Kawiarnia literacka
Czy polscy mężczyźni to padlinożercy?
Zbłądziłem pilotem w nocy z niedzieli na poniedziałek na kanał MTV, a tam nawiązałem kontakt wzrokowy oraz słuchowy z czymś pod nazwą „Warsaw Shore. Ekipa z Warszawy”.

Jest to jakaś mutacja reality show, chociaż może to spora przesada i mamy do czynienia nie z żadnym show ani żadną reality, lecz z czymś zasługującym na szersze miano zjawiska kulturowego.

W zjawisku kulturowym pt. „Ekipa z Warszawy” pojawia się ośmioro bohaterów przy idealnie zachowanym parytecie płci. Bohaterowie ci na początku się nie znają, jednak nie jest niespodzianką, że się dość szybko poznają.

Bohaterów umieszczono w nafaszerowanym kamerami wielkim i stosunkowo luksusowym domu (tak wygląda wyobrażenie luksusu na poziomie wyższych dołów społecznych). Do ich dyspozycji oddano basen oraz inne wnętrza. Najważniejszym wnętrzem jest lodówka, a w niej – alkohol.

Zjawisko kulturowe pt. „Ekipa z Warszawy” to spolonizowany amerykański „Jersey Shore”. W amerykańskim oryginale widzowie obserwowali losy „głośnych, młodych i odważnych” ludzi z gatunku guido. Guido to gatunek człowieka sprowadzony z Włoch do Stanów, gdzie się dobrze zaadaptował i chętnie rozmnażał, czyli Italo-Amerykanie.

W Polsce trudno by było znaleźć prawdziwych guido. Jesteśmy krajem, który raczej eksportuje ludzi, niż importuje, mimo to producenci dołożyli staranności podczas castingu. Mężczyźni są ostro napakowani, wytatuowani, włosy ciemne, krótko obcięte, żadnych loczków, zero blondu, opalenizna obligatoryjna. Kobiety (z wyjątkiem jednej) są wychudzone, włosy długie i proste, makijaż typu Braille (nie trzeba widzieć, żeby wiedzieć, że jest). Kobiety w stylu włoskim, jak się okazuje, prawie nie noszą ubrań. Suknia balowa sięga im do połowy pośladka. Generalnie obowiązuje szyk osiedlowej siłki (panowie) i prowincjonalnej dyskoteki (panie).

Założenie zjawiska kulturowego pt. „Ekipa z Warszawy” sprowadza się do pokazania wspaniałej imprezy, seksu i wódy. Sympatie i antypatie, seks i wóda. Przyjaźń i lojalność, seks i wóda.

Niestety, nie da się powyższego pokazać bez dialogów. Reprezentatywna próbka: „Przyjechałem tu na bzykanie, mam dużego naganiacza” (to tzw. Paweł); „Lubię dziewczyny takie sucz” (to tzw. Mariusz); „Na mój widok mają zawsze mokro” (to tzw. Trybson; ksywka najpewniej pochodzi od jakiejś choroby wenerycznej); „Pozostałe dziewczyny? Z mordy takie pasztety jak chuj” (to tzw. Ewelina).

Kiedy otwierają się usta, nikt nie ma wątpliwości, że nie zostały one zaprojektowane do komunikowania, tylko do seksu oralnego. No i jeszcze jedno; używałem takich słów jak panie, panowie, mężczyźni, kobiety, aczkolwiek nie oddają one istoty rzeczy. Otóż to nie są ludzie, jeno istoty. Istoty jedzą, chlają, oczywiście uprawiają seks; seks nieludzki, dodajmy, także z rzeczami. Kopulują z plastikową świnią, która w charakterze sztuki stoi w salonie, a także z poduszkami, które w charakterze poduszek leżą na łóżku. I tak do usioru.

Filozofka Agata Bielik-Robson wspominała o klasach społecznych na okoliczność zagranicznych edycji. W polskiej nie można chyba mówić o klasie społecznej. Łańcuchy zostały zerwane. Bohaterów nie określa inteligencja ani kapitał kulturowy. Nie określa ich status majątkowy ani wykonywany zawód (jest nim pewnie pasożytowanie na emeryturze mamy). Ani coś, co nazywaliśmy wspólnotą tradycji i wartości.

Istoty nie są stąd. Przyleciały z planety Przypadek albo jej siostry Czemu Nie? A tam nie liczy się talent czy jakiekolwiek umiejętności. Związek między pracą a zasługą został unieważniony. Działa jedynie fart, los, plus inne podobne określenia. Istoty załapały się do zjawiska kulturowego pt. „Ekipa z Warszawy”, ponieważ są nieco, wizualnie, guido, ale przede wszystkim dlatego, że po prostu są i po prostu padło na nich. Producenci stworzyli im w luksusowej willi miejsce do lądowania i balangowania, oni zaś z tego skorzystali.

Po uwolnieniu się od wszystkiego pozostają seks i wóda. Agata Bielik-Robson zauważa, że w edycjach anglosaskich panuje równouprawnienie płci. Samice również polują na samców na takich samych prawach, w polskiej zaś: „Słaniające się na nogach, pasywne i ogłuszone przez alkohol, dziewczyny robią wrażenie, jakby dosypano im do drinków pigułkę gwałtu, z czego faceci, najwyraźniej przywykli do takich polowań, korzystają zarazem oportunistycznie, jak i bezwzględnie. Oto wesołe party polisz-stajl: wilki cierpliwie czekają, aż łanie padną od alko pokotem, po czym zaczyna się używanie”. Czyli że jest to reprodukowanie staropolskiego wzoru nieporozumienia między polskim mężczyzną a polską kobietą, wyzwolone z katolickiej pruderii?

Rzeczywiście, sceny miłosne półprzytomnych kobiet i narąbanych facetów ogląda się ze smutkiem i niesmakiem. Ale co to oznacza? Polska kobieta może oddać się polskiemu mężczyźnie wyłącznie w modelu skrajnej podległości, praktycznie już poza świadomością? Świadomie zatem narąbuje się alko, ponieważ jedynym dostępnym sposobem na nawiązanie więzi dwupłciowej jest wyjście poza ciało i świadomość?

A może, trzymając się poetyki przyrodoznawczej przyjętej przez ABR, polskie kobiety polują tak, jak potrafią, „na trupa”, bo na polskich mężczyzn inna zachęta seksualna nie działa? Czy w takim razie polscy mężczyźni to padlinożercy? Żywego nie tkną, bo się boją? I czego one chcą, jeśli czegokolwiek w ogóle? I czy rzeczywiście są ofiarami polskiej rzeczywistości?

Ignacy Karpowicz – pisarz i podróżnik. Debiutował w 2006 r. powieścią „Niehalo” nominowaną do Paszportu POLITYKI. Laureatem tej nagrody został w 2010 r. za powieść „Balladyny i romanse”. Ostatnio ukazała się w Wydawnictwie Literackim jego powieść „Ości”.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj