola.

Na te słowa pozostali zasalutowali mi butelkami browaru.

– Dawaj, kolego – powiedział hetman studencki. – Tylko pięć hrywien. Na piwo.
– No to może ja wam pokażę jaskinię – wzruszyłem ramionami. – Za cztery hrywny. Tak samo mogę.
– A, spierdalaj – odpowiedział herszt i poszedł w stronę braci studenckiej rozwalonej w cieniu namiotu.
– No dobra – rzuciłem, sam siebie zaskakując. Harnaś stanął i patrzył wyczekująco. – Pokażcie te piktogramy.

Dałem hersztowi piątkę. Wziął i poprowadził mnie za namiot. Faktycznie, była tam dziura w skale.

– Właź – powiedział.
– Za tobą – mruknąłem, wyobrażając sobie trupy turystów zalegające starożytną jaskinię od stalaktytów po stalagmity. Herszt spojrzał na mnie zimno i wszedł, zapalając latarkę, którą wyjął z kieszeni krótkich spodni.

Jaskinia była jak jaskinia. Nic specjalnego tu nie widziałem.

– No i co? – spytałem herszta.
– No i nic – odpowiedział. – Starożytna jaskinia, co chcesz.
– No kurwa, stary – machnąłem ręką – no ale co to było, nie wiem, kto tu żył, Goci? Taurowie? Nie wiem, kurwa, Scytowie?
– Goci, Taurowie i Scytowie razem – zdenerwował się. – A skąd ja mam, kurwa, wiedzieć? Studiuję ekonomię, a nie archeologię. Indiana Jones się znalazł, kurwa.
– No a te piktogramy? – spytałem z rezygnacją.
– A, piktogramy – ucieszył się harnaś. – O, proszę, są.

Skierował światło latarki na sufit. W plamie światła zobaczyłem koślawo wykopcone płomieniem świecy znaki, które przypominały nieco runy bardzo pijanych Wikingów. Na końcu wykopconego rzędu runoidów dumnie widniał międzynarodowo rozpoznawalny piktogram chuja.

*

Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Korporacja ha!art.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj