Fragment książki "Kiki. Królowa Montparnasse’u"

 
Teraz w zimnej pracowni Soutine’a nie ma ani kiełbasy, ani kropelki wina. Tylko ta ciągła pustka w żołądku. A na dodatek wojna, która nie chce się skończyć. Wiadomo przecież, że kiełbasa nie rośnie na drzewach, a tym bardziej na armatach.
 
Boże, jak zimno w tej norze! I tak ma szczęście, bo Soutine  jest dobrym człowiekiem. Na początku się go bała. To z powodu jego gęby wściekłego dzikusa. Teraz nawet jej się podoba. Pierwszego wieczoru omal nie spalił całego wyposażenia pracowni, żeby ogrzać Kiki i jej przyjaciółkę.
 
Znalazły się u niego zupełnie przypadkowo. Były ogromnie zmęczone po wyczerpującym dniu. Nie miały pieniędzy na nocleg. Wreszcie przyjaciółka przypomniała sobie o pewnym Rosjaninie, któremu pozowała kiedyś do cyklu malowanych kartek pocztowych. Mieszkała u niego prawie za darmo; przyjmował wprawdzie opłatę w naturze, ale za to można było liczyć na ciepły kąt do spania, a w lepsze dni także na kromkę chleba z soloną słoniną. Postanowiły więc pójść do niego. Mieszkał jednak aż w zaułku Falguière. Była wojna i miasto tonęło w ciemnościach. Biegły więc nieoświetlonymi ulicami, wpadając na słupy latarni. Kiedy wreszcie dotarły na miejsce, okazało się, że Rosjanin jest z jakąś kobietą. Słyszały ich głosy już na schodach i nie miały odwagi zapukać do drzwi.
 
Kiki rozpłakała się. To żadna przyjemność znaleźć się w zaułku Falguière o pierwszej w nocy. Trzeba odwagi, by brnąć przez śnieg o tej porze. Zaczęła drżeć z zimna.
 
– Zaczekajmy trochę, może się wyniesie – zaproponowała przyjaciółka.
 
Przez chwilę przynajmniej, przycupnąwszy na stopniach schodków, schroniły się przed chłodem. Kiki miała przemoczone i zmarznięte nogi, bolały ją zesztywniałe z zimna palce. Tymczasem zza drzwi dochodziły różne odgłosy. Wybuchały śmiechy, po których zapadała cisza, przerywana co jakiś czas grubym męskim głosem. Słyszały nawet bulgotanie wody w czajniku. Wyobrażały sobie, wykrzywiając usta, jak dmuchają na gorącą herbatę w kubkach. Co za tortury! Po dwóch godzinach wyczekiwania Kiki zaczęła mieć przywidzenia. Wydawało jej się, że smugi światła padające na drzwi stają się błyszczącymi robakami pełzającymi po spróchniałym drewnie.
 
Nagle usłyszały czyjeś stawiane ukradkiem kroki. To był Soutine. Mieszkał w sąsiednim domu. Kiki widziała go już kilka razy w La Rotonde. Zapytała więc, czy mógłby je u siebie przenocować. On zaś, nie pytając o nic, zabrał je do swojego mieszkania. Wskazał im łóżko, a sam usadowił się na starym, skórzanym fotelu. To jedyny mebel, jaki ocalał spośród sprzętów, które przeznaczył na opał, żeby ogrzać obie dziewczyny. Ten gest dodał im pewności siebie, a ujęta tą wspaniałomyślnością Kiki postanowiła pozostać u niego na dłużej. W taki oto sposób Soutine i ona stali się nierozłączni.
 
Kiki ubiera się, dzwoniąc zębami: męski kapelusz, stary płaszcz i o trzy numery za duże buty. Wygląda w tym wszystkim jak strach na wróble, jak gdyby miała wystąpić jako Charlie Chaplin na Montparnassie.
 
Jakże jest teraz inna od tej Alice Prin, dziewczyny w berecie, która popłakiwała w pociągu, wspominając Babcię i ściskając płócienną torbę z wyhaftowanym czerwonymi literami swoim imieniem.
 
Jest teraz bardzo ładna. Krótko ścięte włosy, biała cera, małe usta w kształcie serca. Lekko skośne, bursztynowe oczy wyrażają wyzwanie i opuszczenie zarazem. Z profilu przypomina niezwykłego ptaka, broniącego się przed ponownym zamknięciem w klatce.

I oto królowa Montparnasse’u spieszy na bal. Jej makijaż to przyciemnione nadpaloną zapałką brwi i umalowane karbowaną bibułką wargi i policzki. Kiki uśmiecha się do swego lustrzanego odbicia. Dla zabawy przybiera pozy szansonistek, znanych jej z retuszowanych pocztówek, z różową chmurką w tle.

Kiki uwielbia się malować. Wszystko, co jej wpadnie w ręce, może się do tego nadawać. Nie wszyscy jednak potrafią docenić piękno. Dlatego właśnie straciła pracę u właścicielki piekarni na placu Saint-Charles.

Dobrze odżywiona i cała biała, zarabiała tam dwadzieścia franków na miesiąc. Niech się wypcha ta piekarka! Kazała jej zrywać się z łóżka już o piątej rano, by podawać gorący chleb robotnikom idącym do pracy. Poza tym Kiki przez cały dzień nosiła pieczywo do mieszczańskich domów, wspinając się na najwyższe piętra kamienic, tam i z powrotem. Na dodatek musiała sprzątać piekarnię i kuchnię swojej chlebodawczyni i pomagać czeladnikowi piekarza. On zaś, by zrobić na niej wrażenie, rozbierał się do rosołu i robił świńskie żarty:

– Popatrz, Alice! Popatrz! Nigdy nie zobaczysz takiego fajnego…

Oni wszyscy są tacy sami. Jej się to nie podobało. Miała tylko jedno pragnienie: doczekać wieczoru i położyć się do łóżka. Była wykończona. Chciała nawet rzucić tę pracę, ale gdzie miałaby pójść, nie mając grosza przy duszy.

Matka straszyła ją ciągle oddaniem do poprawczaka. Nie okazywała jej choćby odrobiny miłości. Kiki nigdy nie usłyszała od niej żadnego czułego słowa. Nie  śmiała powiedzieć do niej „Mamo”, a tym  bardziej przytulić się albo ją pocałować. Matka od razu temperowała taki przypływ uczuć, rzucając jakąś ironiczną uwagę.

Na dodatek Kiki była lunatyczką. Początkowo, kiedy mieszkała w Paryżu w jednym pokoju z matką, było to przyczyną nieustających kłótni. Kiki błądziła nocą po pokoju jak automat, a matka, budząc się nagle, obrzucała ją wyzwiskami – ”Idiotko, chamko, tłumoku jeden!”. Później, z miną wielkiej damy, dodawała, aby ją upokorzyć – „Zawsze będziesz miała słomę w butach!”.

Kiedy matka została linotypistką, zamieszkała z panem Gastonem, swoim brygadzistą z drukarni. Ciągle powtarzała, że nie po to sprowadziła ją do Paryża, by ją wychowywać, ale nauczyć jakiegoś fachu. Kiki miała wtedy trzynaście lat.

– Też zostaniesz linotypistką – powiedziała jej któregoś dnia.

Na początku jednak Kiki była gońcem w dziale zaopatrzenia. Objuczona jak wielbłąd, w satynowej, marszczonej w talii bluzce, na nogach miała parę wspaniałych, żółtych botków z guziczkami i cholewkami z szarego sukna. Takie buty nosiły wtedy dobrze ubrane kobiety, budzące pożądanie mężczyzn. Kiki mogła więc sobie pomarzyć. Matka znalazła te buty na śmietniku. Były na Kiki o wiele za duże. Miały rozmiar czterdzieści, podczas gdy ona nosiła wówczas trzydzieści cztery. Trzeba więc było jakoś wypełnić różnicę. Przydały się do tego stare gazety i kartki z Czerwonego Kapturka, które „pogrubiły” odpowiednio łydki i zlikwidowały luz wokół palców. Wyglądała wprawdzie śmiesznie, ale już samo to, że ma buty jak prawdziwa dama, sprawiało, że chodziła wyprostowana, wypinając z dumą rysujący się już biust.

Dwa lub trzy miesiące później zatrudniono ją na próbę w dziale broszurowania książek. Na początek dano jej do zszywania Kamasutrę. To, co oglądała wówczas na stronicach książki, rozpalało jej wyobraźnię. Czuła się tak, jakby miała grzejnik między nogami, od którego rozchodzi się przyjemne ciepło.

Wkrótce stosunki między matką i Gastonem popsuły się. Kiki musiała opuścić drukarnię. Odtąd matka ciągle jej groziła:

– Oddam cię do poprawczaka, jak będziesz taka uparta! Ciotka Alice też taka była – dodawała – i przez to umarła.


Zakonnice w kornetach, uważane w tamtych stronach za prawdziwe przedstawicielki Pana Boga na ziemi, znalazły odpowiedni sposób, aby poradzić sobie z nieposkromionym charakterem ciotki Alice. Któregoś zimowego dnia wsadziły jej głowę pod strumień lodowatej wody i biedula dostała udaru mózgu. Zamiast modlitwy pogrzebowej siostrzyczki  powiedziały do Babci:

– Droga Prin, nic już nie można było dla niej zrobić. Niebo stoi teraz przed nią otworem. Niewiele zdołała nagrzeszyć.

*
Pewnego wiosennego dnia Kiki miała przeczucie, że coś musi się wydarzyć. Jak co dzień właścicielka piekarni zleciła jej zbyt dużo zajęć, a ona, jak zwykle, nie mogła sobie ze wszystkim poradzić. I jak zawsze musiała wysłuchiwać upomnień i sadystycznych złorzeczeń swojej chlebodawczyni. Ale żeby traktować ją jak dziwkę, i to tylko dlatego, że się umalowała, tego było już za wiele.

W odpowiedzi na zniewagę rozwścieczona Kiki uderzyła swoją „dobrodziejkę”. W tej sytuacji nie pozostało jej nic innego jak spakować manatki i wynieść się.

– Dobrześ zrobiła – powiedział szeptem piekarczyk. – Trzeba ją było zakatrupić!

Nazywać ją dziwką, ją, która miłość znała z paru hinduskich obrazków i niezrozumiałych dla niej przykładów tego, co nazywano pozycjami! Kiedyś, kiedy wyglądała przez okno swego pokoju, dostrzegła na ławce na placu Saint-Charles dziewczynę, która pozwalała się całować siedzącemu obok niej chłopakowi. Kiki zauważyła, jak w pewnej chwili wsunął on rękę pod spódnicę dziewczyny, a ta wydawała się promieniować z rozkoszy. Poruszona tym, co zobaczyła, pomyślała wówczas o czeladniku z piekarni. Nie wiedząc nawet dlaczego, położyła się na łóżku, a jej wyobraźnia dokonała reszty. Po tym zdarzeniu dwa albo trzy razy w ciągu dnia odczuwała potrzebę podobnego przeżycia. Później pojawił się chłopak z naprzeciwka, o małej ociężałej twarzy. Raz ją nawet pocałował. Poczuła się dziwnie. Wahała się przez chwilę, czy zaprosić go kiedyś na zaplecze piekarni i zaspokoić jego pożądanie. To było jednak zbyt śmiałe. Bała się.

Dziwka! Ależ skąd, szefowa przesadziła! A może rzeczywiście wygląda jak ulicznica – myślała, opuszczając posadę.

Noc spędziła, błąkając się po Paryżu. Szła jednak z podniesioną głową, mimo że nie dostała nawet zapłaty za pracę, bo szefowa odprawiła ją późnym wieczorem, ani myśląc choćby o grosiku na drogę.

*
Świt budził się nad miastem. Jak znaleźć pracę? Nagle Kiki przypomniała sobie o starym rzeźbiarzu, którego znała z widzenia. Był trochę brzuchaty, nosił ogromny kapelusz, śliczny krawat lavallière  i, szczyt bogactwa, laskę ze srebrną gałką. Nazywano go Fétus, a Kiki darzyła go podziwem graniczącym niemal z miłością. Stał się sławny w okolicy jako twórca szabli króla Belgów. Mieszkał za szpitalem Enfants-Malades, przy ślepej uliczce Ronsin, w domu należącym do Madame Steinheil – słynnej ostatniej „znajomej” prezydenta Félixa Faure’a, w obecności której, jak głoszą nieoficjalne przekazy, zmarł on na wylew krwi do mózgu w 1899 roku.

Kiki, opuszczona i niemająca dokąd pójść, postanowiła zapukać do drzwi rzeźbiarza. Zaproponowała mu swoje usługi jako modelka.

Jest u niego w pracowni. Rozbiera się za parawanem, po czym nieśmiało staje goła przed mężczyzną. Rozbieranie się do naga to duże przeżycie, ale skoro tak trzeba. Drży z zimna i ze strachu. W piekarni było jej przynajmniej ciepło. Widząc, jak rzeźbiarz zbliża się do niej z ogromnym cyrklem, aby ją zmierzyć, ściska ze zdenerwowania swe chude uda. On zaś przystawia jeden koniec wielkiego przyrządu do jej piersi, a drugi do ujścia jej małej dziurki. Kiki czuje jakby dwa ukłucia szpilką, a na dodatek cyrkiel jest bardzo zimny. „Nie mógł lepiej trafić” – myśli. Ma przecież niemal zupełnie nieowłosiony wzgórek łonowy i do tego jeszcze nietypowo wysoko usytuowaną szparkę.

– Stojąc tak, pokazuję cały swój kram – mówi, śmiejąc się. Ale dobry Bóg zrekompensował ten mankament, nadając jej intymnemu miejscu wygląd, jaki może mieć jedynie nagość małej, pulchniutkiej dziewczynki.

Ustawiona na podwyższeniu Kiki myśli, że nie sprosta wymaganiom artysty. Zdaje się jej, że wygląda śmiesznie, ale przez cały czas posłusznie pozostaje w bezruchu.

Po trzech godzinach pozowanie jest skończone. Artysta każe jej się ubrać i daje pięć franków. Dla niej to niemal królewska zapłata. Zaczyna więc zbijać fortunę.

Jednak za drugim razem przygoda trwa krócej. Jej matka, powiadomiona przez sąsiadów, wtargnęła do pracowni.

– Nie jesteś już moją córką, podła dziwko! – krzyczała.

Po tym incydencie noga Kiki nie postała już w matczynym mieszkaniu na ulicy Dulac. Tym bardziej, że robiła rzeczy, które w opinii jej rodzicielki uchodziły za gorszące. Było jej jednak wszystko jedno. Pozowanie to przecież lepsze zajęcie niż choćby łatanie wojskowych butów czy praca w fabryce. Być może na tym właśnie polega wolność – nie przejmować się, że ludzie źle o tobie mówią i wytykają palcami.

Przerażony perspektywą posądzenia o deprawowanie nieletniej, Fétus nie chciał już więcej angażować jej jako modelki. Miała wówczas piętnaście lat. Chcąc jednak jakoś jej pomóc, polecił ją zaprzyjaźnionej śpiewaczce z Opéra Comique, która akurat poszukiwała pokojówki. Była to miła, pulchna blondynka. Mieszkała w willi, w głębi zaułka Ronsin. Kiki miała dbać o porządek, gotować, prać i prasować od siódmej rano do dziewiątej wieczorem za trzydzieści pięć franków na miesiąc.

Dostała służbowy pokoik w suterenie willi, obok kotłowni. Pomieszczenie to wydawało się jej niemal luksusowe. Wszystko było tam białe, nawet położone na podłodze skóry. Przez okienko wychodzące na ulicę Vaugirard widziała jedynie nogi przechodniów, chodzących bez przerwy tam i z powrotem. Właściciele tych poruszających się bez ustanku kończyn stawali się bohaterami różnych historyjek powstających w jej wyobraźni.

*
Po dwóch tygodniach pracy, kiedy pewnego wieczoru, a było już chyba około dziesiątej, Kiki szykowała się do snu, usłyszała nagle wołanie z ulicy:

– Alice Prrrin!

Był to głos jej wesołej przyjaciółki z dzieciństwa, która śmiesznie wymawiała jej nazwisko tak, jakby było w nim kilka „r” z rzędu. Dwie młode Burgundki umówiły się na spotkanie następnego dnia. Kiki zapomniała niestety, że nie może swobodnie dysponować czasem. Na próżno prosiła o zgodę na wyjście. Jej pani, zresztą bardzo sympatyczna, nie chciała nawet słyszeć o tym. Kiedy Kiki skłamała, że zamierza pójść się wykąpać, ta wspaniałomyślnie zaproponowała jej swoją łazienkę. Cóż było robić? Musiała wymknąć się ukradkiem w samych tylko pantoflach. Całe popołudnie spędziła w towarzystwie przyjaciółki, a wieczorem, kiedy wróciła na ulicę Ronsin, zastała drzwi zamknięte. Wiedziała, że została wyrzucona.

Nie mając dokąd pójść, zatrzymała się u tejże przyjaciółki na Montparnassie. Czas mijał, a Kiki liczyła na uśmiech losu. Ciągle szukała jakiegoś dachu nad głową i trochę grosza, żeby przeżyć. Nocowała to u jednych, to u drugich znajomych, a nawet pod gołym niebem, jeśli nic nie udało jej się znaleźć. Prowadziła życie włóczęgi jak osoba wyjęta spod prawa. I w taki właśnie sposób trafiła w końcu do Soutine’a.


*
Kiki rozgląda się po pracowni. Od ścian odstają strzępy starej tapety. Na podłodze kałuże wody. Wszystko jest przesiąknięte zapachem pleśni. Musi tu być o wiele gorzej w czasie upałów. Do tego wszystkiego Soutine chce, by pozując, trzymała w ręce oskubanego, chudego kurczaka. Już sama myśl o roju tłustych much, unoszących się niczym czarny szal nad drżącymi ramionami i dorodnymi piersiami zniechęconych modelek, które pozują w takich warunkach, przyprawia ją o mdłości. A Soutine? Jak to Soutine. Jego to po prostu śmieszy. Można by pomyśleć, że trupy są jego obsesją. Któregoś dnia porozstawiał wokół łóżka puszki po konserwach, wypełnione wodą. To dlatego, że boi się wszystkiego: kurków, zarazków, „płusków”.

– „Płusków”? A co to takiego?

Soutine stara się mówić poprawną francuszczyzną. Uczy się jej zresztą w La Rotonde, a pomaga mu w tym pewna, raczej brzydka kobieta, pragnąca uchodzić za jego nauczycielkę. Zresztą każe mu płacić za zamówioną przez siebie kawę ze śmietanką.

– Wiesz, to takie kąsające stworki – odpowiada Soutine.
– Ach, pluskwy!

Mieszkając tutaj, Kiki zdołała już poznać zwyczaje tych małych wampirów. Wystarczy tylko zawrzeć z nimi znajomość, co nie jest trudne, bo w pościeli aż się od nich roi. Soutine dowiedział się skądś, że przyciąga je woda i zaczął mieć nadzieję, że będą miały ochotę się utopić. Niestety, nic z tego.

W gruncie rzeczy Soutine jest bardzo dokuczliwy. Jak dziecku potrzeba mu stale kogoś do towarzystwa:

– Alice, no choć ze mną, bo sam nie pójdę!

On, który nie wie nawet, którego dnia się urodził, ma fatalny zwyczaj ciągłego kłamania, żeby tylko zyskać uznanie. Mimo tych wad Kiki lubi go na swój sposób. Zwłaszcza kiedy malując, tańczy „gapoka”. Zazwyczaj jednak Soutine popada w przygnębienie. To z powodu alkoholu. Kiedy pije, niszczy wszystko dookoła. Mieszkanie u niego nie jest więc wcale przyjemne. Gdyby wreszcie spotkało ją to, na co naprawdę zasługuje! Kiki kocha przecież życie i pragnie z niego korzystać.
 

1918 / Jej pierwszy mężczyzna 
 
– Jeszcze panienka pobłądzi…

Takimi słowami mogło zacząć się wprowadzenie jej w to, co nazywa się miłością. Mężczyzna, który ją zaczepił, jest wysoki i ma małe, świdrujące oczy.

Znalazła się tutaj, na ulicy Vavin, zupełnie przypadkowo, zatrzymując się przed witryną sklepu z chińszczyzną. Od wielu dni w Paryżu prószy drobny śnieg. Kiki stoi na chodniku, czekając nie wiadomo na co. Chociaż przeszywa ją mróz, nadal nie rusza się z miejsca.

Jej postać odbija się w sklepowej szybie. Jest bladą i chudą dziewczyną o oczach przestraszonej gazeli i skromnie zaczesanych na skronie włosach. Przystawia nos do witryny. Zaczyna zapadać noc. Kiki drży nagle. Wyczuła czyjąś obecność tuż za plecami. W odbiciu szyby widzi młodego, wysokiego, szczupłego mężczyznę o błyszczących zielonych oczach.

– Zapraszam do mnie do domu. Rozpalę ogień i wypije pani filiżankę eleski . Przynajmniej nie padniemy oboje z głodu.

Ona jednak nie czuje się zbyt pewnie. Mężczyzna stoi tuż przy niej, stanowczo za blisko, a do tego ta jego monstrualna głowa.

*
Kiki nie robi sobie oczywiście żadnych złudzeń. Kiedy jeszcze jako dziecko przyjechała do Paryża, myślała, że błyszczące ulice miasta są pociągnięte woskiem. Od tamtego czasu jednak skończyły się jej fantastyczne wyobrażenia. Zna już życiową tabliczkę mnożenia. Jedynie nie zaznała dotąd tego niesamowitego uczucia „niebiańskiego uniesienia” z mężczyzną. A jak mawia Ewa, jej przyjaciółka z rodzinnych stron, tylko to się w życiu liczy.

Dwa dni wcześniej Kiki nocowała właśnie u niej, w małym ponurym pokoiku wynajętym nieopodal stacji metra Plaisance. Ewa obudziła ją nagle około szóstej rano:

– Wstawaj, Alice! Chodź, pokażę ci, co się robi, by pozbyć się cnoty.

Kiki poszła z nią do pokoju pewnego Włocha, mieszkającego na tym samym piętrze. Nie zwracając uwagi na jej obecność, Ewa wlazła do lóżka swego amanta. Zaspana Kiki usiadła na krześle. Ponieważ nic nie jadła od poprzedniego dnia, zaczęła rozglądać się po pokoju w poszukiwaniu czegoś, co wypełniłoby nieprzyjemną pustkę w jej żołądku. Błądząc półprzytomnym wzrokiem po pomieszczeniu, spojrzała przez moment na łóżko, na którym jej przyjaciółka wykonywała jakieś dziwne ćwiczenia gimnastyczne z sapiącym Włochem, tak jakby się z nim mocowała. Kiki jednak o wiele bardziej zainteresowała się tym, co zobaczyła na stole. Stała tam bowiem butelka wina, a obok niej leżał kuszący kawałek kiełbasy. Zamiast więc korzystać z lekcji, jak chciała Ewa, zabrała się do jedzenia, nie zwracając nawet uwagi na splecionych ze sobą kochanków. I pomyśleć tylko, że seks rozpalał jej wyobraźnię, ilekroć ktoś opowiadał o nim, a ona słuchała z wypiekami na twarzy, nie wiedząc, jak to wygląda naprawdę.

*
Już wcześniej mała okazje słyszeć różne dziwne odgłosy, kiedy nocowała na ulicy Mouffetard, u pewnej, śmiesznej rodziny sprzedawców kwiatów. Matka wyprawiała ją do nich na noc w każdą sobotę i niedzielę. Po mszy Kiki sprzedawała z nimi kwiaty, które kupowali w Halach po niższej cenie. Były już przekwitłe, zwiędłe albo połamane i trzeba je było „ratować” za pomocą kawałków drutu bądź zapałek. Potem opryskiwało się je trochę wodą i upiększało zielonym przybraniem. O dziesiątej rano cała rodzinna gromada była już przed kościołem Saint-Médard i każdy z osobna zachwalał głośno swój towar tak, aby parafianie myśleli, że jest jakaś konkurencja między sprzedawcami. Kiki spędzała noc z tą rodziną w niewielkiej ciemnej izbie od strony podwórza. W jednym z łóżek spała śliczna, piętnastoletnia Lili o blond włosach, a razem z nią Mimine, ładna ciemnowłosa dwunastolatka, oraz Zizi, najmłodsza z rodzeństwa. Ta ostatnia musiała nosić ubrania po starszych siostrach i mając zaledwie pięć lat, zaraziła się świerzbem. Drugie łóżko zajmowali rodzice, a na rozłożonych na podłodze materacach spali trzej chłopcy – siedemnastoletni, czternastoletni i jedenastoletni; obok nich zaś kładła się jeszcze babka. Nocą sienniki i sprężyny bezwstydnie skrzypiały.

Ale tam u Włocha, w świetle poranka, miłość traciła w oczach Kiki całą swą tajemniczość. Nie była ani czymś pięknym, ani brzydkim, w każdym razie odbierała ją zupełnie obojętnie. To, co tych dwoje robiło na jej oczach, przypominało jej raczej lekcje gimnastyki.

Później Ewa powiedziała:

– Na tym nie koniec. Trzeba cię będzie wreszcie rozdziewiczyć. To wielka przeszkoda w życiu, jeśli się przez to nie przeszło. Wyjdziemy na ulicę i znajdziemy ci odpowiedniego faceta, a przy okazji rozejrzymy się za jakąś pracą.

Kiki była przerażona. Ewa nie miała jednak zamiaru zmieniać tematu rozmowy:

– Chodźmy na bulwary. Jest tam spory wybór, ale lepiej będzie, jak zajmie się tobą jakiś starszy typ. Tacy są delikatniejsi i mają doświadczenie!

Kiki wiedziała, że będzie musiała mieć to za sobą wcześniej czy później. Cóż więc za różnica? Aby przygotować ją do roli „panny młodej”, Ewa kazała jej, by umyła swe „skąpe futerko”. Właściwie i tak nie mogła zrobić nic więcej, gdyż oprócz tej niezbyt wyrafinowanej czynności nie było sensu zastanawiać się nad odpowiednią na tę okazję kreacją, bo przecież, podobnie jak Ewa, nie miała nawet bielizny.


Założyła więc coś, co miało przypominać płaszcz. Matka uszyła jej go ze starego, szarego surduta pana Gaszona. Włożyła też dość nadwerężone botki z guzikami, należące do Ewy, które miały rozmiar czterdzieści, ona zaś nosiła wówczas trzydzieści sześć.

Szły spacerkiem wzdłuż bulwaru de Strasbourg. Kiki była wystraszona i załamana. Ciągle padał drobny śnieg, a mróz szczypał ją w twarz. Nie miała nawet ryżowego pudru, by przyprószyć sobie czerwony z zimna nos. I w takim stanie ma stać się obiektem czyjegoś pożądania!

Po drodze wstąpiły do Koncert Mayom i do dwóch innych kabaretów, gdzie ogłoszono konkurs na modelki. W pierwszym przegląd się już zaczął i nie potrzebowano więcej kandydatek. W drugim kabarecie uznano je za zbyt niskie. Z ostatniego natomiast uciekły w popłochu, bo kazano im się rozebrać do rosołu, one zaś przypomniały sobie, że ani jedna, ani druga nie ma na sobie bielizny.

W końcu znowu znalazły się na bulwarze, smutne, przemoczone, trzęsące się z zimna i gotowe na wszystko. Nagle zauważyły zbliżającego się w ich kierunku mężczyznę w średnim wieku, o bardzo bladej cerze, w dużym kapeluszu i pięknym krawacie lavallière.

– To na pewno jakiś artysta – szepnęła Ewa.

Mężczyzna uśmiechnął się lekko i zaprosił je do najbliższej kawiarni na gorącą czekoladę z rogalikami.

Jakie życie jest piękne! Kiki już zapomniała o przemoczonych butach i o tym, że kilka metrów dalej jest ulica, pada śnieg i że nadejdzie jutro, to przeklęte jutro.

Człowiek, który je zaczepił w tak delikatny sposób, jest klownem – to dlatego jest tak starannie ogolony i nie nosi wąsów, czym różni się od większości mężczyzn tej epoki.

– Teraz mieszkam sam. Moja żona jest na tournée.

Ewa szepnęła jej coś na ucho i zostawiła ich w kawiarni.

– Chciałabyś pójść do mnie? – zapytał klown.

Powiedziała „tak” niemal ze łzami w oczach, zrozpaczona i zalękniona. Miała tylko jedno pragnienie – ogrzać wreszcie przemarznięte stopy.

Na szóstym piętrze kamienicy w dzielnicy Ménilmontant już od wejścia unosił się przyjemny zapach. Przez uchylone drzwi Kiki dostrzegła rozgrzany jeszcze piec kuchenny. To właśnie było dla niej najważniejsze. Ważniejsze przynajmniej od tych wszystkich pięknych słówek. I wreszcie ktoś ją poderwał. Całe mieszkanie wraz z wyposażeniem wydawało się jej prawdziwie luksusowe.

Klown kazał jej wziąć gorącą kąpiel i podał ogromny płaszcz kąpielowy. Poczuła się w nim jak mała dziewczynka, która właśnie włożyła matczyną suknię. Później oboje zabrali się do przygotowywania gorącej kolacji. Była pieczeń wieprzowa z ziemniakami i wino. W trakcie rozmowy okazało się, że mężczyzna ma piętnastoletniego syna. Wiadomość ta dodała jej więcej pewności.

Klown pokazał jej swoją szafę pełną pięknych, błyszczących kostiumów, takich samych, w jakich występują Fratellini . Potem wziął gitarę i zaczał śpiewać:

La lune est radieuse
Car elle entend ce soir
Une chanson berceuse
Et des mots pleins  d’espoir
Elle semble leur dire:
Hâtez-vous, amoureux!
On croirait un sourire
Planant dans le ciel bleu.

Kiki zaśpiewała wraz z nim refren piosenki, a on przyznał, że jej głos jest dość interesujący. Marzyła, by móc kiedyś zarabiać na życie śpiewaniem.

Wydało się jej dziwne, że mężczyzna, który tak się jej spodobał, nie próbował nawet jej dotknąć, ani niczego od niej nie żądał. Nie chciał się z nią pieścić i sam położył się do łóżka. Nie mogąc opanować żalu, rozpłakała się. A już myślała, że znalazła tego, który pokaże jej, jak wygląda prawdziwa miłość! Widząc jej smutek, klown wziął ją w ramiona i zaczął szeptać do niej czule. Gładząc ją lekko po głowie, a chwilę później… zasnął.

Rano po przebudzeniu okazało się, że nadal jest dziewicą. Niestety! Przecież mógł jej zrobić tę przysługę, tym bardziej że nie łatwo spotkać takiego, który potrafiłby w delikatny sposób zrobić z niej kobietę. Prawdziwą kobietę!

Klown odprowadził ją do stacji metra. Po drodze mijali stragan z butami. Kiki zauważyła na nim kalosze. Zatrzymała się i spojrzała na wywieszkę z ceną – dziesięć franków. Już widziała je na swych nędznych botkach i wyobrażała sobie, jak byłoby jej ciepło w nogi. Klown jednak szybko sprowadził ją na ziemię.

– Szybciej! Mam próbę za piętnaście minut!

Cóż było robić? Marzenie o kaloszach nie spełniło się. Tymczasem dostający się przez dziurawe podeszwy śnieg aż piekł ją w stopy. Miała wrażenie, że stąpa po ostrzu noża.

Smutny był to powrót. Nie miała śmiałości wracać do Ewy, bo nie chciała być już dłużej na jej garnuszku.

*
Teraz przed sklepem z chińszczyzną mężczyzna o głowie przypominającej gargulec zaprasza ją do swojej pracowni. Pracownia? Od czasu, kiedy pozowała rzeźbiarzowi w krawacie lavallière, słowo to działa na nią jak zaklęcie. Pracownia, czyli miejsce, gdzie żyją artyści. Kiki przyjmuje zaproszenie nieznajomego, ale czuje się jak myszka uwięziona w pułapce.

Musi przecież w końcu przez to przejść, nawet jeśli cała drży ze strachu. W swojej pracowni Mistrz Gargulec, jak nazywa go w myślach, rozpala ogień, pochylając się na taborecie, i wkłada do pieca kawałki drewna dziwnie przypominające fragmenty mebli. Po chwili każe jej się rozebrać. Dla niego to coś zupełnie naturalnego – jest przecież malarzem. Kiki rozumie, że tak trzeba, ale jego ton wydaje jej się zbyt ostry. Ze wstydem wyznaje mu, że nie ma na sobie bielizny. Wtedy on wyciąga skądś kawałek prześcieradła i ze dwa metry wstążki, która została w szufladzie komody jeszcze z czasów, kiedy był żonaty. Gdy wyszedł kupić coś do jedzenia, a miał na ten cel nie więcej niż dwa franki, Kiki wyczarowuje z podarowanych jej skarbów krótką koszulkę. Wygląda w niej jak pasterka. Po umyciu się wchodzi do wnęki, gdzie jest łóżko. Kładzie się na plecach i lekko rozwiązuje białą wstążkę,  odsłaniając zalotnie jedną pierś, po czym starannie układa włosy na poduszce. Chce wyglądać tak, jak wyobraża sobie pannę młodą. Boi się trochę, ale tym razem nie jest to nieprzyjemne uczucie. Drży lekko, ale nie ma wcale ochoty płakać. Podczas gdy jej pierwszy zalotnik dodawał jej otuchy swym wiekiem i łagodnym, miłym wyglądem, ten wydaje się raczej typem zdecydowanym na wszystko. W każdym razie jest już gotowa. Niech się dzieje, co chce. Nie jest wprawdzie w zbyt dobrym nastroju, ale ciekawość i pragnienie utraty dziewictwa biorą górę.

Kiedy pracowała w drukarni przy zszywaniu książek, przeczytała Kamasutrę, ale jak bardzo jej obecna sytuacja różni się od miłosnych uniesień w delikatnej, kwietnej scenerii hinduskich obrazków. Jej kochanek tak się spieszy, że nie zauważa nawet jej zalotnej aranżacji. Raz, dwa, trzy i po wszystkim! Mimo całej dobrej woli z jej strony, niczego nie osiągnął poza tym, że sprawił jej ból, próbując bezskutecznie pozbawić ją dziewictwa.

Nazajutrz jej niewinność jest nadal nienaruszona! W pracowni panuje niemiłosierny ziąb, a oni nie mają nic do jedzenia. Mimo to Kiki czuje się tak szczęśliwa, jakby nagle stała się bogata: wreszcie ma swojego mężczyznę, łóżko do spania i ogromną nadzieję, że wreszcie będzie mogła być prawdziwą kobietą.
 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj