Recenzja książki: Joanna Bator, „Wyspa Łza”

Chilli ostre jak seks
Zgodnie z konwencją kolorowej prasy, wszystkie jej zmysłowe odczucia są niesłychane, a przeżycia nadzwyczajne.
materiały prasowe

Fragmenty najnowszej książki Joanny Bator mogłyby się ukazywać w odcinkach w piśmie kobiecym jako relacja z egzotycznej podróży na Sri Lankę (są i zdjęcia) i nie dziwiłyby w tym miejscu. Może trochę za dużo byłoby trudnych nazwisk (Lacan czy Barthes), ale już język przypomina afektowaną prozę: „wycisnę z miąższu rzeczywistości samą esencję prawdy i doprawię ją zapachem cynamonu”. Trudno określić zresztą, czym jest „Wyspa Łza”. Miała być literackim reportażem, ale nie jest, bo o miejscach, w których przebywa Bator, niewiele się dowiadujemy, o ludziach jeszcze mniej, najwięcej zaś o samej Bator. Bo tak naprawdę chodzi jej o „przygodę z samą sobą” w egzotycznych okolicznościach. I zgodnie z konwencją kolorowej prasy, wszystkie jej zmysłowe odczucia są niesłychane, a przeżycia nadzwyczajne. Nawet biegunka musi być znacząca, skoro się jej przytrafia.

Joanna Bator, Wyspa Łza, Znak, Kraków 2015, s. 304

Książka do kupienia w sklepie internetowym Polityki.

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną