Recenzja książki: Michał Głowiński, „Carska filiżanka”
Przywrócić język
Jest tu, poza wszystkim, próbą włączenia w obręb języka tego, co było z niego usunięte, przywrócenia głosu doświadczeniu, które latami wegetować musiało na marginesie.
materiały prasowe

„Carską filiżankę” czyta się jak swoiste postscriptum do autobiografii, którą Głowiński ogłosił kilka lat temu. Autor „Czarnych sezonów” przejmująco opisał wtedy kolejne, otaczające go (i dławiące) kręgi obcości, które sprawiły, że nie miał nigdy łatwego dostępu do życia, że przeciwnie – był z nim w nieustającej zwadzie. Kolejne kręgi wyobcowania, a więc – pochodzenie i klaustrofobia (ożywione przez traumę Zagłady), i homoseksualizm, który wyjawił wówczas publicznie po raz pierwszy. Są w tym zbiorze pomieszczone różne opowieści; te na pozór błahe, które zostały swoiście uruchomione za sprawą detalu lub drobnego wspomnienia (np. tytułowej filiżanki odnalezionej na strychu rodzinnego domu), i te, które mają większy ciężar gatunkowy. Ostatnie niemal bez wyjątku ogniskują się właśnie wokół homoerotyzmu, dla którego w PRL nie było miejsca nie tylko w przestrzeni publicznej, ale także w języku.

Michał Głowiński, Carska filiżanka, Wielka Litera, Warszawa 2016, s. 240

Książka do kupienia w sklepie internetowym Polityki.

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną