Fragment książki "Ojciec i ojciec"

 
Osiem

 
Cierpię na zespół Klinefeltera, zaburzenie dotyczące chromosomów płciowych.

— Normalnie mężczyźni posiadają jeden chromosom x i jeden y, natomiast kobiety mają dwa chromosomy x — wyjaśnia lekarz cierpliwie podczas mojej powtórnej wizyty w szpitalu. — Wszystkie komórki jajowe mają jeden chromosom x, a wszystkie komórki nasienne albo jeden chromosom x, albo jeden y. Gdy więc te dwie komórki się łączą, to od komórki nasienia i od losu zależy, czy powstanie xx, czy też xy: dziewczynka czy chłopiec.

Srebrnym piórem starannie rysuje na papierze pojedyncze komórki jajowe i nasienne, opatrując je odpowiednimi literami.

— Cóż się dzieje w wypadku zespołu Klinefeltera? W momencie formowania się komórek jajowych popełniony zostaje błąd. Jedna z komórek xx w jajniku zamiast podzielić się prawidłowo na dwie komórki jajowe z pojedynczym chromosomem x, dzieli się na jedną komórkę jajową z dwoma chromosomami xx oraz drugą, pozbawioną chromosomów. Jeśli następnie komórka z podwójnym x zostanie zapłodniona, powstanie albo dziewczynka z trzema chromosomami x, co na ogół nie ma żadnych następstw, albo chłopiec z zestawem chromosomów xxy. To właśnie nazywamy zespołem Klinefeltera.

Spogląda na mnie sponad rysunku. I chociaż to ten sam człowiek, który ponad tydzień temu przekazał mi złą wiadomość, czuję się tak, jakbym naprawdę widział go teraz po raz pierwszy. Jest to wyjątkowo niski mężczyzna o członkach dziecka i tułowiu starej kobiety, obdarzony jednak głową pełnego życia czterdziestolatka, którym według wszelkich oznak jest w istocie. Rumiane policzki, szarozielone oczy, które spoglądają spoza niewielkich okularów w złotej oprawce. Trudno go uznać za niesympatycznego, zachowuje jednak dystans. Co ja też bym uczynił, gdybym musiał wyjaśnić komuś zespół Klinefeltera.

— Często ta przypadłość prowadzi do wyraźnie widocznych zaburzeń — podejmuje swój wykład. — Niektórzy pacjenci mają wyjątkowo mały penis albo w okresie dojrzewania rośnie im biust. Zdarza się również, że tak jak u pana na zewnątrz nic nie widać. W takich wypadkach zaburzenie to ujawnia się dopiero podczas badania płodności — wówczas okazuje się, że sperma nie zawiera komórek nasiennych. Niestety, dotyczy to niemal wszystkich pacjentów z zespołem Klinefeltera.

POBIERANIE SPERMY — głosiły niebieskie litery na tablicy nad okienkiem rejestracji w klinice IVF, gdzie miałem się zgłosić na badanie. W malutkim biurze, które kryło się za tym okienkiem, nie było nikogo. Stałem więc tam, trzymając w ręku papierową torebkę, w której, bardzo dyskretnie, schowany był szklany słoiczek z moim nasieniem, wynikiem wywołanej przed chwilą ejakulacji. Korytarzem przeszła za mną młoda para. Przyglądałem się ślepej ścianie biura, na której wisiał kalendarz jakiejś firmy farmaceutycznej. Na jednym ze zdjęć trzej mężczyźni w białych fartuchach przyglądali się z zainteresowaniem probówce, którą jeden z nich unosił do światła. Kartki kalendarza nie zostały zerwane od trzech miesięcy. Może ktoś uznał tę fotografię za fascynującą. W rogu biura znajdowały się drzwi, przez które widać było wąski korytarz, kończący się kolejnym pomieszczeniem. Od czasu do czasu przechodzili przez nie ludzie w szpitalnych strojach. Na próżno usiłowałem zwrócić na siebie ich uwagę.

Może był tam jakiś dzwonek? Nie, nie było.

Czy powinienem kogoś zawołać? „Halo, mam coś dla państwa!”

Nagle zabrzmiał za mną ostry głos kobiecy:

— Proszę to po prostu tam postawić, na pewno to znajdą.

Obróciłem się, aby zobaczyć, kto się do mnie odezwał, ale ujrzałem jedynie okryte białym fartuchem plecy, które znikły za rogiem.

— Wspaniale, bardzo pani dziękuję — mruknąłem pod nosem. Zasuwane okienko w rejestracji było uchylone i rzeczywiście bez problemu udało mi się umieścić na ladzie swoją torebkę śniadaniową. Miało to jednak w sobie, by tak rzec, coś bluźnierczego: żeby tak beztrosko obchodzić się z moim nasieniem. Mam na myśli: spłukuję je wprawdzie bez problemu pod prysznicem, jeśli tak się złoży, lecz mimo to... jest to wówczas moja decyzja. Kiedy chcą je zagarnąć inni, oczekuję, że będą się z nim obchodzić z wielką troskliwością, jeśli nie atencją — w końcu to nasienie powołujące do życia istoty ludzkie (tak wówczas myślałem) i mimo całej wiedzy medycznej, wciąż jeszcze rzecz tajemnicza i cudowna, i tak dalej. Powinienem jednak zdawać sobie sprawę z tego, jak to jest naprawdę. W szpitalu nasienie traktuje się tak samo jak mocz bądź grzybicę stóp: coś, co trzeba zbadać w laboratorium, coś, co zostaje zredukowane do rzędu cyferek na formularzu, a następnie wyrzucone do kontenera ze śmieciami.

Umieściłem torebkę na ladzie i dokładnie w tej samej chwili ktoś wszedł do małego biura. Była to ta sama kobieta, od której wcześniej otrzymałem nalepkę ze swoim nazwiskiem, numerkiem i datą urodzenia.


Gdy uprzednio zameldowałem się u niej, powiedziała:

— Proszę pójść tym korytarzem i tam, chwileczkę, drugie, nie, trzecie drzwi na prawo, pokoik C. Dalej wszystko jest jasno oznakowane.

Pokoik C składał się z dwóch pomieszczeń. W jednym z nich znajdowała się muszla klozetowa i umywalka. W drugim stał mebel, który był czymś pośrednim między łóżkiem a stołem do badania — ze stalową ramą, obity czarnym skajem. Obok mieścił się stół z mnóstwem szklanych słoiczków. Koło nich leżały stosy torebek śniadaniowych i sterty białych kąpielowych rękawic. W nogach łóżka, na małym stoliku, znajdował się telewizor i odtwarzacz wideo.

A więc tutaj miało się to odbyć. Seks solo w świetle jarzeniówek i migoczącego ekranu telewizora.

Przeczytałem instrukcje na powleczonym folią afiszu, wiszącym na jednej z nienagannie białych ścian, i zastosowałem się do poleceń. Dobrze się wysiusiać. Porządnie się umyć letnią wodą, bez mydła. Następnie usiadłem na łóżku i włączyłem wideo. Bladożółty członek przesuwał się, wypełniając cały ekran, wzdłuż wygolonych warg sromowych. W tle rozbrzmiewały odgłosy podniecenia i typowy dla taśm porno muzak. Szybko ściszyłem dźwięk, przewinąłem taśmę nieco do tyłu, a następnie spory kawałek do przodu. Po scenie pieprzenia, w środku której wylądowałem (i przy której mój poprzednik zapewne osiągnął orgazm) nastąpiła scena rozgrywająca się na zewnątrz. Blady mężczyzna o wyglądzie typowym dla lat siedemdziesiątych (włosy zakrywające uszy oraz niewyraźny uśmiech) poprowadził równie bladą kobietę do przedniej części swojej łodzi mieszkalnej. W następnym momencie była już na kolanach, uprawiając z nim miłość francuską. W chwilę później oparła się na jaskrawozielonym krześle, a on wziął ją od tyłu. Przewinąłem znów dalej do przodu. Na łodzi pojawił się drugi mężczyzna, robiąc to, co zawsze robią mężczyźni w filmach porno. Teraz kamera zaczęła śledzić dziewczynę na rowerze. Jej blond kucyki powiewały na wietrze. Zatrzymała się przy jakimś gospodarstwie, nonszalancko cisnęła rower na ścianę obory i, proszę bardzo, już leżała w sianie z pożądliwym parobkiem, wciąż mając na nogach kalosze.

Znalezienie ujęcia, które z pewną dozą fantazji można by nazwać podniecającym, było wielką sztuką, w końcu jednak ustawiłem wideo nieruchomo na obrazie półnagiego biustu kobiecego, oświetlonego spoza kadru od tyłu. Musiałem przyznać przed sobą, że masturbowanie się w niemal publicznym pomieszczeniu ma w sobie coś podniecającego. Ponadto film porno wzbudzał śmiech, a humor jest idealnym partnerem pożądania. Stąd się bierze śmiertelna powaga pastorów Kościoła reformowanego. Wziąłem ze stołu słoiczek, stanąłem koło łóżka, jeszcze raz dobrze się przyjrzałem kobiecym piersiom na ekranie, zamknąłem oczy i zacząłem przywoływać myśli, które mogą doprowadzić człowieka do seksualnego szczytowania. (W przeciwieństwie do tego, o czym chcą nas przekonać książki zagorzałych feministek, takich jak Nancy Friday i Shere Hite, większość osób fantazjuje — jeśli w ogóle snują fantazje — nie na temat dzikich orgii, ognistych bernardynów bądź seksu SM, lecz po prostu wyobraża sobie swojego partnera lub partnerów z przeszłości. Nie jestem pod tym względem żadnym wyjątkiem.)


 
Pewnym problemem było jeszcze utrzymanie słoiczka we właściwym momencie na właściwym miejscu, udało mi się to jednak bez zaplamienia czegokolwiek. Przylepiając naklejkę, głośno się roześmiałem. Ten niecodzienny sposób wywołania wytrysku bardzo mnie rozbawił i tylko dlatego, że musiałem jeszcze przejść przez całą poczekalnię, gdzie dwaj samotni mężczyźni ostentacyjnie zagłębili się w jakieś czasopismo wzięte ze stolika, a porządna para, którą jednym rzutem oka oszacowałem jako decydujących-się późno-ze-względu-na karierę, studiowała zawiadomienia o urodzinach, wypełniające olbrzymią korkową tablicę — tylko dlatego więc, że musiałem jeszcze tamtędy przejść, nie zanuciłem żadnej piosenki ani nie zagwizdałem.

Oczekiwanie przy okienku z napisem POBIERANIE SPERMY szybko jednak zamieniło moją radość w nerwowe zażenowanie, z jakim wcześniej wchodziłem do kliniki. A teraz stałem znów oko w oko z kobietą, u której się zameldowałem, zadając sobie pytanie, ile minut minęło od tego czasu i czy nie byłem przypadkiem gotowy zbyt szybko, czy też może załatwiłem to w niepokojąco wolnym tempie, i roześmiałem się niezręcznie, mówiąc:

— Proszę.

A ona odpowiedziała:

— Dziękuję panu bardzo.

I na tym się zakończyło.

 
Doktor ma dla mnie jeszcze jedną informację, która ustawia zagadnienie w odpowiedniej perspektywie.

— Nie jest pan — mówi, znów wkładając pióro do górnej kieszeni białego fartucha — jedynym mężczyzną, który w wyniku zespołu Klinefeltera jest bezpłodny, a mimo to wychowuje dziecko. Z badań przeprowadzonych w Anglii wynika, że spośród dwunastu żonatych pacjentów, którzy wzięli w nich udział, trzej mieli dzieci... Jeden z nich nawet więcej niż jedno. Czy żony tych mężczyzn żyły jeszcze i mogły wyjaśnić, jak do tego doszło, tego oczywiście nie wiem.

Ostatnie słowa mruczy pod nosem, jakby nagle sobie uświadomił, że te faits divers w niewielkim stopniu pomogą mi się zmierzyć z nienormalną sytuacją, iż mój syn nie jest moim synem. I z faktem, że kobieta, która ma to na sumieniu, już nie żyje. (Sytuacja ta ma jeszcze jeden okrutny aspekt. Badanie płodności przeprowadzono, ponieważ po dwóch latach bezowocnych prób zajścia w ciążę Ellen była bliska rozpaczy — wprawdzie rozumiałem to, lecz nie byłem w stanie szczerze jej współczuć. Podczas przeprowadzonej w szpitalu rozmowy wstępnej zapytano nas o zaburzenia występujące w rodzinie.

— Dwaj wujowie i dziadek ze strony matki — wyjaśniła Ellen — zapadli na chorobę umysłową, a ich stan tak się pogorszył, że resztę życia spędzili zamknięci w szpitalu psychiatrycznym. Pamiętam jeszcze, jak jeden z tych wujów siedział w fotelu, śliniąc się jak bezradne dziecko i wciąż pytał: „Gdzie są miętówki? Kto widział moje miętówki? No, gdzie są moje miętówki?”

Wobec tego istnieje niewielkie ryzyko — odrzekł doktor — że jest pani dziedzicznie obciążona zaburzeniem, które może prowadzić do choroby psychicznej. Dla pewności przeprowadzimy więc badania chromosomowe.

Wynik badań uspokoił nas co do chorób psychicznych: gdybyśmy byli w stanie mieć dzieci, miałyby one równie małą lub równie wielką szansę zapadnięcia na chorobę umysłową jak każdy inny.)

— Los — rzucam w stronę zdjęcia dwojga uśmiechniętych nastolatków w śniegu alpejskim nad głową lekarza — jest bardziej okrutny niż obozowy kat.
— Przypisywanie losowi cech ludzkich nie ma sensu— zauważa doktor. — Los jest ślepy, podobnie jak wszystkie prawa natury.
— Na czym opiera pan to przekonanie?
— Hm, to wynika z mojego doświadczenia. Nigdy nie udało mi się stwierdzić, czy ktoś został dotknięty nieszczęściem bądź chorobą sprawiedliwie, czy nie. A panu się to udało?
— Przecież nie mówiłem o sprawiedliwości, lecz o okrucieństwie.
— To są dwie strony tego samego medalu. Okrucieństwo nie istnieje bez poczucia sprawiedliwości.
— Oczywiście, jednak ów dostrzeżony przez pana brak sprawiedliwości nie rzuca najmniejszego światła na naturę losu! Nie wyklucza to przecież, że los może być okrutny. Kto przygląda się jedynie czynom obozowego kata, nie jest w stanie na tej podstawie ustalić, czy znane mu jest pojęcie sprawiedliwości, a więc nie może również stwierdzić, czy jego postępowaniem kieruje okrucieństwo, czy bezdenna głupota.
— No tak — poddaje się doktor (na pewno czeka na niego kolejny pacjent) — oczywiście, każdy ma prawo myśleć co chce.

Ja jednak nie chcę, by mnie zbył czczą gadaniną. Nie teraz. Nie w tych okolicznościach.

— Nie każdy ma prawo myśleć co chce! — wykrzykuję. — Najpierw dowodzi pan, że nie powinienem przypisywać losowi cech ludzkich. Następnie udowadniam panu, że nie wie pan nic, ale to nic na temat natury losu, ludzkiego czy też nieludzkiego, okrutnego czy też głupiego: pan po prostu tego nie wie, a jednak chce mnie pan pokonać za pomocą swojej żałosnej gadki!

Podskoczyłem jak oparzony i stojąc, wykrzykuję mu w twarz jak ordynarna baba — co sprawia mi wielką radość.

— No cóż, nie miałem tego... — bąka.
— Właśnie o to chodzi! Nie to miał pan na myśli! A więc co pan chciał powiedzieć? Znam ludzi pana pokroju, dokładnie wiem, co pan ma na myśli. Codziennie muszę czytać opisy bezsensownych badań przeprowadzanych przez wszystkich tych pana kolegów naukowców, wszystkie te budzące podziw opowieści o calciumjonoforach i komórkach endothelialnych oraz wszelkich diabelskich sztuczkach. Technika samochodowa dla zaawansowanych, nic więcej się w tym nie kryje. Jak cząsteczka A oddziałuje na cząsteczkę B i jak to z kolei wpływa na przepuszczalność membranki X. Udało wam się odcyfrować w waszych mądrych głowach kilka spośród tych diabelnie skomplikowanych problemów — z których, nawiasem mówiąc, wynika mnóstwo nowych, jeszcze bardziej skomplikowanych — więc myślicie, z czystej euforii spowodowanej osiągnięciami, że potraficie wyjaśnić cały wszechświat. Nie ma Boga! Los jest ślepy! Wszystkim rządzi przypadek! Wszystko jest bezsensowne, nierozumne, nie do opanowania! Ale jak tylko ktoś zada sobie trud i zwróci się do was z prośbą o rzeczowe uargumentowanie tej waszej postawy, to was nie ma. Wtedy nagle każdy ma prawo myśleć inaczej. Boże, cóż za intelektualne tchórzostwo!


Zauważam nagle, że drżą mi nogi. Gabinet zaczyna tańczyć mi przed oczyma, doktor odpływa ze swoim krzesłem i wszystkim wokół siebie w kierunku okna, po czym płynie z powrotem do mnie.

— Cholera jasna — jęczę, opadając na krzesło. Kurczę się w sobie. Zakrywam oczy dłońmi. Czuję pod powiekami łzy, sól szczypie mnie w oczy, jednak nie chcę dać nikomu satysfakcji i z całej siły powstrzymuję się od płaczu.
— Cholera jasna — powtarzam i tak szybko, jak na to pozwalają moje osłabłe nogi, wybiegam z gabinetu.
— Panie Minderhout! — słyszę jeszcze głos zdumionej asystentki doktora. — Panie Minderhout!

Szpital sprzysięga się przeciwko mnie. Korytarze przechodzą w inne korytarze, nie doprowadzając mnie tam, dokąd chcę. Tablice wskazują mi zły kierunek. Windy wwożą mnie na niewłaściwe piętra. Obijam się o przejeżdżające łóżka. Wpadam na dziecko, które zaczyna głośno płakać. Jego matka obrzuca mnie wyzwiskami.

Dopadam do klatki schodowej, w której schody prowadzą tylko do góry. Biegnę po nich, skaczę po trzy stopnie. Wspinam się i wspinam, aż w końcu osiągam najwyższe piętro, tracąc przy tym zupełnie oddech. Znajduje się tam kolejny korytarz. Przy jego końcu wdziera się do środka dzienne światło. Kuśtykam w tę stronę. Obok stolika, na którym leżą czasopisma, stoi niewielka sofa. Opadam na nią bez sił. W skroniach czuję pulsowanie krwi. Plecy mam mokre od potu.


 

— Dobrze się pan czuje? — słyszę kobiecy głos.

Spoglądam w górę, wciąż zupełnie ubrany, i orientuję się, że leżę na łóżku szpitalnym przy oknie. Roztacza się z niego szeroki widok na park, łąki i autostradę. W dali widzę dwie wieże kościelne. Abcoude. Myślę o ojcu i nagle uświadamiam sobie, że na pewno nigdy mu nie powiem, co mi dolega. Znów miałbym poczucie niższej wartości, jak wówczas, gdy byłem jeszcze chłopcem i za każdym razem kurczyłem się w sobie, gdy mówił: „Czy nie nadszedł już czas, abyś zaczął biegać za dziewczynami, zamiast za ptakami?”

— Tak, tato.

W powietrzu, jak latawiec, zawisła pustułka.

— Dobrze panu zrobi filiżanka herbaty — słyszę głos kobiety.

Odwracam głowę w jej stronę. Na plakietce na piersi ma napisane YASMIN AL MUTAWA.

— Dziękuję, Yasmin — mówię, ale moje usta są tak suche, a głos tak słaby, że sam siebie nie słyszę.

 
Dziewięć

Wczoraj wieczorem poszedłem się napić z Deesem, po raz pierwszy w ciągu siedmiu miesięcy. Po drugiej szklaneczce whisky opowiedziałem mu, co się wydarzyło.

— O mój Boże — zareagował Dees. — Poproszę jeszcze dwie whisky. Podwójne.

Dees jest redaktorem naukowym. Pracujemy u tego samego wydawcy. Znam go już od trzynastu lat. Jest moim najlepszym przyjacielem. Znał jeszcze Monikę.

— O mój Boże, Armin, kto by to pomyślał o Monice?
— No właśnie.
— O Jezu! A ja zawsze uważałem, że Bo jest do ciebie podobny.

Siedzimy w milczeniu i popijamy podwójną whisky.

— Przychodzi ci cokolwiek do głowy? — pyta Dees. — Kto to mógł być?
— Nie. Ty? — Obydwaj wybuchamy śmiechem.
— Nie. Ktoś z biura podróży, w którym pracowała?
— To możliwe.
— Czy nie kręcił się wokół niej taki czy inny eks, z którym wciąż się widywała?
— Tak. Robbert.
— O Jezu, chłopie!
— No właśnie.
— Powiedziałeś o tym Bo?
— Nie. Tylko tyle, że nie mogę spłodzić więcej dzieci.
— Tak jest lepiej.
— Sam nie wiem.

Nad barem wisi telewizor. Na łóżku leży jakaś blondynka. Palą się świeczki. Podciągnęła prześcieradło nieco powyżej biustu.

— Idź już — mówi napis na ekranie.

Jakiś mężczyzna przeciąga dłonią po włosach. Zatrzymuje się przy drzwiach sypialni, robi krok w kierunku łóżka, następnie zmienia zamiar, odwraca się i wychodzi. Kobieta zaczyna płakać. Na zbliżeniu widać, jak rozmazuje się jej mascara.

— Pamiętasz, jak wybraliśmy się we czwórkę na plażę? — pyta Dees. — Kiedy Bo był jeszcze niemowlęciem?

Potakuję.

— Siedział w takim nosidełku na twoich plecach. Nawijałeś wciąż do niego, tak jakby miał piętnaście lat, a nie osiem miesięcy. Podnosiłeś muszelki lub kawałki wyrzuconego na piach drewna i pokazywałeś mu je. Stałem z Moniką, przyglądając się, jak zmierzasz w stronę linii wody. Bez przerwy mówiąc i pokazując. Nie zdawałeś sobie sprawy z tego, że Bo już od dawna śpi.

Dees pociąga łyk whisky, spogląda w górę na ekran telewizyjny, potem w dół na swoją szklaneczkę. Sprawia wrażenie zmęczonego. Zawsze sprawia takie wrażenie. Od kiedy go znam, prowadzi życie zatwardziałego kawalera. Dużo pracy. Niezdrowe odżywianie. Dużo alkoholu. Mało snu. Mężczyźni stanu wolnego są bardziej godni zaufania jako przyjaciele niż obarczeni żoną. Sam jestem tego najlepszym przykładem: od kiedy związałem się z Ellen, widuję Deesa o wiele rzadziej niż dawniej. Narzekanie na coś jest jednak w równym stopniu niepodobne do Deesa jak mieszczańskie życie.

Po chwili podejmuje swoją opowieść:

— Nagle spostrzegam, że Monika zaczyna płakać. Źle się czuję w obecności płaczących kobiet. Robię się wówczas piekielnie nerwowy. Monika chwyta mnie za rękę. Chcę ją objąć ramieniem, nie udaje mi się jednak. Ty biegasz po plaży z Bo na plecach i nie zdajesz sobie z niczego sprawy. A ja czekam, aż Monika się wypłacze. Puszcza w końcu moją rękę. Wyjmuje chusteczkę i wyciera twarz. Chciałem wówczas spytać, dlaczego płakała, nie potrafiłem jednak znaleźć odpowiednich słów. Płaczące kobiety, człowieku, to wciąż nie dla mnie.

— No tak — mówię.

Zamawiamy kolejne dwie whisky i dwa piwa.

— Od tego gadania człowiekowi chce się pić — mówi Dees.

„Mężczyźni! — powiedziałaby Monika. — Irytują mnie w najwyższym stopniu!”

 

Później tego wieczoru, gdy omówiliśmy już sprawę jakości trawy na amsterdamskim stadionie, gdy płacząca blondynka już dawno rzuciła się z dachu, ponieważ mężczyzna przy drzwiach znów ją opuścił, i gdy barman przerzucił się na niderlandzkojęzyczne przeboje, Dees mówi nagle:

— To wspaniały casus do dyskusji nature versus nurture.
— Co, trawa na Arenie czy samobójstwo tej kobiety?
— Nie, ta sytuacja z Bo.
— Ach, to.
— Tak. Chodzi mi o to, że Bo jest tak do ciebie podobny, chociaż nie posiada twoich genów.
— Aa. Masz rację. Nie spojrzałem jeszcze na to od tej strony.

Miałem zamiar przejrzeć dziś rano egzemplarze korektorskie artykułów, ale zamiast tego znów wyciągam pudło ze zdjęciami. Jest tam fotografia Moniki z Robbertem. Wykonano ją podczas imprezy w naszym mieszkaniu przy Ceintuurbaan. Razem podnoszą kieliszek. Robbert śmieje się szyderczo do kamery. Na twarzy Moniki widnieje jej typowy uśmiech: powściągliwy, z cyniczną nutką w kącikach ust. (Byli tacy, którzy nie cierpieli jej z powodu tego uśmiechu, nie wiedzieli jednak, ile cierpienia się za tym kryje.)

Czy to może być on, Robbert? Nie, wykluczone. Wykluczone? Przecież Bo w niczym go nie przypomina. No dobrze, może jedynie ma podobny kolor włosów. Gdzie Robbert się dzisiaj obraca? W jaki sposób może zarabiać nieudany student prawa? Biuro doradcze? Drobne spekulacje na giełdzie? Czy mieszka jeszcze w Amsterdamie? Nie spotkałem go od wielu lat. Sięgam po książkę telefoniczną. Haakman. Humadi. Huisman. Hueber.
 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj