Fragment książki: „Duchy Belfastu"
McSorley rozsunął banknoty palcami. Kominiarka na twarzy nie była w stanie ukryć jego wściekłości.
materiały prasowe

To co, jak myślisz, kto załatwił McKennę? – spytał McSorley. Obrócił kierownicę w lewo.
Campbell obejrzał się przez ramię. Na zimnej podłodze furgonetki leżał starszy mężczyzna z głową owiniętą poszewką od poduszki. Jęczał cicho.
– Nie przejmuj się nim – rzucił McSorley. Campbell znów skierował uwagę na wijącą się przed nimi wiejską drogę. Odruchowo wcisnął stopę w wytarty dywanik, starając się zahamować za McSorleya. Przez cały dzień czekał, aż zadzwoni jego komórka. Z trudem powstrzymywał się od sprawdzania połączeń co dziesięć minut. Męczyło go oczekiwanie.
– No i jak? – dopytywał McSorley. – Co myślisz?
– Ktokolwiek to zrobił, musiał być jebanym szaleńcem – odparł Campbell. – Albo idiotą. Sprawcom nie ujdzie to na sucho, chłopaki nie pozwolą. Jeśli będzie trzeba, zerwą zawieszenie broni.
Wjechali w dziurę i Campbell musiał się chwycić deski rozdzielczej. Mężczyzna krzyknął z bólu, odbijając się od ścian i podłogi furgonetki. Comiskey i Hughes zostali w należącym do niego maleńkim domku. Mieli przypilnować żony ajenta, aż Campbell i McSorley wrócą z zawartością pocztowego sejfu. Droga do centrum wsi nie była daleka.
– Sam byś się chętnie tym zajął, co nie?
Campbell usiłował coś odczytać z wyrazu twarzy McSorleya, ale w ciemności dostrzegał tylko wodnisty blask jego oczu.
– Możliwe.
– Nie musisz się wstydzić, Davy. Jesteśmy kumplami, prawda? Nie mówisz zbyt wiele o tym, co robiłeś w Belfaście.
– Bo nie bardzo jest o czym.
McSorley roześmiał się głośno.
– Tak, jasne! Oczywiście, nie ma o czym gadać. – Jego twarz rozjaśnił niezdrowy blask, gdy wjechali do wsi i wnętrze auta zalało pomarańczowe światło latarń. – Słyszałem o tobie i jakimś chłopaku, który chciał załatwić Paula McGinty’ego. Podobno zatłukłeś go na śmierć.
– Naprawdę?
– Tak mówią.
– Ludzie mówią różne rzeczy. Możesz wierzyć, w co tylko chcesz.
Reflektory furgonetki oświetliły zielony szyld „An Post”. Zapiszczały hamulce i zadrżał wyłączany silnik. McSorley zerknął na starszego mężczyznę i ponownie zwrócił się do Campbella.
– Niektórzy z chłopaków ci nie ufają – powiedział, mrużąc oczy.
– Chodzi ci o Comiskeya?
– O niego i paru innych. Wydaje im się trochę dziwne, że spakowałeś manatki i przyjechałeś do nas. No wiesz, byłeś tak blisko McGinty’ego i reszty. Niektórzy się ciebie boją, Davy.
Campbell położył dłoń na udzie. W kieszeni ciasno opiętych dżinsów spoczywał nóż marki Gerber.
– A ty się boisz?
McSorley wypchnął policzek językiem i zarost na jego twarzy zjeżył się nieco.
– Nie wiem. Może McGinty cię przysłał, żebyś nas pilnował i sprawdzał, co robimy. A może mówisz prawdę: po prostu chciałeś wreszcie coś zrobić.
Campbell wpatrywał się w McSorleya.
– Powiedziałem: możesz wierzyć, w co tylko chcesz.
McSorley kiwnął głową, a na jego twarzy pojawił się krzywy uśmiech.
– Myślę, że jesteś w porządku, Davy, ale coś ci powiem. – Wyciągnął palec. – Jeśli się okaże, że się pomyliłem, lepiej spierdalaj stąd tak szybko, jak możesz, bo inaczej obedrę cię żywcem ze skóry.

McSorley rozsunął banknoty palcami. Kominiarka na twarzy nie była w stanie ukryć jego wściekłości.
– Co to ma być, kurwa? Trzysta dwadzieścia euro?!
Campbell poczuł, że wzbiera w nim w śmiech, ale udało mu się go zdusić. Wełniana maska drapała go w brodę.
Staruszek kulił się na kolanach przed otwartym sejfem. McSorley złapał wolną ręką kołnierzyk jego piżamy.
– Trzysta dwadzieścia?! Myślisz, że robię to dla jebanych trzystu dwudziestu euro, ty stary żałosny skurwielu?! Gdzie reszta?

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj