Recenzja książki: Marina Adshade, "Seks i pieniądze"
Miłość na sprzedaż
Koszty zdrady spadają, więc zdradzamy częściej, co nie dotyczy homoseksualistów. A szczęście to nie jedyny powód wiązania się ludzi w pary – tak przynajmniej twierdzi Marina Adshade.
materiały prasowe

„Moim zdaniem, seks to jedna z najpiękniejszych, najbardziej naturalnych, najzdrowszych rzeczy, jakie można kupić za pieniądze” – uważał pisarz Tom Clancy. Ale to inni poświęcili problemowi książki. Badanie tego związku seksu i pieniędzy coraz więcej osób traktuje bardzo poważnie. Na najprostszym, rynkowym poziomie autorzy dostępnej i u nas „Superfreakonomii”, książki, która statystykę ekonomiczną przykładała do różnych, nierzadko bardzo zaskakujących dziedzin życia. Skorzystali oni z badań etnografa Sudhira Venkatesha dotyczących prostytutek i zauważyli, że ich zajęcie uzależnione jest od sezonowego popytu – jak praca świętych Mikołajów do wynajęcia – i pełne finansowych paradoksów. Jak choćby ten, że klienci, wbrew regułom rynku, skłonni są zapłacić za usługę więcej, jeśli to oni mają podać cenę.

W swoim serwisie Freakonomics.com wyluzowani ekonomiści pociągnęli temat, pytając już nie o seks, tylko o miłość. W ubiegłoroczne walentynki próbowali porównać PKB per capita w poszczególnych krajach z wynikami światowego sondażu Instytutu Gallupa, w którym było pytanie o to, czy respondenci odczuwali miłość poprzedniego dnia. Nie wyszła im z tego żadna mocna prawidłowość, choć niespodziewanie najbardziej rozkochanym krajem okazały się Filipiny, Polska trafiła mniej więcej do środka stawki: okazało się, że lepiej nam się zarabia, niż kocha. W sondażu Gallupa trafiliśmy na 84. miejsce (wśród 136 ankietowanych krajów Polska znalazła się bliżej końca niż początku stawki). 

Ale prawdziwie nową branżę ze związków tych dwóch dziedzin uczyniła dr Marina Adshade, autorka wydanej właśnie w Polsce książki „Seks i pieniądze”. Na Uniwersytecie w Vancouver prowadzi od sześciu lat cieszące się sporą popularnością (większą – jak sama odnotowuje – wśród mężczyzn) zajęcia „Ekonomia seksu i miłości”. Najpierw uważała opowieść o seksie w kontekście praw rynku jako ciekawy sposób przyciągnięcia studentów do nudnej wiedzy ekonomicznej. „Z czasem zdałam sobie sprawę, że to, co z początku było zabawnym zbiorem tematów przygotowanych po to, by studenci mogli zrozumieć sposób działania rynków, zaczęło przekształcać się w kompletnie nowatorskie podejście, pozwalające im zrozumieć własne miejsce na rynku seksu i miłości” – pisze. I w książce opisuje różne rynki seksu i miłości. Traktuje jedno i drugie jako towary – z tą zasadniczą różnicą, że miłość jest nieco trudniejsza do nabycia, zatem na swój sposób cenniejsza.

Seks czyni ludzi szczęśliwszymi – to nietrudno Adshade udowodnić na podstawie różnych badań. Im więcej, tym lepiej. „Szczególnie w przypadku kobiet” – dodaje autorka. Seks uszczęśliwia też bardziej wykształconych i starszych. W równym stopniu osoby o odmiennej orientacji seksualnej. I co prawda seks cieszy bardziej (!) tych, którzy pozostają w monogamicznym związku, to dążenie do szczęścia nie decyduje do końca o naszych zachowaniach. Wśród heteroseksualnych spadają bowiem szybko koszty zdrady (w książce dostajemy nawet stosowne wzory – zmniejsza się prawdopodobieństwo małżeństwa i mniejszy jest potencjalnie utracony dochód z małżeństwa itd.), w krajach Zachodu rośnie więc odsetek tych, którzy podejmują więcej ryzyka, współżyjąc z wieloma partnerami. Jest to zresztą związane z emancypacją kobiet, a ta – z bogaceniem się społeczeństw.

Odwrotnie wśród ludzi o preferencjach homoseksualnych – tu rosnące społeczne przyzwolenie na związki gejowskie oznacza więcej tych, którzy pozostają w długoletnim związku z jedną osobą. Ba, zmniejsza nawet – nieznacznie, ale zauważalnie – liczbę zakażeń wirusem HIV. Jeśli to skrajnie uprościmy, mamy rosnącą liczbę niewiernych „heteryków” i wiernych homoseksualistów. Oczywiście rynkowych mechanizmów rządzących jednym i drugim światem jest więcej, są bardziej zniuansowane i kanadyjska autorka skrupulatnie wylicza je w książce, podzielonej na drobne podrozdziały przynoszące odpowiedzi na proste pytania (tak, jest też pytanie o to, czy długość penisów wpływa pozytywnie na lokalną ekonomię – otóż do pewnego stopnia tak, po czym wpływ się kończy).

Adshade zbiera cząstkowe badania z różnych miejsc na świecie i obala niemało mitów. Dostępność prezerwatyw w szkołach zwiększa więc (a nie zmniejsza) liczbę nastoletnich ciąż – dla nastolatków większą barierą jest bowiem utrata dziewictwa. Jednorazowe współżycie zwiększa szanse na kolejne, a prezerwatywa – mówiąc ekonomicznie – zmniejsza koszt utraty dziewictwa. Do tego wcale nie wprowadzenie pigułki antykoncepcyjnej najmocniej ograniczyło liczbę urodzeń. „W rzeczywistości zaczęła spadać ponad 200 lat temu, zaraz po początku rewolucji przemysłowej” – notuje Adshade, zwracając uwagę na to, że znane już wtedy formy antykoncepcji były dla wielu kobiet wystarczające, by kontrolować płodność. W XX wieku wzrastała za to (mimo doskonalenia technologii antykoncepcyjnej) – już z powodu zmiany naszych zachowań – liczba ciąż pozamałżeńskich.

Antykoncepcja ma jednak kluczowy wpływ na rynek seksu – Adshade przytacza badania mówiące o tym, że kobiety przyjmujące doustne środki antykoncepcyjne tracą preferencje dla mężczyzn o bardzo „męskim” wyglądzie. Przekazanie dobrych genów liczy się mniej niż potencjalna opiekuńczość – stąd atrakcyjni stają się mężczyźni bardziej „kobiecy” z wyglądu, co autorka książki nazywa efektem Justina Biebera.

Na te preferencje wpływają też strategie ewolucyjne, przypominane przez Adshade. Otóż mężczyźni są z natury nastawieni na rozprzestrzenianie swojego materiału genetycznego (mieć najwięcej dzieci, co wiąże się też z uprawianiem seksu z największą liczbą partnerek). Kobiety – jak pisze Adshade – „są z natury bardziej ograniczone, jeśli chodzi o liczbę potomstwa, więc posiadanie wielu partnerów nie zwiększa liczby wydanych na świat dzieci”. Może za to zwiększyć jakość potomstwa. I tu pojawia się fenomen mający podłoże ekonomiczne: podczas owulacji 93 proc. ankietowanych kobiet odpowiadało, że na krótkoterminowy związek o charakterze seksualnym wolałyby mężczyznę „biednego, lecz twórczego” (ta kreatywność rozpoznawana jest ewolucyjnie jako dobry zestaw genów) od odnoszącego sukcesy finansowe, lecz pozbawionego kreatywności. Poza okresem płodnym już tylko 58 proc. kobiet dokonywało podobnego wyboru. To też zresztą – można dopowiedzieć do analiz Adshade – swoisty efekt Biebera, a może raczej twardy powód tego, że kobiety szukając ojca dla swojego potomstwa wolałyby często biednych artystów niż bogatych przemysłowców. Rzecz można naukowo uzasadniać, nawet jeśli nam się w takich chwilach wydaje, że to miłość wygrała z kalkulacją.

 

Marina Adshade, Seks i pieniądze. Kalkulacja w miłości, przeł. Magdalena Rabsztyn, PWN, Warszawa 2014, s. 304   

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj