Recenzja książki: Marek Krajewski, „Mock. Ludzkie zoo”

Nieludzkie zoo
Wrocław pierwszych dekad XX w. jest w kolejnej części cyklu z Mockiem jeszcze mroczniejszy, bardziej odrażający i bezduszny. Po prostu nieludzki.
materiały prasowe

Eberhard Mock, wachmistrz policyjny i kultowy już bohater cyklu kryminałów Marka Krajewskiego, wpada na nowy trop. Maria, jego kochanka, upiera się, że słyszy duchy albo i samego Szatana: „cienkie dziecięce głosiki, płacz niemowląt”, charczenie i warczenie dzikich zwierząt. Okazuje, że kobieta niczego sobie nie roi, a dźwięki i tropy prowadzą do podziemi nieczynnego Dworca Górnośląskiego w Breslau, które stają się areną makabrycznych praktyk. W schronie wojskowym, bo taka była rola tego podziemia, dla rozrywki uwięziono ludzi i egzotyczne zwierzęta. „Żywe eksponaty” sprowadzono tu z Afryki i wystawiano na pokaz. Grozą wieje podwójnie – ludzkie zoo to wymysł zatrważający i na kartach powieści, i na kartach historii, bo Krajewski oparł się na faktach.

Marek Krajewski, Mock. Ludzkie zoo, Wydawnictwo Znak, Kraków 2017, s. 400

Książka do kupienia w sklepie internetowym Polityki.

Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów z POLITYKI oraz wydań specjalnych otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj