Fragment książki "Retoryka podręczna"

 
Co przekonuje?

Dowody i argumenty

Najważniejszą częścią każdej wypowiedzi perswazyjnej jest argumentacja. Musi być ona skoncentrowana wokół poprzedzającej ją tezy. Teza jest zdaniem, które pokazuje nasz stosunek do omawianej sprawy, na przykład: „Sądzę, że skrzaty domowe istnieją”. Natomiast nie może być pozostawiona sama sobie. Jeśli jest, to zawsze będzie prowokować pytanie: dlaczego? Odpowiedzi na to pytanie są – a ściślej: powinny być – dowodami lub argumentami.

W naukach ścisłych dowodzenie to pewna obiektywna procedura, nieodwołująca się do czyjegokolwiek światopoglądu, erudycji, postawy, intui- cji czy temperamentu. Procedura, do której nie jest w zasadzie potrzebny człowiek – wystarczy odpowiednio zaprogramowany komputer. Poprawnie przeprowadzony dowód nie wymaga wspomagania dodatkowymi argumentami, zwiększającymi jego wiarygodność; co więcej, jeśli dowiedziono jakiegoś twierdzenia, to jest ono dowiedzione raz na zawsze. Dzięki takiemu mechanizmowi zyskuje się stuprocentową pewność prawdziwości, ale jest ona możliwa w zasadzie wyłącznie w dziedzinie matematyki lub innego tak zwanego języka formalnego. Nasz język i nasza rzeczywistość są o wiele bardziej skomplikowane. O dowodach w naszym życiu społecznym i naszych wypowiedziach publicznych mówimy właściwie tylko jako o czymś, czego prawdziwość można zweryfikować naocznie („Skrzaty domowe istnieją. Oto jeden z nich!”), albo jako o produktach tak zwanego wnioskowania dedukcyjnego (o którym za chwilę).

W każdym innym wypadku możemy się tak narazić, jak pewien cudzoziemiec, pytając uczonego redaktora Berlioza i młodego poetę Iwana Bezdomnego w Mistrzu i Małgorzacie o tak zwane dowody na istnienie Boga:

 „– Niestety – ze współczuciem odpowiedział Berlioz. – Żaden z tych dowodów nie ma najmniejszej wartości i ludzkość dawno odłożyła je ad acta. Przyzna pan chyba, że w kategoriach rozumu nie można przeprowadzić żadnego dowodu na istnienie Boga. […] Dowód Kanta jest również nieprzekonujący. I nie na darmo Schiller powiada, że rozważania Kanta na ten temat mogą zadowolić tylko ludzi o duszach niewolników […].
– Najlepiej byłoby posłać tego Kanta na trzy lata na Sołowki za te jego dowody! – palnął nieoczekiwanie Iwan”.
[Bułhakow, 2004, s. 5]

Jednakże ludzkość, zamiast posyłać Kanta na Sołowki, wypracowała oprócz dowodów także argumenty. Jak pisze współczesny badacz:

 „Argumentacja obecna w życiu społecznym: na sali sądowej, w walce politycznej, publicystyce, filozofii, religii, w sporach osobistych odwołuje się do całości bogatej sfery ogólnoludzkich doznań i doświadczeń. Nie istnieje zestaw bezwzględnie i powszechnie uznanych aksjomatów, na których można by oprzeć każdy racjonalny argument”.
[Szymanek, 2004, s. 114]

Co więcej, nasz język niewiele ma wspólnego z logiką. Autor powyższego cytatu nad tym wyraźnie boleje, my jednak nie rozpaczamy, a nawet wręcz przeciwnie, odnotowujemy ten fakt z nieukrywanym zadowoleniem. I to nie tylko dlatego, że w innym wypadku nasz podręcznik byłby zupełnie nieprzydatny… Niewiele – nie znaczy nic. Wspomnieliśmy o wnioskowaniu dedukcyjnym. Co to takiego?

Dedukcję potocznie rozumie się jako przechodzenie „od ogółu do szczegółu”, czyli od zdań o charakterze ogólnym, do zdań szczegółowych. Tego typu rozumowanie może wyglądać tak, jak rozmowa pewnego opozycjonisty z nękającym go ubekiem. Ubek ten dzwonił kilka razy dziennie, powtarzał słowa: „umrzesz, umrzesz” i odkładał słuchawkę. Za którymś razem, wypowiedziawszy swoją pogróżkę, usłyszał:  „Wszyscy ludzie są śmiertelni. Nawet taki ubek, jak ty, jest człowiekiem, więc i ty kiedyś umrzesz”.

Mamy tu do czynienia z konstrukcją zwaną sylogizmem: rozpoczyna ją zdanie zwane większą przesłanką („wszyscy ludzie są śmiertelni”), potem jest tak zwana mniejsza przesłanka („jesteś człowiekiem”), a na końcu – wniosek („więc jesteś śmiertelny”). Ten schemat wprawdzie jest bardzo logiczny, ale… bardzo mało przydatny w retoryce (zainteresowanych odsyłamy do: Szymanek, 2004). Kłopot sprawiają zwłaszcza większe przesłanki: często albo są banalne, albo nie jesteśmy uprawnieni do ich wygłaszania, bo wymagają perspektywy Pana Boga, albo są zdaniem stereotypowym, to znaczy ich prawdziwość opiera się wyłącznie na opinii ogółu.

Szczególną formą takiego typu rozumowania jest tak zwany entymemat, to znaczy sylogizm z usuniętą jedną przesłanką. Zdanie naszego opozycjonisty mogłoby brzmieć: „Umrzesz, bo nawet ty jesteś człowiekiem”. Została z niego usunięta przesłanka oczywista, bo nasza śmiertelność jest oczywistością. Spójrzmy jednak na inne zdanie: „Jasiek zna angielski, bo długo mieszkał w Chicago”.

Z zawartego w nim rozumowania została usunięta większa przesłanka, która brzmi: „każdy, kto długo mieszkał w Chicago, zna angielski”. Czy jest ona oczywista? Nie bardzo. Co więcej, nie jest prawdziwa. Innymi słowy: nie jest to przesłanka – w sensie dowiedzionego uprzednio, prawdziwego twierdzenia – lecz opinia. Uważa się bowiem (taka jest powszechna opinia), że mieszkając w obcym kraju, zwykle uczymy się języka jego mieszkańców. Tak więc zdanie: „Jasiek zna angielski, bo długo mieszkał w Chicago” nie jest logicznym dowodem, lecz quasi-logicznym argumentem.

Przypatrzmy się teraz nieco innemu zdaniu: „Ależ ona nie mogła tego ukraść, bo jest katoliczką!”. Znów widać, że została z niego usunięta większa przesłanka (opinia), brzmiąca: „żaden katolik nie kradnie”. Powiedzmy delikatnie, iż jest to dość śmiałe założenie i patrząc wokół (a więc przez doświadczenie), można udowodnić jego nieprawdziwość. W tym wypadku tę nieprawdziwość łatwiej zauważyć niż w poprzednim. Oba te zdania – choć oparte na nieprawdziwych przesłankach – nie są jednak w zasadzie szkodliwe. W przeciwieństwie do zdania następującego: „To na pewno on ukradł, bo jest Cyganem!”. Za nim kryje się opinia krzywdząca („Cyganie kradną”), składająca się na stereotyp Cygana. Przypomnijmy cytowane już zdanie o. Rydzyka: „Tuwim […] do mniejszości należał, ale ładne wiersze pisał”. Jest tu ukryta przesłanka (opinia), że Żydzi (eufemistyczna „mniejszość”) nie piszą ładnych wierszy, albo nawet szerzej: raczej nie ma powodu, by mówić o nich pozytywnie. Mówimy tu „kryje się”, „ukryta jest” opinia – nieprzypadkowo. Te opinie są bowiem często w jakimś sensie ukrywane, to znaczy niewypowiadane wprost, gdyż do niektórych opinii nie wypada się przyznawać w wypowiedziach publicznych, niech lepiej stanowią taką podskórną oczywistość. Na przykład niby wszyscy tolerujemy homoseksualistów, ale przecież tak naprawdę nie znosimy pedałów… Od tego typu fraz roi się w silnie prawicowych środkach masowego przekazu. Często przybierają one formy pojedynczych „mrugnięć okiem”, a więc swoistych toposów. Na przykład dobrze wiemy, o kogo chodzi, kiedy pisze się o „prasie polskojęzycznej” (nie: „rdzennie polskiej”), czyli takiej, która po to krytykuje Polskę, żeby ją osłabić i zniszczyć, na przykład finansowo.


Dyrektor pewnej szkoły podstawowej powiedział na zebraniu z rodzicami w następujący sposób o wychowawcy jednej z klas: „Wuefista, ale bardzo porządny”. Od razu wiadomo, jaką miał opinię o nauczycielach wuefu. Wygląda na to, że nie chciał tej opinii ujawniać, gdyż (słusznie) sądził, iż może go ona postawić w złym świetle. Więc „tak mu się tylko powiedziało” – na zasadzie czynności pomyłkowej. Ta czynność mogła także oznaczać, iż jego obrazem świata (przynajmniej szkolnego) rządził pewien stereotyp. Takie nie do końca uświadomione stereotypy bardzo często kierują świadomymi wyborami. Zdarzyło nam się kiedyś umówić na spotkanie z pewnym Niemcem. I chociaż w zasadzie staramy się nie spóźniać, to tym razem szczególnie się postaraliśmy i przyszliśmy dokładnie o ustalonej godzinie. No i mocno się zdziwiliśmy, kiedy przyjął nas lekko zakłopotany Niemiec i poprosił o cierpliwość, bo zapomniał o spotkaniu i właśnie kończy lunch… Zapewne nie zdziwilibyśmy się tak mocno, gdyby był on innej narodowości. W naszym stereotypie Niemca mieściła się bowiem opinia (przesłanka): „Wszyscy Niemcy są punktualni”. Wypowiedzenie takich opinii na głos powoduje, że natychmiast uświadamiamy sobie ich nieprawdziwość. Zazwyczaj jednak nie udaje się tak po prostu ich usunąć. I dzięki temu śmieszyć może następujący napis na koszulce:

 „W NIEBIE policjantami są Anglicy, kucharzami Włosi, mechanikami Niemcy, kochankami Francuzi, a wszystko organizują Szwajcarzy… W PIEKLE policjantami są Niemcy, kucharzami Anglicy, mechanikami Francuzi, kochankami Szwajcarzy, a wszystko organizują Włosi…”.

Podsumujmy więc. Myślenie logiczne, oparte na schemacie dedukcji ma w retoryce dość ograniczone znaczenie. Głównie dlatego, że bardzo trudno znaleźć w języku codziennym zdania ogólne, które byłyby bezwzględnie prawdziwe. Natomiast zastępowanie ich zdaniami względnie prawdziwymi powoduje, iż z jednej niekoniecznie prawdziwej opinii wysnuwa się inną niekoniecznie prawdziwą opinię – za pomocą bardzo logicznej i „prawdziwej” metody. Choć unikamy w tym podręczniku wartościowania, chyba trzeba jednak w tym miejscu zwrócić uwagę, że dedukcję i entymematy stosują przede wszystkim ci mówcy, którzy chcą coś ukryć, jakąś treść przemycić – głównie po to, żeby nie ponosić za nią pełnej odpowiedzialności i na przykład nie zostać posądzonym o propagowanie krzywdzących stereotypów lub wręcz wzbudzanie nienawiści. Entymemat quasi-logiczny i oparty na opinii udającej prawdę zawsze pachnie manipulacją. Zarazem jednak ten typ rozumowania i konstruowania argumentów daje się łatwo podważyć: czasem wystarczy tylko wyartykułować ukrytą przesłankę, żeby podważyć jej słuszność i ośmieszyć przedmówcę. Innym razem trzeba udowodnić – a raczej przekonać słuchaczy – że jest ona błędna. Co niekoniecznie musi być łatwe: wyobraźmy sobie mówcę, który wykazuje, iż w rozumowaniu jego przedmówcy kryje się przesłanka (na przykład antysemicka), którą on sam uważa za błędną i szkodliwą, ale jego słuchacze traktują ją jako oczywistość.

Przeciwieństwem rozumowania dedukcyjnego jest indukcyjne, idące „od szczegółu do ogółu”. Polega ono na przykład na wyciąganiu ogólnych wniosków z pojedynczych przykładów. Najprostszy typ indukcji (tak zwana indukcja enumeracyjna, czyli oparta na pewnym wyliczeniu), wygląda tak: powiedzmy, że przyjechaliśmy do Anglii, rozglądamy się i widzimy najpierw jedną rudą kobietę, potem następną rudą i jeszcze jedną… Więc mówimy: „O, wszystkie Angielki są rude”. Jeśli nie były to wszystkie Angielki (a przecież nie były), oznacza to, iż wnioski w tym rozumowaniu nie wynikają racjonalnie z przesłanek i nie są pewne, lecz raczej mniej lub bardziej prawdopodobne. Ten jaskrawy przykład pokazuje, jak niewiarygodne jest to rozumowanie i jakim błędem (zwanym błędem indukcyjnym) obarczone. Mówcy, którzy stosują jaskrawą indukcję, mogą usłyszeć wyrzut słuchaczy: „Ależ generalizujesz (uogólniasz)!”. Okazuje się jednak, że indukcją posługujemy się bardzo często. Mówi się przecież na przykład, że „cała literatura epoki romantyzmu była taka-czy-owaka”. Co to znaczy: cała? Przecież nikt nie przeczytał całej literatury epoki romantyzmu, chociażby dlatego, że można założyć, iż nie cała literatura została opublikowana, może część książek została bezpowrotnie utracona w jakimś powstaniu. I może właśnie ta część – absolutnie nie „taka-czy-owaka” – całkowicie odmieniłaby obraz literatury romantyzmu... Z punktu widzenia logiki nie wolno nam więc wygłaszać tego typu zdań, bo są obarczone ryzykiem błędu. Ale gdybyśmy tego ryzyka nie podjęli, to w ogóle trudno by nam było mówić – nie tylko o literaturze, ale i o świecie! Zacytujmy teraz fragment przemówienia Subhasa Chandry Bose’a (kolaborującego z Niemcami przywódcy ruchu narodowego w Indiach):
 
 „Istnieją ludzie, którzy swego czasu myśleli, że Imperium, nad którym nigdy nie zachodziło słońce, będzie trwało wiecznie. Mnie nigdy nie dręczyła taka myśl. Historia nauczyła mnie, że każde imperium czeka nieuchronny upadek i załamanie. Poza tym, własnymi oczami widziałem miasta i twierdze, które niegdyś były bastionami, a stały się cmentarzami minionych imperiów. Stojąc dzisiaj na cmentarzysku Imperium Brytyjskiego, dziecko nawet przekonałoby się, że jego wszechmoc jest już sprawą przeszłości”.
[Magia słowa, 1990, s. 163]

Fragment ten można by streścić następująco: niektórzy myślą (myśleli), że imperium brytyjskie będzie wieczne, ja myślę (myślałem) przeciwnie, bo – i tu mówca zastosował indukcję – po pierwsze, czytałem podręczniki do historii, zawierające przykłady upadających imperiów, po drugie, widziałem upadki miast i twierdz na własne oczy, a po trzecie, każdy teraz może zobaczyć, że mam rację. Jest to więc trzystopniowe wyliczenie przykładów (od ogólnego i abstrakcyjnego, po coraz bardziej konkretne i namacalne), z których na mocy indukcji wysnuwa się wniosek ogólny: wszystkie imperia czeka nieuchronny upadek. Autorowi chodzi jednak przecież o wniosek szczegółowy, dotyczący nieuchronności upadku imperium brytyjskiego. Ten wniosek zostaje tutaj wysnuty niejako w domyśle – wszystkie imperia czeka upadek, Wielka Brytania to też imperium, więc Wielką Brytanię czeka upadek – na mocy rozumowania dedukcyjnego. Nie znaczy to jednak, że wniosek ten ma charakter pewnika, ponieważ większa przesłanka (wszystkie imperia czeka upadek) nie jest pewnikiem, lecz jedynie wnioskiem rozumowania indukcyjnego, obarczonego ryzykiem błędu. Całość skonstruowana jest jednak tak, iż mamy wrażenie bardzo silnego argumentu, sprawiającego wrażenie dowodu.

Z indukcją w stanie czystym mamy bardzo często do czynienia w reklamach. Mamy na myśli takie, w których mówi się nam, że wszyscy na przykład piorą w jakimś proszku albo mają telefony w jakiejś sieci. Wszyscy, czyli powinniśmy i my. Ale jak pokazać „wszystkich”? Przez indukcyjne wyliczenie: i górnicy, i hutnicy, i murarze, kolejarze, i rolnicy, ogrodnicy, krawcy, tkacze, i spawacze… Taki tłok sprawia wrażenie, iż są w nim wszyscy. Podobną wyliczankę zastosowała Wisława Szymborska we wstępie do wyboru swoich felietonów o książkach. Pisze tam:

 „Wydawnictwo nalegało, żebym w tym kolejnym tomiku Lektur nadobowiązkowych napisała kilka zdań »od Autorki« – »do Czytelników«. Ale od autorki jest tu przecież każdy felieton, łącznie z przecinkami i kropkami. I do kogo zwrócony, jak nie do Czytelników? Czyli do Was, moi cierpliwi i nie zanadto grymaśni

Marysiu, Tadeuszu, Bonifacy, Piotrze,
Weroniko, Agnieszko, Basiu, Krysiu, Jolu,
Łukaszu, Staszku, Bronku, Olgierdzie, Dawidzie,
Zbigniewie, Małgorzato, Sydonio, Ludmiło,
Ewo, Józiu, Jacenty, Konstanty, Patrycy
i Ty, droga mi bardzo Reszto Kalendarza”.
[Szymborska, 2002, s. 5]


Tym sposobem zwróciła się do wszystkich, nie używając niebezpiecznego słowa „wszyscy”. Niebezpiecznego, bo w jakimś sensie nieskromnego. Kto i z jakiej trybuny ma prawo mówić do wszystkich? Chyba nikt. Łatwo by więc było to słowo podważyć i przy okazji zdezawuować ambicje i intencje autora. Jeszcze o tym powiemy szerzej w tym rozdziale.

A na razie wróćmy do indukcji. Zacytujmy teraz fragment radiowego przemówienia Stalina, wygłoszonego kilkanaście dni po ataku Hitlera na ZSRR:

 „Historia uczy, że armii niezwyciężonych nie ma […]! Armię Napoleona uważano za niezwyciężoną, ale została ona rozgromiona kolejno przez wojska rosyjskie, angielskie i niemieckie. Niemiecką armię Wilhelma w okresie pierwszej wojny imperialistycznej również uważano za armię niezwyciężoną, a jednak wojska rosyjskie i angielsko-francuskie kilkakrotnie zadawały jej klęski i wreszcie została ona rozgromiona przez wojska angielsko-francuskie. To samo należy powiedzieć o obecnej, niemieckiej armii faszystowskiej Hitlera. Armia ta nie spotkała się jeszcze z poważnym oporem na kontynencie Europy. Dopiero na naszym terytorium natknęła się ona na poważny opór. I jeżeli w wyniku tego oporu najlepsze dywizje niemieckiej armii faszystowskiej zostały rozgromione przez naszą Armię Czerwoną, oznacza to, że armia faszystowska może także być rozgromiona i będzie rozgromiona, podobnie jak były rozgromione armie Napoleona i Wilhelma”.
[Stalin, 1949, s. 5]

Przeczytajmy ten fragment uważnie. Pierwsze zdanie ma charakter indukcyjny: „historia” to tutaj znów zbiór przykładów – taki zbiór, w którym żaden element (armia) nie ma konkretnego atrybutu (niezwyciężona). Zarazem „historia” (jako narracja historyczna) jest – jak i w przemówieniu Bose’a – pewnego rodzaju efektem rozumowania indukcyjnego, obarczonego jego ryzykiem błędu… Ale nie to jest tutaj najważniejsze. Dalej niejako na potwierdzenie indukcyjnej tezy ze zdania pierwszego następuje wyliczenie armii, które niesłusznie uważano za niezwyciężone. Następnie pojawia się sformułowanie: „to samo należy powiedzieć o…”. Jest to moment uruchomienia kolejnego rodzaju indukcji, zwanego wnioskowaniem przez analogię. Na podstawie stwierdzonych podobieństw między elementami wysnuwa się wniosek o jeszcze głębszym podobieństwie między nimi. Ani armia Napoleona, ani armia Wilhelma nie były niezwyciężone, więc i armia Hitlera taka być nie może… To jest tak, jakby mówić: „Skoro twój brat próbował naprawić to auto, potem twój ojciec i twój kuzyn – i żadnemu z nich się nie udało, więc i tobie się nie uda!”. Wniosek nie wynika tutaj logicznie z przesłanek. Jest on prawdziwy (prawdziwszy) wówczas, gdy analogia między elementami oparta jest na cechach istotnych dla wniosku. Czemu się nie uda? Raczej nie z powodów genetycznych, czy na przykład koloru włosów, lecz profesjonalnych: żaden z panów nie był mechanikiem samochodowym. Wnioskowanie przez analogię może jednak prowadzić do niebezpiecznych błędów:

 „Wielu niefortunnych grzybiarzy uległo zatruciu sądząc, że grzyby nadgryzione przez ślimaki nie mogą być trujące dla człowieka. Polegali oni na podobieństwie »i ślimak, i człowiek to żywe stworzenia«, bez zastanawiania się nad możliwością istnienia różnic w przemianie materii u ślimaka i człowieka”.
[Szymanek, 2004, s. 82]

Ale to jest sytuacja skrajna. Wróćmy do naszych przykładów. Rozumowanie to jedynie uprawdopodobnia wniosek – powinno się więc powiedzieć: „Skoro twój brat… więc i tobie się raczej nie uda”. Jest to powiedzenie uczciwsze, ale i słabsze – kto jak kto, ale Stalin nie mógłby sobie na taką formę pozwolić… Stalin jednak wydaje się świadomy, że przyjęte przez niego wnioskowanie przez analogię samo w sobie nie jest wystarczająco mocne. Wzmacnia je więc za pomocą wnioskowania statystycznego. Powiada bowiem: jeśli udało się nam rozgromić część (najlepszą) armii, to rozgromimy całą armię. To rozumowanie przypomina prognozy różnych instytucji badających opinię publiczną, które na przykład na podstawie tak zwanej próby (czyli zespołu elementów zbiorowości), wyciągają wnioski dotyczące całej zbiorowości czy całości. Dobra próba to próba reprezentatywna dla owej całości. Kłopot w tym, czy ta jedna bitwa jest reprezentatywna dla całej wojny radziecko-niemieckiej. Znów jest to kwestia nie tyle prawdy, ile prawdopodobieństwa. A nawet wyraz pewnego rodzaju myślenia życzeniowego.

Wspomnieliśmy na początku tego rozdziału, że oprócz dowodów będących wnioskami z rozumowania logicznego, mamy do czynienia z dowodami naocznymi. Jeśli na przykład jakiś polityk postawi tezę, iż kraj jest w niebezpieczeństwie, bo rządzą nim aktualnie szpiedzy i złodzieje, to na jej poparcie powinien mieć dowody, a nie argumenty. Dowodami byłyby tutaj odpowiednie dokumenty. Natomiast argumentem byłoby na przykład pokazywanie czarnej teczki (pamiętasz, Czytelniku, postać Stana Tymińskiego?) i mówienie, że są w niej odpowiednie dokumenty. Jednakże do momentu weryfikacji (otwarcia teczki) tego typu teza jest najzwyklejszą insynuacją. Teczki można się jednak przestraszyć albo można się nią przynajmniej zaciekawić – na zasadzie: „coś w tym jest”. Argument, w przeciwieństwie do dowodu, nie musi być racjonalny. Może polegać na zasianiu ziarnka podejrzenia, a nie musi dowodzić prawdy. Ale – jak powiadał Stanisław Jerzy Lec – „nieładnie jest podejrzewać, jak się wie”.

Przypomnijmy jeszcze inną rodzimą aferę przedwyborczą. Sztab Mariana Krzaklewskiego pokazał wykonany amatorską kamerą film, na którym minister Marek Siwiec, współpracownik Aleksandra Kwaśniewskiego, parodiuje Papieża. Ten obraz nie mógł być dowodem na to, że Aleksander Kwaśniewski kpi z Kościoła i wiernych; nie mógł, ponieważ sfilmowany gest nie był jednoznaczny i dopuszczał różne interpretacje. Stał się więc argumentem, na zasadzie: „oto przykład na to, jaki stosunek mają ludzie Kwaśniewskiego do osoby Papieża i instytucji Kościoła w ogóle”. Okazało się jednak, iż obraz ten zadziałał omalże odwrotnie. Owszem, odebrał kandydatowi, przeciwko któremu był zwrócony, kilka procent głosów, ale jego przeciwnikowi nie dodał ani jednego. Dlaczego? Ponieważ został odebrany jako element brudnej kampanii wyborczej, polegającej na wciąganiu osoby Papieża do politycznych rozgrywek.

Zwróćmy jednak przede wszystkim uwagę na charakter takiego argumentu, jakim jest przykład (łac. exemplum). Jest on podobnie „naoczny”, jak dowód rzeczowy, ale nie pozwala się jednoznacznie interpretować. No bo kiedy sprzedawca samochodów mówi nam tak:  „Samochody tej firmy mają najwyższy współczynnik bezawaryjności. Proszę, oto dowód: zestawienie opublikowane przez renomowaną gazetę poświęconą motoryzacji…”, to daje nam „naoczny” dowód na swoją tezę. Ale kiedy dodaje:  „Poza tym przyznam się państwu, że sam jeżdżę dziesięcioletnim samochodem tej firmy i tylko dolewam benzynę. No, przyznam się, że raz musiałem wymienić akumulator…”, to argumentuje za pomocą przykładu. Dodajmy, że najlepszego, bo własnego: ów przykład ma tak silne działanie, bo myśli się wówczas, że przecież posługujący się nim człowiek nie kłamałby tak w żywe oczy. Zwróćmy uwagę, że powiedzenie:  „Znam kogoś, kto jeździ dziesięcioletnim samochodem tej firmy i tylko dolewa benzynę…” zawiera o wiele mniej konkretny i przez to mniej przekonujący obraz. Poza tym zawsze istnieje ryzyko, iż taki obraz-przykład nie zostanie zinterpretowany zgodnie z intencjami autora wypowiedzi, lecz wręcz przeciwnie. „No tak – mógłby ktoś pomyśleć – jeśli on wciąż jeździ dziesięcioletnim samochodem, to znaczy, że go nie stać na nowy, tylko nie chce się przyznać. A jeśli go nie stać, to pewnie dlatego, że niewiele tych samochodów udaje mu się sprzedać. Pewnie więc nie są takie dobre”. Może to wygląda na myślenie paranoidalne, ale jest to paranoja w granicach (polskiej) normy i zarazem dowód na to, iż nie należy lekceważyć ryzyka tkwiącego w tego typu dowodach.
Istnieje też ryzyko śmieszności. Tygodnik „Polityka” ma rubrykę „Polityka i obyczaje”, w której publikuje absurdalne cytaty z bieżącej prasy. Na przykład:

 „Czytelnik »Trybuny« dzieli się na łamach taką oto obserwacją: »Nie wiem, czy państwo wiecie, że Hitler miał 164 cm wzrostu, Lenin 164, Stalin 164, Dzierżyński 164 i Jarosław Kaczyński także ma 164 cm«. Jak przypomina »Trybuna«: »Są to opinie czytelników, z którymi redakcja nie zawsze się utożsamia«”.
[„Polityka” 27.11.2004]
 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj