Recenzja książki: James Schuyler, „Alfred i Ginewra”

Co słychać?
Autor jak czuły barometr wydobywa nie tylko to, co słychać, ale również to, czego nie widać.
materiały prasowe

Późno poznajemy Schuylera, czwartego – obok Johna Ashbery’ego, Franka O’Hary i Kennetha Kocha – poetę ze szkoły nowojorskiej. Schuyler debiutował właśnie tą niewielką powieścią w 1958 r. Po polsku ukazała się niedawno inna, późniejsza – „Co na kolację?” i „Trzy poematy”. I już wiemy dzięki tamtym książkom, że ten nieśmiały samotnik, bywalec szpitali psychiatrycznych, to jest skarb. Jak nikt potrafił pisać o radości i pięknie, choć sam bywał częściej w złym stanie. Miał też talent do tworzenia komedii obyczajowych – taką powieścią było „Co na kolację?” i taką komedią jest „Alfred i Ginewra”, tyle że opowiada o dzieciach, o rodzeństwie. Składa się w dużej mierze z dialogów, a właściwie ze słownej szermierki. Przekład Marcina Szustra świetnie wydobywa humor i „szwung” dialogów dziecięcych. Z ich rozmów czytelnik sam tworzy tło.

James Schuyler, Alfred i Ginewra, przeł. Marcin Szuster, PIW, Warszawa 2016, s. 136

Książka do kupienia w sklepie internetowym Polityki.

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną