Fragment książki "Brytyjski Rock w latach 1961–1979, przewodnik płytowy"

 
THE ARTWOODS
 
Zespół w naszym kraju będący niegdyś obiektem swoistego kultu, do czego z pewnością przyczyniła się trasa koncertowa po Polsce (kwiecień 1966) w trakcie której grupa zarejestrowała nawet trzy nagrania w studio Polskiego Radia. Brzmienie zespołu to przede wszystkim pełna wyobraźni, nieco jazzująca gra na organach Jona Lorda, naturalny wokal Arta Wooda (brata Rona), wzorowana trochę na grze Keitha Richardsa gitara Dereka Grifithsa oraz bardzo solidna, nieco swingująca sekcja rytmiczna (Malcolm Pool - bas i Keef Hartley - perkusja). W początkowym okresie działalności The Artwoods nagrali pięć singli dla Decca: przypominający nagrania The Animals Sweet Mary/If I Ever Get My Hands On You (październik 1964); bardzo przeciętny Oh My Love/Big City (luty 1965) - ze świetną, dość nietypową (zagraną na ľ) stroną B; chwytliwy, choć bez życia Goodbye Sisters/She Knows What To Do (sierpień 1965) - druga (o wiele lepsza) strona powstała na bazie Green Onions...; rytmiczny, utrzymany w żywym tempie I Take What I Want/I'm Loking For The Saxophonist Doubling French Horn Wearing Size 37 Boots (kwiecień 1966) - z wyśmienitą, rozimprowizowaną (jazz/blues), instrumentalną stroną B i wreszcie niemal rockowy I Feel Good/Molly Anderson's Cookery Book (sierpień 1966) - na odwrocie ponownie figurował rozbujany, nieco jazzujacy numer urozmaicony recytacją z... książki kucharskiej. Nie trudno się zorientować, że strony B tych płytek (oraz wielu innych z epoki) zawierały materiał o wiele ciekawszy niż ten umieszczony na teoretycznie ważniejszych stronach A. Grupie udało się też nagrać bardzo udaną, dziś niestety ultrarzadką EP-kę Jazz In Jeans (kwiecień 1966), zawierającą przeróbkę popularnego wówczas These Boots Are Made For Walkin; instrumentalną, nieco jazzującą (świetną!) wersję A Taste Of Honey; ponownie instrumentalny, pełen zmiennych klimatów Out Man Flint (Lord i Hartley w głównych rolach!) oraz skomponowany przez klawiszowca - Routine. Żadne z wymienionych wyżej nagrań nie znalazło się na dużej płycie grupy.

Wydany w listopadzie 1966 roku LP Art Gallery był dziełem bardzo udanym, chociaż po części nierównym. Podstawowym jego mankamentem był brak oryginalnych kompozycji - zespół zaprezentował dwanaście przeróbek mniej lub bardziej znanych standardów z rejonów bluesa, jazzu i soulu. Z drugiej strony, kiedy Artwoods łapali wiatr w żagle, to brzmieli wręcz powalająco - jak najlepsza rhythm'n'bluesowa formacja świata! Dowodem tego były m.in. ponad 5-minutowy, instrumentalny Walk On The Wild Side (kapitalna gra na Hammondach i jazzowe, pełne werwy przejścia); atmosferyczny, bardzo dojrzały (jak na 1966) Work Work Work; pełen udanych, niemal psychodelicznych wejść gitary, mocno rozbujany Keep Lookin'; czy wreszcie instrumentalny, oparty na współbrzmieniu gitary i organów, typowy dla grupy Be My Lady. Podobać mogły się też: otwierający całość Can You Hear Me; zagrany w szybkim tempie One More Heartache czy do złudzenia przypominający dokonania The Animals - skądinąd bardzo udany I Keep Forgettin'. Można śmiało powiedzieć, że styl formacji Burdona położył się cieniem na brzmieniu The Artwoods, aczkolwiek słychać było też echa dokonań Them (w ozdobionym przesterowaną partią gitary Things Get Beter) oraz w mniejszym stopniu The Rolling Stones. Czasem jednak muzyka grupy wydawała się, delikatnie rzecz biorąc - niemodna, czego najlepszym przykładem był utrzymany w formie walca, naprawdę kiepski If You Gotta Make A Fool Of Somebody, czy 'Animals dla ubogich' w bluesującym Stop And Think It Over. Niestety pod koniec 1966 roku tego typu materiał nie miał już prawa się sprzedać!

Brytyjski, monofoniczny LP z czerwoną nalepką jest bardzo poszukiwany przez kolekcjonerów winyli (i fanów Deep Purple) - niestety, płyta drożeje z roku na rok i teraz warta jest ponad 600 euro. Oczywiście używane egzemplarze kosztują ułamek tej ceny. O zgrozo, zawierająca tylko cztery nagrania EP warta jest mniej więcej tyle samo!

W końcu Decca straciła zainteresowanie grupą i jej następny (całkiem udany) singiel What Shall I Do/In The Deep End (kwiecień 1967) ukazał się już nakładem Parlophone. I znów psychodeliczna strona B była o niebo lepsza od sympatycznej, choć dość przeciętnej piosenki kreowanej na przebój. Kiedy i ta płytka przeszła bez echa zdesperowani muzycy za namową kolejnej już wytwórni przybrali gangsterski image, oraz nazwę St. Valentine's Day Massacre i już pod tym (raczej samobójczym) szyldem nagrali nieudany 7'' Brother Can You Spare A Dime?/Al's Party (Fontana, listopad 1967) - to był prawdziwy gwóźdź do trumny zespołu. Obie płytki są dziś warte małą fortunę - każda po 250 euro. Warto wiedzieć, że muzycy The Artwoods pojawili się (incognito) w roli muzyków sesyjnych na rhythm'n'bluesowej płycie The Fantastic Freddy Mack Show (Raynick Records, 1966) - rzeczony Mack posiadał ponoć tego samego menedżera co formacja Lorda. Wśród kolekcjonerów krąży również piracki longplay z zapisem klubowego koncertu z 1964 roku - źródłem był acetat wytłoczony w... 1 egzemplarzu! Duża forsa...

Po rozpadzie zespołu najlepiej poradził sobie Jon Lord, zakładając w 1968 roku Deep Purple. Keef Hartley występował potem w John Mayall's Bluesbreakers oraz założył własne formacje Keef Hartley Band i Dog Soldier. Gitarzysta Derek Griffiths grał potem m.in. w Satisfaction, The Alan Bown i Dog Soldier (obok Hartleya). O dziwo ewidentnie utalentowany Art Wood nie zrobił większej kariery; co prawda najpierw założył wraz z bratem efemeryczny Quiet Melon, ale zaraz potem wycofał się z muzycznej branży.

W 1970 roku Art Gallery został wznowiony (tym razem w mono i stereo) w zupełnie nowej okładce ze zdjęciem z parku. Dyskografie grupy uzupełniają dwie kompilacje: wydany przez Spark LP The Artwoods (1973) - zawierający kilka nagrań z albumu, parę singli oraz trzy kawałki z EP oraz podobnie skonstruowany 100 Oxford Street (Edsel, 1983). Natomiast kompaktowa (wydana niestety w stereo) wersja Art Gallery uzupełniona została o 14 nagrań dodatkowych - utwory z singli, oraz 'lordowską' EP Jazz In Jeans. Fani grupy muszą też mieć CD Singles A's & B's (Repertoire) - zawierający wszystkie nagrania singlowe, w tym cztery, które nie zmieściły się na poprzednim kompakcie (Oh My Love, Big City, I'm Looking For A Saxophonist... i Molly Anderson's Cookery Book).

 
BLACK SABBATH

Black Sabbath to najlepszy i najważniejszy heavyrockowy zespół jaki kiedykolwiek grał na tej planecie! O formacji Ozzy'ego Osbourne'a napisano już niemal wszystko, stąd też nie ma większego sensu opowiadać o początkach zespołu - że pochodził z Birmingham i najpierw nazywał się Earth; że pod koniec 1968 gitarzysta Tony Iommi przez krótki okres był członkiem Jethro Tull (wystąpił z zespołem w filmie The Rolling Stones' Rock & Roll Circus); że swoją nazwę muzycy wzięli od tytułu horroru z Borisem Karloffem (facet grał także Frankensteina) a basista Geezer Butler interesował się okultyzmem i stąd wziął się rozdmuchany przez media, satanistyczny wizerunek... Chciałbym skupić się wyłącznie na muzyce - a jest o czym pisać...

Brzmienie zespołu to przede wszystkim ostry jak brzytwa, choć lekko zachrypnięty (zwłaszcza na początku kariery) wokal Ozzy'ego; proste, chwytliwe, wręcz monstrualne, gitarowe riffy i efektowne (często nałożone na siebie) sola Iommiego; bardzo niespokojny, wszechobecny, właściwie pełniący rolę instrumentu solowego - bas i wreszcie potężne, soczyste a chwilami nieco jazzujące brzmienie perkusji Billa Warda. Pierwszym, płytowym dokonaniem zespołu był wydany nakładem Fontany singiel Evil Woman/Wicked World (styczeń 1970) - pierwszą stronę wypełniała chwytliwa, oparta na basowych pasażach i prostych, gitarowych riffach przeróbka nagrania amerykańskiej grupy Crow (oryginalnie na LP Crow Music z 1969); natomiast niepublikowana na brytyjskim albumie strona B to już był prawdziwy Sabbath - ciężki i bezlitosny - ozdobiony wręcz przerażającym wokalem. Okazało się jednak, że mało kto był przygotowany na te rewolucyjne brzmienia i płytka przepadła.


Dzisiaj siedmiocalówka Fontany jest chyba najrzadszą i zarazem najbardziej poszukiwaną pozycją w dyskografii grupy. Wówczas jednak zespół miał już w kieszeni kontrakt z nowopowstałą, progresywną wytwórnią Vertigo (m. in. obok Colosseum, Juicy Lucy, Roda Stewarta, Manfred Mann's Chapter Three) i to właśnie ona wydała nagrany w dwa dni kosztem 600 funtów - debiutancki LP Black Sabbath (piątek 13-ego, luty 1970). Ozdobiony niesamowitą, szalenie nastrojową okładką album był po prostu dziełem wzorcowym i na zawsze ustalił kanon ciężkiego (by nie powiedzieć metalowego) grania i do dziś nie powstało nic (może za wyjątkiem Deep Purple In Rock), co mogłoby tej pozycji zagrozić.

Płytę otwierały odgłosy burzy, miarowe uderzenia dzwonu i trzy następujące po sobie, potężne dźwięki gitary - to Black Sabbath; prawdopodobnie najlepszy, najbardziej poruszający (ozdobiony mrocznym, pełnym uczucia desperacji tekstem) utwór w historii grupy. W jego pierwszej części dominował nastrój oczekiwania i niepewności, doskonale wyrażony przez lekko zachrypnięty, autentycznie przerażony głos Ozzy'ego; riffującą jak piorun, rozwibrowaną gitarę Iommiego; warczący, plastyczny bas Butlera i bardzo swobodną, ale miarową grę na kotłach Warda; wreszcie nastąpiła kulminacja i dopiero wtedy akcja nabrała tempa... 6 minut 18 sekund muzycznego geniuszu! Drugim utworem był wyśmienity, lekko bluesujący i wzbogacony partią harmonijki Ozzy'ego - The Wizard - żywiołowy, punktujący kawałek, oparty oczywiście na krótkich, bezlitosnych riffach gitary i kapitalnej, pełnej inwencji grze Warda. Natomiast obdarzony wyrazistym rytmem (świetna stopa perkusji) Behind The Wall On Sleep posiadał jeden z najbardziej efektownych, instrumentalnych wstępów w historii rocka oraz piękne, rozbujane współbrzmienie basu i gitary. Pierwszą stronę płyty kończył (poprzedzony krótką impresją na basie) N.I.B. - kolejny, sztandarowy kawałek ozdobiony wyśmienitym, chwytliwym riffem i obłędną niemal demoniczną partią wokalu. Iommi może nie był najlepszym gitarzystą na świecie (poza tym brakowało mu dwóch koniuszków palców), ale te jego melodyjne, pewnie zagrane solówki były nie do pobicia.

Drugą część albumu zaczynał singlowy Evil Woman (nie mylić ze znanym, bluesowym standardem) - który na każdej innej płycie by rządził, a tutaj spełniał jedynie rolę wartościowego przerywnika. Za to solo gitary było wyśmienite! Sleeping Village zaczynał się od partii klasycznej gitary (wzbogaconej dźwiękami drumli) i przejmującej partii wokalu, po czym następowała erupcja wzorcowych, niemal miażdżących riffów, popartych spontaniczną, intensywną grą pary Butler-Ward. Całość kończyła 10-minutowa przeróbka wspaniałego Warning - bluesowego utworu pochodzącego z (wydanego w 1967) debiutanckiego singla formacji Aynsley Dunbar Retaliation. Zespół udowodnił przy okazji że nie obce mu były rozbudowane, soczyście brzmiące improwizacje spod znaku Cream. Jedynym, drobnym mankamentem tej kompozycji było przydługie solo (grającego bez podkładu) Iommiego... Kompaktową wersję albumu uzupełnia kapitalny, chwilami nieco jazzujący Wicked World, który zamiast Evil Woman pojawił się na amerykańskiej (wydanej dla odmiany w pojedynczej okładce) wersji longplaya firmy Warner Bros. Nie wyobrażam sobie, że można żyć bez tej płyty! Niedoceniona przez krytyków, uwielbiana przez publiczność dotarła do imponującej, 8 pozycji na listach.

W sierpniu 1970 trafił do sklepów bardzo popularny, klasyczny singiel Paranoid/The Wizard, natomiast już miesiąc później ukazał się doskonały LP Paranoid - uznawany powszechnie za najwybitniejsze dokonanie Sabs, chociaż moim zdaniem jest on jedynie albumem najpopularniejszym... Zespół na stałe wyeliminował ze swojej stylistyki elementy bluesa i jednocześnie obniżył brzmienie gitary i basu - przez co jego muzyka stała się jeszcze cięższa i bardziej metaliczna. Należy także wspomnieć, że tym razem w tekstach zabrakło odniesień do szatana; w zamian podjęto temat nuklearnej zagłady i narkotyków. Całość otwierał ozdobiony niesamowitym, ultraciężkim, gitarowym wstępem War Pigs. Ten 8-minutowy, antywojenny utwór zawierał sporo intensywnego zespołowego grania, oraz kilka typowych dla stylu grupy zmian tempa i rytmu (nie wspominając o wyciu syren alarmowych...) - nie ma się co dziwić, że należy on do sabbathowskiego kanonu. Jako drugi na płycie figurował niesamowicie chwytliwy (napisany ponoć w kilka minut), tytułowy Paranoid - zgrabny, motoryczny kawałek który dotarł do 4 miejsca brytyjskich list przebojów i nieoczekiwanie uczynił z zespołu gwiazdę. Potem był bardzo atmosferyczny, melancholijny Planet Caravan - oparty na przetworzonym, jakby dochodzącym z bardzo daleka wokalu, nieco jazzującej grze gitary i delikatnie muskanych instrumentach perkusyjnych. Piękny fragment, ukazujący zupełnie nowe oblicze grupy - potem takie niespodziewane wolty stały się niemal regułą. Następną, wręcz klasyczną pozycją był doskonały, niesamowicie nośny Iron Man - kolejny już utwór zbudowany na mocarnym riffie, miarowym, ciężkim, zmiennym rytmie i niepokojącym (zwłaszcza w robiącym duże wrażenie wstępie), niby-mechanicznym wokalu Ozzy'ego.

Drugą stronę longplaya rozpoczynał fantastyczny Electric Funeral - już sam tytuł wiele obiecywał... Był to ciężki, niemal hipnotyczny kawałek z niesamowitą, wyjącą gitarą i świetnym, żywiołowym przyspieszeniem. Następujący potem, blisko 8-minutowy Hand Of Doom to mój ulubiony fragment płyty. Był to niepokojący utwór, pełen gwałtownych, bardzo przekonujących i soczystych zmian tempa - na dodatek ozdobiony świetnym, poruszającym (wyśmienicie zinterpretowanym) tekstem. Następnie zespół zaprezentował smakowity Rat Salad, który po dość krótkiej, nerwowej, instrumentalnej wstawce przerodził się w perkusyjne solo. Takie to były czasy, że każdy perkusista musiał pokazać na co go stać. Płytę kończył wyśmienity, ciężki i niemal progresywny Fairies Wear Boots - żywiołowy, rozkołysany, pulsujący utwór nawiązujący brzmieniem do poprzedniego longplaya. Jeśli mam jakiekolwiek zastrzeżenia do Paranoid, to oprócz fatalnej okładki przychodzą mi na myśl jedynie kiepsko, bardzo nisko nastrojone bębny - chwilami Ward brzmiał jakby grał na kartonach po butach! Co się stało z tym szeleszczącym, soczystym brzmieniem perkusji z debiutu? Dobre bębny, czy nie - płyta dotarła na sam szczyt brytyjskich list!

W sierpniu 1971 w sklepach pojawił się chyba definitywny pod względem brzmienia LP Master Of Reality - prawdziwy majstersztyk ciężkiego grania, łączący w sobie najlepsze elementy poprzednich albumów. Płytę otwierał spreparowany w studio kaszel (zakrztuszonego dymem trawki) wokalisty, czyli Sweet Leaf - kolejny, super-ciężki kawałek, zbudowany na  zgrabnym riffie i ozdobiony czadowym, intensywnym rytmicznie, instrumentalnym przejściem. Jako drugi pojawił się ubóstwiany przeze mnie After Forever - niemal miażdżący słuchacza złowrogimi wejściami gitary i drażniący mile uszy niesamowitym, wręcz gumowym basem; na dodatek Ozzy wyrzucał z siebie tekst jak odhumanizowany prorok, zaś niezawodny Bill po prostu niemiłosiernie nabijał rytm. Potem nastąpiła chwila oddechu - całe 28 sekund niby-klasycyzującego Embryo i wreszcie nastąpił ekstatyczny riff do Children Of The Grave - kolejnej, klasycznej kompozycji obdarzonej mocnym, miarowym (choć nieco zakłóconym przez mniejsze, dodatkowe bębny) rytmem; świetnym, 'apokaliptycznym' przejściem oraz dramatyczną końcówką rodem z horroru.

Tyle pierwsza, bardzo krótka (tylko 16 minut) strona płyty... Drugą zaczynał wykonany na akustycznej gitarze, króciutki Orchid; po czym wchodził miażdżący, choć chwytliwy (jak większość utworów grupy) Lord Of This World - kolejny mocarz, oparty na współbrzmieniu dudniącego basu, ryczącej i grającej wyśmienite sola gitary oraz niesamowicie mocnej, ale rozbujanej gry perkusji. Ozzy ponownie sprawiał wrażenie, jakby nie do końca był człowiekiem...


Kolejnym, niespodziewanym (jak wcześniej Planet Caravan) utworem był przepiękny i atmosferyczny Solitude - niesamowicie melodyjna, niemal psychodeliczna ballada zaśpiewana uroczym, delikatnym głosem (Ozzy?!) na tle lekko kroczącego basu, wyszukanych, oszczędnych akordów gitary i snującej się w tle partii fletu. Ward tym razem dostał wolne... Całość kończył Into The Void - moim zdaniem chyba najwspanialszy utwór w historii zespołu - ozdobiony mnóstwem gitarowych riffów, kosmicznym wokalem i muskularnym brzmieniem sekcji rytmicznej. No i te nagłe przyspieszenia... Rewelacja! Niestety, późniejsze dokonania zespołu (wyprodukowane już bez Rodgera Baina), chociaż wspaniałe, to jednak nie osiągnęły magii i poziomu pierwszych trzech płyt. Pierwsze tłoczenie longplaya zawierało utrzymany w psychodelicznej konwencji (dziś bardzo rzadki) plakat ze zdjęciem zespołu. Album dotarł do 5 pozycji na listach.

We wrześniu 1972 ukazał się LP Black Sabbath Vol. 4 - powstały w okresie kiedy zespół był pogrążony w narkotykowym nałogu. Może trzeba było więcej słuchać Hand Of Doom... W każdym razie obok wyśmienitych (dominujących) fragmentów na płycie można było znaleźć dwa-trzy wypełniacze, ale po kolei... Całość w wielkim stylu zaczynał trwający 8 minut, bardzo intensywny Wheels Of Confusion - nieco bluesujący, świetnie zaśpiewany kawałek ozdobiony zapierającymi dech w piersiach zmianami tempa. Potem nastąpił przebojowy, chwytliwy Tomorrow Dream - fajny, dobrze się zapowiadający utwór, chociaż nie posiadający czaru Paranoid. Następnie pojawił się ponadczasowy, absolutnie czarujący Changes - melancholijna ballada powstała z połączenia partii melotronu, fortepianu oraz poruszającego wokalu Ozzy'ego. Po takiej uczcie trudno zrozumieć eksperymentalny (szczęśliwie trwający tylko 1:41) FX, polegający na stukaniu kostką w gitarową przystawkę... Stronę kończył rewelacyjny, rozbujany i oparty na wyjątkowo kapitalnym riffie Supernaut - klasyczny Sabbath u szczytu możliwości... Druga strona to równie doskonały, autobiograficzny Snowblind - klasyczny numer oparty na chwytliwej zagrywce gitary i bardzo przekonującej partii wokalu. Następną kompozycją była bardzo nisko nastrojona, choć utrzymana w żywym tempie Coruncopia - mocny, intrygujący fragment, który pod koniec dekady musiał zainspirować dziesiątki zespołów. Natomiast trzyminutowy, zagrany na dwie akustyczne gitary (z towarzyszeniem smyczków) Laguna Sunrise był jedynie sympatycznym wypełniaczem. Z kolei żywiołowy, pełen chwytliwych zagrywek St. Vitus Dance był jakby efektowną ramą w którą zespół włożył przeciętny i namalowany pośpiesznie obraz. Płytę kończył 6-minutowy, toczący się jak monstrualny walec drogowy Under The Sun - świetny, pełen dramaturgii utwór, pełen tak przeze mnie lubianych, gwałtownych przyspieszeń... Oryginalne wydanie albumu zawierało spiralny label Vertigo, oraz czterostronicową wkładkę, wklejoną wewnątrz rozkładanej koperty. Całość (Nr 8) promował singiel Tomorrow's Dream/Laguna Sunrise (wrzesień 1972) - niestety nie powtórzył sukcesu poprzedniej, siedmiocalowej płytki.

W październiku 1973 nakładem nowej wytwórni WWA (World Wide Artists) ukazał się singiel Sabbath Bloody Sabbath/Changes, który ponownie przeszedł bez echa. Natomiast powstający w bólach i wydany w listopadzie LP Sabbath Bloody Sabbath z miejsca został okrzyknięty rockowym majstersztykiem! Bardzo cenię ten album, chociaż w pewnym sensie otwierał on nowy, nieco mniej ekscytujący rozdział w twórczości grupy; zaś dawne, surowe, bardzo naturalne brzmienie zostało nieco wygładzone a nawet wzbogacone brzmieniem klawiszy. Wtedy także ostatecznie skrystalizował się łagodniejszy (bardziej nosowy) styl śpiewania Ozzy'ego - z upływem lat jeszcze bardziej pogłębiony. Album otwierał intensywny i chwytliwy Sabbath Bloody Sabbath - wyrafinowany kawałek ozdobiony świetnymi riffami gitary, maniakalnym wokalem i pełną furii końcówką. Potem pojawił się doskonały, oparty na chwytliwej, gitarowej zagrywce A National Acrobat - utwór pełen atrakcyjnych riffów i zmian rytmu, ozdobiony brawurowym zakończeniem. Jako trzeci zespół zaproponował relaksujący, kunsztowny Fluff - klasycyzujący utwór na dwie gitary klasyczne i fortepian. Była to niezbędna chwila oddechu przed zmasowanym atakiem kończącego pierwszą część płyty, utrzymanego w szybkim tempie Sabra Cadabra - obdarzonego chwytliwym riffem, na dodatek wzbogaconego urokliwymi wejściami syntezatorów (a pod koniec również pianina) Ricka Wakemana z Yes. Drugą część longplaya otwierał świetny, wielowątkowy i być może najlepszy na płycie Killing Yourself To Live - brzmiący jakby powstał w trakcie sesji do poprzedniego albumu, pełen morderczych riffów i efektownych (choć zdublowanych) solówek gitary Iommiego. Następnym fragmentem był oparty na brzmieniu syntezatorów (made by Ozzy), wzbogacony klasycyzującą, elegijną frazą Who Are You - rozczarowujący i z pewnością najsłabszy moment płyty! Nastrój zdecydowanie poprawiał dynamiczny, chwytliwy Looking For Today - ozdobiony folkującą, pełną oddechu wstawką i efektownym zakończeniem. Całość zamykał chwytliwy, bogato zaaranżowany (smyczki) Spiral Architect - pełen inwencji, ambitny utwór, bez wątpienia świetnie podsumowujący ten doskonały album - Nr 5 na listach. Pierwsze, brytyjskie tłoczenie posiadało insert z tekstami.

Na następny album fani czekali blisko dwa lata, gdyż zespół więcej czasu spędzał w sądzie (na procesie z byłym, znanym z okładki Paranoid, menadżerem) niż w studio, czy na scenie - ale było warto... Co prawda LP Sabotage (wrzesień 1975) może nie był dokonaniem tej miary co poprzednik, ale na tle ówczesnych propozycji innych, heavyrockowych herosów (m.in. Deep Purple, Grand Funk, Uriah Heep) był albumem niemalże klasycznym. Już pierwsze dźwięki rozpoczynającego całość Hole In The Sky oznajmiały, że grupa dalej grała konkretnego, soczystego heavy rocka opartego na wyrazistych, gitarowych riffach, zdecydowanym wokalu i na intensywnej grze sekcji rytmicznej. Drugi fragment - 50-sekundowy Don't Start (Too Late) był jedynie akustycznym prologiem przed wyśmienitym, masywnym Symptom Of The Universe - rozpędzonym, zagranym z pasją utworem, ozdobionym wręcz porażającym riffem i... pełnym wdzięku balladowym, wręcz folkowym zakończeniem. Pierwszą część kończył 10-minutowy, wielowątkowy, utrzymany w zmiennym nastroju Megalomania - dynamiczny fragment od strony muzycznej łączący estetykę Spiral Architect oraz Looking For Today. Rozpoczynający drugą stronę Thrill Of It All to udany, nieco bluesujący (choć zbyt przeładowany) kawałek, pełen gwałtownych zwrotów akcji i soczystych brzmień (m.in. sympatyczne tło syntezatorów). Natomiast nagrany z towarzyszeniem chóru, niepokojący Supertzar był dziełem cokolwiek kontrowersyjnym, aczkolwiek bardzo przydatnym - puszczany z taśmy przez wiele lat rozpoczynał każdy występ zespołu... Z kolei zupełnie inny charakter nosił rytmiczny, chwytliwy Am I Going Insane - szczera do bólu kompozycja Ozzy'ego, ozdobiona (w środku) intrygującą, instrumentalną frazą i odjechaną końcówką (śmiechy i wycia szaleńca). Płytę zamykał pełen inwencji, niemal klasyczny The Writ - 8-minutowy fragment pełen fantastycznych zmian tempa i niespodziewanych zagrywek. W połowie lat 70-tych nikt już tak nie grał! No, może tylko nieznani Truth And Janey ze Stanów... Na sam koniec płyty zespół umieścił wyciszoną, półminutową, bełkotliwą przyśpiewkę - nieobecną na niektórych wydaniach albumu. Płytę (Nr 7) promował singiel Am I Going Insane (Radio)/Hole In The Sky (luty 1976) i tym sposobem klasyczny okres w twórczości zespołu został zamknięty.

Jeszcze tylko w grudniu 1975 do sklepów trafił LP We Sold Our Souls For Rock'n'Roll (NEMS) (Nr 35) - nieźle dobrana, podwójna kompilacja zawierająca m.in. rzadki Wicked World. Pierwsze wydanie tego albumu (na wzór czwartej płyty) zawierało wklejoną do środka czterostronicową książeczkę. W październiku 1976 ukazał się wydany (ponownie) nakładem Vertigo LP Technical Ecstasy. I chociaż na tle innych, ówczesnych płyt nie wypadał źle, to w sumie był pozycją nieco rozczarowującą. Warto dodać, że w nagraniu longplaya (zaledwie pozycja 13) gościnnie wziął udział grający na klawiszach Gerald Woodruffe.


Całość rozpoczynał niespokojny, bardzo udany Back Street Kids - żywiołowy, motoryczny kawałek wzbogacony brzmieniem syntezatorów. Potem zespół zaproponował niezły, utrzymany w wolnym tempie, melodyjny You Won't Change Me - zdominowany przez tło klawiszy i pełne inwencji partie gitary. Jako trzeci na płycie pojawił się zaśpiewany przez Warda balladowy, by nie powiedzieć rzewny It's Alright - totalne nieporozumienie! Stronę kończył rytmiczny i żywiołowy Gypsy, chwilami nawiązujący do stylistyki... Queen. Drugą część zaczynał All Moving Parts (Stand Still) - solidny, nieco bluesujący numer, ozdobiony fajnymi zmianami rytmu - z pewnością jeden z jaśniejszych momentów płyty. Natomiast nie można było tego powiedzieć o Rock'n'Roll Doctor - sztampowym, nijakim fragmencie - do złudzenia przypominającym słabe nagrania grupy Kiss... Następnym utworem był poruszający She's Gone - piękna, melancholijna ballada zaaranżowana na smyczki, gitarę akustyczną i pełen smutku wokal. Płytę zaś kończył 7-minutowy Dirty Women - opatrzony świetnym, chwytliwym riffem zadziorny kawałek będący popisem Iommiego.

W 1977 trafiła do sklepów pojedyncza kompilacja zatytułowana Greatest Hits (NEMS). Pod koniec roku skonfliktowany z gitarzystą Ozzy odszedł z zespołu (zastąpił go Dave Walker z Savoy Brown), ale po dwóch miesiącach wrócił i w efekcie ukazał się kontrowersyjny LP Never Say Die (październik 1978). Płytę poprzedziły dwa single: Never Say Die/She's Gone (maj - Nr 21) i Hard Road/Symptom Of The Universe (wrzesień - Nr 33). Przez wielu fanów grupy album uchodzi niemal za katastrofę - być może z powodu licznych (zwłaszcza na drugiej stronie), niemal progresywnych aranżacji. Moim zdaniem zespół nagrał bardzo fajną, hardrockową płytę, tu i ówdzie urozmaiconą odmiennymi niż dotąd brzmieniami, ale z pewnością nie musiał się jej wstydzić! Bardziej przejmowałbym się beznadziejną okładką tak twórczej niegdyś firmy Hipgnosis... Dodam jeszcze, że gościnnie (i dyskretnie) na klawiszach zagrał Don Airey (obecnie w Deep Purple) i... wykonał kawał dobrej roboty.

Płytę rozpoczynał wręcz doskonały, zagrany z furią, chwytliwy Never Say Die - najlepszy utwór grupy od czasu Symptom Of The Universe! Następnie zespół zaproponował rozbudowany i zmienny rytmicznie Johnny Blade - naprawdę trudno się przy nim nudzić. Potem pojawił się blisko 7-minutowy Junior's Eyes - na początku refleksyjny, potem przechodzący w typowo sabbathowskie, pełne inwencji granie. Czwarty na płycie, rytmiczny Hard Road był nieco sztampowy, ale w sumie mógł się podobać. Drugą stronę albumu otwierał doskonały, wielowątkowy Shock Wave - oparty na fajnym riffie gitary, chwytliwym refrenie i częstych zmianach tempa i rytmu. Potem przyszedł czas na bardzo ambitną, bogato zaaranżowaną niby-balladę Air Dance - pełną nastrojowych wstawek, na dodatek ozdobioną intrygującą i niezwykłą końcówką w stylu Franka Zappy. Kolejnym, bogato zaaranżowanym utworem był zmienny, melodyjny Over To You - łączący estetykę hard rocka z niemal progresywnymi brzmieniami. Przyznam się, że po wysłuchaniu ostatnich trzech kawałków siedzę teraz z otwartymi ustami... Płytę kończył dość niezwykły, wzbogacony partią sekcji dętej, hipnotyczny Breakout oraz zaśpiewany przez Warda chaotyczny, połamany rytmicznie Swinging The Chain. Co prawda dwa ostatnie, połączone ze sobą fragmenty mogły nieco irytować, ale jako całość płyta świetnie się broni. Jak najbardziej zasłużenie album doszedł do niezłej, 12 pozycji list przebojów.

W połowie 1979 roku mający poważne problemy z alkoholem Osbourne na dobre odszedł z zespołu, zaś na jego miejsce przyszedł obdarzony świetnym głosem Amerylkanin - Ronnie James Dio (ex-Elf i Rainbow). Już w nowym składzie zespół nagrał fantastyczny, skrzący się od pomysłów LP Heaven And Hell (kwiecień 1980) - rockowy dynamit zawierający takie wspaniałości jak Neon Knights, Heaven And Hell, Die Young i Lonely Is The World. Z pewnością był to jeden z najlepszych, heavyrockowych albumów tamtego okresu (obok takich klasyków jak debiut Iron Maiden; Ace Of Spades - Motorhead; Back In Black - AC/DC; Wheels Of Steel - Saxon; British Steel - Judas Priest i Lightning To The Nations - Diamond Head - wszystkie z 1980). Niestety, po 1983 roku pozycja grupy uległa wyraźnej degradacji... Dyskografię Sabs uzupełnia m.in. podwójny CD Past Lives (Sanctuary, 2002) - na pierwszym dysku zawierający godzinny materiał nagrany w 1973 (wzięty z LP Live At Last), zaś na drugim sześć koncertowych utworów z Paryża z 1970 (m.in. Hand Of Doom, Behind The Wall Of Sleep, Fairies Wear Boots) i trzy, nagrane na żywo kawałki z 1975 roku (Hole In The Sky, Symptom Of The Universe, Megalomania). W latach 80-tych pod szyldem Black Sabbath ukazały się jeszcze następujące tytuły: wspomniany wcześniej, zarejestrowany jeszcze w 1973 Live At Last (NEMS, czerwiec 1980); Mob Rules (Vertigo, listopad 1981); podwójny, koncertowy Live Evil (Vertigo, styczeń 1983); powstały z udziałem Iana Gillana (ex-Deep Purple) Born Again (Vertigo, wrzesień 1983); Seventh Star (Vertigo, luty 1986); The Eternal Idol (Vertigo, listopad 1987) i Headless Cross (IRS, kwiecień 1989). W 1980 roku Ozzy rozpoczął pełną sukcesów karierę solową (m.in. świetny LP Blizzard Of Ozz z 1980). Na koniec chciałbym wspomnieć o czteropłytowym CD Under The Wheels Of Confusion (Castle,1996) - gustownie wydanym pudełku, będącym niezłym wprowadzeniem w twórczość tej genialnej formacji.
 
 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj