szukaj
Fragment "Słońca Scortów"

Po porodzie Immacolata nie doszła już do siebie. Jak gdyby wielki wysiłek fizyczny wyczerpał siły starej panny. Narodziny dziecka okazały się wydarzeniem zbyt wielkim dla tej słabowitej kobiety, którą życie przyzwyczaiło do nudy, bezbarwnego spokoju codzienności. Jej ciało poddało się już w kilka dni po rozwiązaniu. Chudła w oczach. Cały dzień leżała w łóżku. Bojaźliwie spoglądała na kołyskę z niemowlęciem, z którym nie wiedziała, co począć. Starczyło jej tylko czasu, by nadać imię nowo narodzonemu dziecku: Rocco. Nie zrobiła nic więcej. Nawet nie zadawała sobie pytania, czy będzie dobrą, czy złą matką. Dla niej było to znacznie prostsze: obok leżała istota wiercąca się w pieluszkach, istota, która ciągle czegoś od niej chciała, ona zaś najzwyczajniej w świecie nie wiedziała, jak zaspokoić ten apetyt na wszystko. Najprostszym wyjściem była śmierć – i to wyjście wybrała w pewien wrześniowy, pochmurny dzień.

Wezwano Don Giorgia, który całą noc czuwał, jak przystało, nad ciałem starej panny. Sąsiadki oferowały pomoc przy myciu i ubieraniu ciała. Małego Rocca umieszczono w pokoju obok i noc upłynęła na modlitwie i czuwaniu. O świcie, kiedy zjawiło się czterech młodych mężczyzn, żeby zabrać ciało – wystarczyłoby dwóch, tak była chuda, ale don Giorgio nalegał, dla przyzwoitości – czuwające kobiety zbliżyły się do ojca Zampanellego i któraś zapytała:
– Jak będzie, proszę księdza, czy ksiądz sam to zrobi?
Don Giorgio nie zrozumiał.
– Co takiego? – zapytał.
– Przecież ksiądz wie.
– O czym wy mówicie? – niecierpliwił się proboszcz.
– No, zgasi dzieciaka... Czy ksiądz sam to zrobi?
Proboszczowi głos uwiązł w gardle. Stara kobieta, ośmielona tą ciszą, wyjaśniła, że zdaniem całej wioski tak będzie najlepiej. Ten dzieciak to sprawka hultaja. Jego matka zmarła. Czy to nie znak od Pana, że chce pokarać związek wbrew naturze. Lepiej zabić to małe, co przyszło na świat niewłaściwymi drzwiami. Więc wszyscy pomyśleli o nim, o don Giorgiu. By nie było wątpliwości, że nie idzie o żadną pomstę czy zbrodnię. Ksiądz ma czyste ręce. Oddałby tylko Panu ten płód, który i tak jest tu zbędny. Stara wyłożyła to wszystko w jak najlepszej wierze. Don Giorgio zbladł jak trup. Wpadł we wściekłość. Wybiegł na rynek z krzykiem:
– O, bando bezbożników! Diabeł w was mieszka, skoro roicie w głowach tak wstrętne pomysły! Syn Immacolaty jest stworzeniem bożym. Bardziej niż ktokolwiek z was. Stworzeniem bożym, słuchajcie uważnie i bądźcie przeklęci, jeśli spadnie mu choć włos z głowy! Nazywacie się chrześcijanami, ale jesteście jak bydło. Powinienem zostawić was w tym bagnie, na pokaranie boże. Biorę to dziecko pod opiekę, słyszycie? A kto tknie włos z jego głowy, dowie się, co to gniew Pana. O, brudna ciemnoto. Wracajcie w pole. Pocić się jak psy, tylko to potraficie. I dziękujcie Bogu, że od czasu do czasu zsyła tu deszcz, jak na was to i tak zbyt wiele.

Skończywszy tę przemowę, don Giorgio zostawił oniemiałych mieszkańców Montepuccio i wrócił po dziecko. Jeszcze tego samego dnia zawiózł je do San Giocondo, najbliższej wioski, trochę dalej na północ, jadąc wzdłuż wybrzeża. Obie osady od zawsze żyły w nieprzyjaźni. Wrogie bandy staczały ze sobą legendarne bitwy. Rybacy stale mieli zatargi na morzu, nawzajem rozdzierali sobie sieci lub kradli dzienny połów. Powierzył dziecko rodzinie rybaków i wrócił do parafii. Gdy pewnej niedzieli jakaś biedna dusza zagadnęła go, co zrobił z dzieciakiem, odparł:
– A co ci do tego, kmiotku? Najpierw chciałeś go zgładzić, a teraz się niepokoisz? Zawiozłem go do San Giocondo, są więcej warci od was.

Przez cały miesiąc don Giorgio nie odprawiał nabożeństw. Nie było mszy, komunii ani spowiedzi. „Kiedy w tej dziurze pojawią się chrześcijanie, wrócę do obowiązków” – mówił.

 


Ale czas płynął i wściekłość mijała. Mieszkańcy Montepuccio, zawstydzeni jak sztubacy złapani na przewinie, co dzień skupiali się u drzwi kościoła. Wioska czekała. Ze spuszczoną głową. Gdy nadeszła niedziela Wszystkich Świętych, proboszcz otworzył wreszcie szeroko podwoje kościoła i rozbrzmiały od dawna niesłyszane dzwony. „Nie będę przecież karał zmarłych za to, że ich potomkowie to kretyni” – gderał don Giorgio. I odprawił mszę.

 

Rocco rósł, aż stał się mężczyzną. Miał teraz nowe nazwisko – po ojcu i po rodzinie rybaków, która go przyjęła – nazwisko, o którym wkrótce będzie głośno w całym regionie Gargano: Rocco Scorta Mascalzone. Jego ojciec był hultajem, nicponiem, żyjącym z drobnych kradzieży, on stał się prawdziwym rozbójnikiem. Pojawił się w Montepuccio dopiero wtedy, gdy mógł terroryzować całą okolicę. Napadał chłopów na polach. Kradł bydło. Zabijał bogatych mieszczan, którzy zabłąkali się w te strony. Łupił fermy, nakładał haracz na rybaków i sklepikarzy. Jego śladem wysyłano karabinierów, ale znajdowano ich potem na skraju drogi, z kulą w czaszce, z opuszczonymi spodniami lub zawieszonych jak kukły na opuncji. Był gwałtowny i nienasycony. Mówiono, że uwiódł dwadzieścia kobiet. Kiedy jego sława się utrwaliła i panował nad całym regionem niczym udzielny książę, wrócił do Montepuccio niczym człowiek, który nie ma sobie nic do zarzucenia, z odsłoniętą przyłbicą i podniesionym czołem.

Przez te dwadzieścia lat ulice się nie zmieniły. W Montepuccio wszystko wyglądało tak samo, jak kiedyś. Osada nadal była skupiskiem małych domków. Długie, kręte schody wiodły prosto ku morzu. Można się było zgubić w plątaninie uliczek. Starcy chodzili z portu do wioski, przemierzali w tę i z powrotem strome schody, powolnie jak muły, które oszczędzają siły w słońcu, gromadki dzieci zaś niestrudzenie przesadzały stopnie. Wioska z góry kontemplowała morze. Fasada kościoła zwracała się ku bezmiarowi wód. Rok po roku słońce i wiatr polerowały marmur uliczek. Rocco zamieszkał w górnych partiach wioski. Zajął rozległy, trudno dostępny teren i zbudował tam piękną, obszerną fermę. Rocco Scorta Mascalzone był bogaty. Tym, którzy go czasem błagali, by zostawił miejscowych w spokoju i ściągał haracz z sąsiednich okolic, odpowiadał niezmiennie: „Milczcie, kanalie. Jestem waszym przeznaczeniem”.

Kiedyś, w zimowy dzień, zjawił się u don Giorgia. Przyszedł w asyście dwóch mężczyzn o ponurych twarzach i z młodą, wystraszoną kobietą. Mężczyźni byli uzbrojeni w strzelby i pistolety. Rocco wezwał proboszcza, a gdy ten się zjawił, kazał udzielić sobie ślubu. Don Giorgio zabrał się do dzieła. Gdy w trakcie ceremonii zapytał o nazwisko panny młodej, Rocco uśmiechnął się z zażenowaniem i szepnął: „Nie znam, ojcze”. A gdy proboszcz otworzył szeroko usta ze zdumienia, zadawał sobie pytanie, czy aby nie uświęca małżeńskim węzłem zwykłego porwania, Rocco dodał: „Jest głucha i niema”.
– Nie ma nazwiska? – nalegał don Giorgio.
– Nieważne – odpowiedział Rocco. – Wkrótce będzie się nazywała Scorta Mascalzone.
Proboszcz udzielał ślubu z obawą, że popełnia świętokradztwo, za które kiedyś odpowie przed Panem. Ale pobłogosławił związek i wypowiedział w końcu głębokie „amen”, jak gracz, który wyrzuca kości na stół ze słowami: „raz kozie śmierć”.

 


W chwili gdy mała grupka miała już wskoczyć w siodła i odjechać, don Giorgio zdobył się na odwagę i krzyknął do pana młodego:
– Rocco, zostań jeszcze. Chciałbym z tobą pomówić.
Zapadła cisza. Rocco dał znać swoim świadkom, by odjechali bez niego, zabierając żonę. Don Giorgio przychodził już do siebie i odzyskiwał zimną krew. Coś zastanawiało go w tym młodym człowieku i czuł, że tym razem może z nim pomówić. Rozbójnik, który był postrachem całej okolicy, zachował w spojrzeniu jakiś ślad pobożności, dzikiej, ale prawdziwej.
– Obaj dobrze wiemy, jak żyjesz – zaczął ojciec Zampanelli. – Wszyscy tu znają na pamięć długą listę twoich zbrodni. Mężczyźni bledną na twój widok, a na wspomnienie twojego nazwiska kobiety kreślą znak krzyża. Gdziekolwiek jesteś, wzbudzasz strach. Rocco, dlaczego terroryzujesz ludzi z Montepuccio?
– Jestem szaleńcem, ojcze – odparł młodzieniec.
– Szaleńcem?
– Tak, biednym, szalonym bękartem. Ksiądz wie to najlepiej. Urodziłem się ze związku trupa ze starą panną. Bóg zakpił sobie ze mnie.
– Bóg nie kpi ze swych stworzeń, synu.
– Bóg stworzył mnie na opak, ojcze. Ksiądz tego nie przyzna, bo jest człowiekiem Kościoła, ale tak właśnie ojciec myśli, jak wszyscy. Jestem szalony. Tak. Bydlę, które nie powinno było się urodzić.
– Jesteś inteligentny. Mógłbyś znaleźć inny sposób, by zasłużyć na szacunek ludzi.
– Jestem bogaty, ojcze. Bogatszy od wszystkich kretynów z Montepuccio. Dlatego mnie szanują. To silniejsze od nich. Boją się mnie, ale nie to jest najważniejsze. W głębi duszy odczuwają nie strach, ale zazdrość i szacunek. Bo jestem bogaty. Tylko to mają w głowie. Pieniądze. Pieniądze. A mam tego więcej niż oni wszyscy razem wzięci.
– Masz pieniądze, bo je im ukradłeś.
– Chciałby ksiądz mnie przekonać, bym zostawił tych kmiotków w spokoju, lecz nie wie, jak to zrobić, nie może znaleźć dobrych argumentów. Nic dziwnego. Takich racji nie ma. Byli gotowi zabić małe dziecko. Jestem karą bożą. Ot i wszystko.

– Więc powinienem był na to pozwolić – odparł proboszcz, któremu ta myśl nie dawała spokoju. – Jeśli teraz okradasz ich i zabijasz, to jakbym ja sam to robił. Nie po to ocaliłem ci życie.
– Niech mi ojciec nie mówi, co mam robić.
– Mówię ci, czego oczekuje od ciebie Pan.
– Jeśli moje życie jest dla Niego obrazą, może mnie ukarać. Może uwolnić Montepuccio od mojej osoby.
– Rocco...
– Plagi, don Giorgio. Niech ksiądz wspomni na plagi i zapyta Boga, czemu zsyła na ziemię susze i pożogi. Jestem zarazą, ojcze. Niczym innym. Chmarą szarańczy. Trzęsieniem ziemi, epidemią. Świat stoi na głowie. Jestem szaleńcem. Jestem malarią. I głodem. Proszę zapytać Pana. Istnieję. I będę dalej żył.
Rocco zamilkł, wskoczył na konia i zniknął. Tego wieczoru ojciec Zampanelli, w zaciszu swej celki, chciał porozmawiać z Bogiem całą żarliwością swej wiary. Chciał wiedzieć, czy dobrze uczynił, ocalając dziecko. Pokornie się modlił, ale odpowiedzią była cisza niebios.

W Montepuccio legenda Rocca Scorty Mascalzone jeszcze się umocniła.


Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj