Fragment książki "Ciało obce"

 
Pamiętam: mała imprezka w ciasnym pokoiku redakcji, premiera kolejnego numeru, wino Sofia w plastikowych kubkach - pamiętam Wacentego, jak cytuje żart Hemara o magiku, który zapowiada się słowami: "Proszę państwa, sztuka, którą teraz zobaczycie, jest w ogóle niemożliwa", a potem triumfalnie, wśród oklasków i wiwatów, wyciąga pierwszy egzemplarz z nowo otwartej paczki. Potem, trochę ociężały od wypitego wina, otworzyłem pismo w autobusie, jakoś tak akurat na artykule nowego współpracownika. Artykuł traktował o rozgrywaniu przez SB Soboru Watykańskiego, a zwłaszcza o wysiłkach uwieńczonych pewnym sukcesem, żeby skłócić katolickich intelektualistów z prymasem Wyszyńskim i konflikt ten odpowiednio upublicznić na Zachodzie. Sprawę uznano w kierownictwie politycznym za tak ważną, że nakazano nawet operacyjne wykorzystanie jednego z najcenniejszych tajnych współpracowników, jakiego miał IV departament w kręgach katolickich. Zachowała się notatka służbowa w tej sprawie, pisana przez oficera prowadzącego, który protestował przeciwko narażaniu na dekonspirację tak cennego źródła informacji o nastrojach i opiniach penetrowanego środowiska, ale kierownictwo protest odrzuciło. O tym, iż wspomniany agent był dla SB nadzwyczaj cenny, zwłaszcza że oprócz bieżących raportów przygotowywał dla niej większe ekspertyzy i analizy, świadczy poddanie jego danych osobowych procedurze szczególnego utajnienia. Autor artykułu przyznawał uczciwie, że nie miał czasu ani możliwości prawnych, żeby zajrzeć do stosownych teczek, nie może więc stawiać żadnych hipotez co do tożsamości konfidenta. Posługiwał się tylko jego pseudonimem: TW "Guzman".

W zasadzie to wszystko, czego można się było o TW "Guzman" dowiedzieć z tego artykułu. Reszta zapewne leży w archiwach Instytutu Pamięci Narodowej i gdybym o to poprosił, po roku czy dwóch mógłbym zajrzeć we wszystkie dotyczące go dokumenty. Ale jakoś nigdy nie miałem czasu, żeby się tam pofatygować. Ani odwagi.

Ani, prawdę mówiąc, potrzeby. Parę miesięcy potem, na kolejnej redakcyjnej imprezie, zagadnąłem tego człowieka, że bardzo mi się podobał jego artykuł i jakie są szansę, by kiedykolwiek sprawy doczekały się wyjaśnienia. Byłem chłodny i zdystansowany, ot, taka sobie ciekawość faceta z wydającej pismo spółki - skoro umiałem wtedy zagrać obojętnego, to odgrywanie przed Magdą wciąż w niej zakochanego na zabój, tylko potwornie zapracowanego żabusia było łatwizną. Facet szybko się zapalił, tak, tu jest mnóstwo zagadek do rozwikłania, oni może nie mieli tak wielu agentów, ale bardzo dobrze zorientowanych. Skąd wie? No, można to wydedukować z wielu szczegółów. Na przykład... A, cholera, oszczędź sobie, chłopie, przykładów. Już samo to antyprymasowskie pismo na Sobór, którego zainicjowania nie wytykano potem ojcu tylko przez grzeczność, wystarczyło, żeby wyzbyć się wszelkich wątpliwości.

A zresztą, może faktycznie nie udawała. Co ja o niej wiedziałem? Nic, z zasady nic, o to chodziło, o nic się nie pytaliśmy, nawet jej nazwisko poznałem przypadkiem i to dopiero, kiedy już byliśmy daleko na etapie wiązania i knebla. Wyznała mi jako wielki sekret, że tak naprawdę pracuje w redakcji tego pornosa, w której znalazłem jej ogłoszenie, ale dała je tam, jakby przyszło z miasta, i podbierała odpowiedzi cichcem, żeby nikt się domyślił, że to ona. Też praca, swoją drogą - czytać codziennie listy od różnych dupków zwierzających się lasce z rozkładówki, jakby myśleli, że to naprawdę ta laska będzie im odpisywać, ty to jesteś najnormalniejszy facet pod słońcem, super jesteś, zaśmiała się kiedyś, żebyś wiedział, co te nasze zboczki wypisują - "nasze zboczki" mówiła zawsze takim pobłażliwym tonem, z jej punktu widzenia męski ród musiał się tak prezentować, aż dziw, że nie została lesbijką, chociaż chyba wspomniała kiedyś, że miała i takie przygody, ale żeby na stałe, to za bardzo lubiła dużego, twardego kutasa, coś o tym wiem - więc czytała te listy od zboczków, a potem na ich wzór układała historyjki zamieszczane przy zdjęciach.

- Bardzo prosta praca - powiedziała. - Piszę zawsze w pierwszej osobie, oczywiście niby jako facet, że pojawiła się piękna sąsiadka czy koleżanka z pracy, czy kto tam, i on nawet nie śmiał na nią podnieść oczu, aż ta nagle ryms przed nim na kolana i za kutasa. Nie masz pojęcia - śmiała się - z jakich zakompleksionych dupków my żyjemy, to jest marzenie ich wszystkich, żeby się trafiła kobieta, która wszystko za takiego zrobi, zgwałci go w ogóle i na koniec jeszcze pogłaszcze po główce jak mama.

Co ja o niej wiedziałem? Szczęka mi opadła, kiedy raz leżeliśmy przy włączonym dzienniku i nagle się okazało, że ona połowę tych rządzących komuchów zna osobiście, zaczęła mówić o nich po imieniu i opowiadać jakieś anegdoty z komitetu, o nic nie chciałem się dopytywać, ale wyszło tak, że pracowała w tym komitecie i że stamtąd właśnie wylądowała w pornosie - przyjechał tu na fali ustrojowych przemian jakiś Duńczyk szukać krajowego wspólnika, znalazł jej szefa, a ten potrzebował kogoś do pisania tych głupich polskich tekstów czy do czytania listów od zboczków, więc zabrał ją ze sobą. Jak się ostatecznie okazało, syn wielkiego sławnego opozycjonisty robił z zapałem minetę towarzyszce z wydziału kultury, szkoda, że nie mogę o tym pogadać z Wacentym, na pewno by się zadumał, jaka to znakomita metafora naszego dziejowego przełomu.

Nawet czasem mnie to dziwiło, że w gruncie rzeczy nie czuję żadnej ciekawości co do szczegółów. Jak go podeszli? Czym zastraszyli? Czy złamali raz, w dramatycznym spięciu, czy wciągali krok po kroku w bagno i dopiero w pewnej chwili się zorientował, że nie ma wyjścia? Jestem pewien, zupełnie bez żadnych konkretnych podstaw, że to drugie. Nigdy nie myślałem o takich szczegółach. Myślałem tylko o tych wszystkich latach, które przeżył w dwóch postaciach. O tym, że człowiek, który musi prowadzić dwa życia, traci siły i spala się dwa razy szybciej od tego, który ma tylko jedno.

Parę miesięcy później na podobnej, skromnej imprezce w pokoiku redakcji "Polska Młodych" pożegnała się ze swoim szefem działu handlowego, czy mówiąc ściślej, z jednoosobowym działem handlowym, który zresztą nie zajmował się żadnym handlem, tylko rozpaczliwym i przeważnie bezskutecznym poszukiwaniem sponsorów.

- Nie zrywamy kontaktów - obiecywałem. - Będę wam dalej pomagał, jak tylko będę mógł.

A doskonale wiedziałem, że w życiu nie ruszę więcej dla nich palcem, choćby nie wiem jak prosili. I nie ruszyłem. Kiedy potem już zupełnie się nie udawało uniknąć z którymś spotkania, tłumaczyłem, że nie będę się mieszać w te potępieńcze swary, jakie ze sobą prowadzą - bo po ostatecznym upadku pisma ekipa rozproszyła się pomiędzy skłócone partyjki prawicy.

- Wrócę do aktywnej działalności, kiedy się wreszcie zjednoczycie - mówiłem, wiedząc, że prędzej doczekam Sądu Ostatecznego. Tymczasem zająłem się jeszcze aktywniej swoją specjalnością, przesiadywałem wieczorami przy uczelnianych komputerach i wyjeżdżałem dla zarobku na konferencje i szkolenia z wykładami, jak usprawnić zarządzanie całym tym odziedziczonym po socjalizmie bajzlem. Wiedziałem oczywiście, że i tak nic z mojego gadania nie wyniknie, że tego baj-zlu nie zreformujesz, wszystko musi pobankrutować w pizdu, ale za opowiadanie głupot kasowałem wcale przyzwoicie z funduszy, które moi zleceniodawcy musieli wydawać hojnie, aby pokazać władzom Rzeczypospolitej, jak intensywnie się reformują, i dostać na to konto następne fundusze do wywalenia na idiotyzmy, jakimi się zajmowałem. Przy okazji pracy naukowej mogłem paść swoje seksualne fantazje na coraz to nowych odkrywanych obszarach sieci komputerowej, a przy okazji zarobkowych wyjazdów - trafiać tyle okazji do przygód, że nawet taka pobożna, zakompleksiona fujara jak ja musiała w końcu z którejś z nich skorzystać.

Wtedy, nie składając sobie wcale takich obietnic, nie miałem wobec partnerek tych przygód żadnych wyrzutów sumienia. Teraz mam. Ale wtedy miałem żonę i dziecko, moje przygodne doskonale wiedziały, że nie oferuję niczego więcej oprócz paru spazmów i skurczów, i uważały to za moją zaletę, a nie wadę. A po rozwodzie stałem się facetem rozwojowym. Kiedy jeździłem po Polsce z obrączką na palcu, leciały na mnie te szukające przygód. A na firmowych imprezach: specjalistki od sprzedaży czy marketingu, półka trzydzieści plus w body shopie, siłownia, sauna i dobra orientacja w karcie win, kariera otworem i kompletna pustka w łóżku. I beznadziejna, niezwalczona wiara, że wreszcie pojawi się ten właściwy, że może to ja...


  

Gdybym to w porę zrozumiał, nie korzystałbym z okazji, dałbym sobie szlaban na sypianie z samotnymi, ale tak byłem zajęty własnymi problemami, że zbyt późno to do mnie dotarło: nie jest ważne, co takiej kobiecie jak Ewa czy Kinga mówisz - że nie chcesz się wiązać, że nie jesteś zdolny do wierności, nie ma znaczenia, że ona ci nawet przytakuje, ależ oczywiście, jesteś po prostu dobry w łóżku i nic więcej, żadnych zobowiązań. Może ona sama sobie tego nie uświadamia, ale w duchu wierzy, że cię przy sobie zatrzyma, że jak będzie dobra, tolerancyjna, wyrozumiała i zawsze gotowa pocieszyć, to w końcu wrócisz. Gdybym tylko milcząco podtrzymał w Ewie taką wiarę, zniosłaby wszystko, cholera, może w sumie postawiłaby na swoim, nie musiałaby aż tak długo czekać, żebym doszedł do wieku, kiedy kobieta zaczyna być potrzebna, by pomogła wetknąć w zadek aplikator z maścią na stwardnienia czy tam żylaki odbytu, wtedy zaczyna się doceniać u partnerki opiekuńczość i poświęcenie.

Byłem bez reszty skupiony na tym, co czuję ja sam, zmagałem się ze sobą, nie miałem głowy do myślenia

O innych, ale czasem - jak kiedyś poranny strach - teraz nachodziła mnie myśl, że zachowuję się wrednie.

I tak się z tym teraz czuję: wrednie. A już najgorzej wobec Groszka. Bo na dokładkę do wszystkiego, co się między nami popieprzyło, zachowałem się wobec niej paskudnie już teraz, wczoraj, wybierając się w tę podróż. Po tygodniach uników zakończonych zupełnym zniknięciem na kilka miesięcy zadzwoniłem jak gdyby nigdy nic, wyznaczając miejsce i godzinę spotkania.

Przyszła. Nawet nie musiałem szafować przygotowanymi wcześniej zapewnieniami, że wszystko jej wyjaśnię, kiedy się spotkamy. Wczoraj to było, a szczerze mówiąc, pamiętam tę rozmowę słabiej niż którekolwiek z naszych starych spotkań. Miałem do zagrania rolę, miałem do wyrecytowania przygotowane z góry kwestie, odegrałem, wyrecytowałem, to znaczy zrobiło to moje ciało, jak dobrze zaprogramowany manekin, a ja patrzyłem na tę scenę już zupełnie obojętnie, schowany głęboko w środku samego siebie. Ale teraz już mnie to uczucie własnej obcości nie dziwi, przywykłem, że moje ciało i ja to nie do końca to samo. Więc patrzyłem, jak ten manekin ze mną w środku robi zakochane miny, przeprasza, chwyta ją czule za rękę i wyznaje, że bardzo przez ten cały czas tęskniłem, tylko po prostu nie mogłem jej narażać. Jak snuje opowieść o kłopotach, w które wpakował mnie audyt u Nowaczyka, historię jak z amerykańskiego filmu o złych facetach z układu, którzy najpierw chcieli mnie kupić, potem zastraszyć, ale teraz już jest OK, wiedza o wszystkim, co odkryłem, trafiła do kogo trzeba - trochę prawdy, trochę bajki i kilka rzeczywistych zdarzeń, które za jakiś czas będzie można sprawdzić, które uwiarygodnią całą resztę. Nie mogła nie uwierzyć, manekin gadał z takim przekonaniem, że sam omal nie uwierzyłem: jeszcze tylko jedna sprawa, drobna formalność właściwie, muszę pojechać na spotkanie z pewnym ważnym facetem, sama rozumiesz, że nie mogę nic powiedzieć, ale nic mi już nie grozi, to tylko taka wiesz, jakby wizja lokalna, już tylko gromadzenie dowodów do procesu, wiesz, właściwie powinienem wyczekać z naszym spotkaniem jeszcze ten dzień, dwa, ale nie mogłem już wytrzymać. Oczy jej lśniły, znowu patrzyła na mnie z uwielbieniem i wyglądała na bezbrzeżnie szczęśliwą. I będzie taka jeszcze przez parędziesiąt godzin. Potem zacznie wydzwaniać, coraz bardziej zaniepokojona, coraz bardziej przerażona... Dość! Znowu mam wyrzuty sumienia. Właśnie dlatego, że jest we mnie zakochana, jest mi w całej tej sprawie niezbędna i musi w nią wierzyć. Poza tym to musiała być ona, bo przypadkiem zna Maćka i w końcu, szukając mnie, zadzwoni do niego, jeśli sam wcześniej nie zajmie się sprawą. A w ogóle, ona też jest przecież nieźle porąbana. I nie jest wcale pierwszą ani jedyną kobietą, która źle wyszła na tym, że się we mnie zakochała.

Więc ten manekin odstawiał przed Groszkiem teatr, a ja przyglądałem się jej twarzy, oczom, piersiom i myślałem sobie smutno, do jakiego stopnia jestem porąbany. Groszek jest naprawdę bardzo ładna. Piękna dziewczyna, wspaniale zbudowana, zakochana, namiętna, no i jeszcze chętna do wszystkich perwersji, jakie mnie podniecały. Mało tam chętna - napalona. Ideał, o jakim próżno marzyłem przez całe życie. Danka to przy niej po prostu stare, brzydkie babsko. Ale do Danki stawał mi na sam dźwięk domofonu. Jeszcze gorzej, w jej komórce coś było pokręcone, że kiedy pisała "1", to u mnie wychodziło duże pisane "ł" jak funt szterling, i w którymś momencie złapałem się, że zaczyna mi twardnieć na sam widok tej litery. A z Groszkiem - kaplica. Myślę sobie, może trzeba było wczoraj, zamiast grzecznie odprowadzać ją po obiedzie pod dom, spróbować jeszcze ten jeden raz. Ostatni. Myślę sobie i od tego myślenia korzeń znowu miło pręży się w majtkach. Ale przecież gdyby to nie było samo myślenie, gdybym nie siedział teraz w pociągu, tylko rzeczywiście miał ją przy sobie, w łóżku, wiem doskonale, że znowu nie czułbym nic prócz niechęci i wstydu, zero podniecenia. Próbowałem dość, w końcu nawet nałykałem się przed spotkaniem jakichś kretyńskich kropli z sex shopu, ale i to skończyło się ledwie żałosnym wytryskiem na półmiękko, gdy tylko Groszek wzięła go do ust. A następnego dnia z Danką - najmniejszego kłopotu, oooch, ale ty mnie rżniesz, niegrzeczny chłopczyku, ale ci stoi, i tak dalej, i jeszcze riplej. I tylko to samo uczucie obcości, że ten niegrzeczny chłopczyk, który ją rżnie, to nie ja, ja tylko przyglądam się temu z ciekawością. W łóżku zresztą to się nawet przydawało, ten dystans, dłużej mi dzięki niemu stał.

Maciek... Skąd, cholera, Maciek, dlaczego akurat teraz wplotła mi się w to wszystko myśl o Maćku? Ja naprawdę nie mam żadnych pedalskich skłonności. Coś musiałem o nim wspominać przed chwilą, wcześniej, i stąd przyszedł mi na myśl. No tak, skoro myślałem o seksie, to odruchowo musiałem pomyśleć o śmierci, a Maćkowi przeznaczyłem w tym spektaklu ważną rolę do odegrania. Ze wszystkich dziennikarzy, jakich poznałem, a wokół Artura i Przema kręciło się ich mnóstwo, czy oni wokół nich, i stale dobijał ktoś nowy, z nich wszystkich Maciek budzi moją największą pewność, że nigdy nie pozwoli tej sprawie przycichnąć. Kupa ludzi poszła w nowych czasach do tego zawodu, bo to modne i w sumie nic nie trzeba umieć. A Maciek ma prawdziwe powołanie.

I swoją życiową misję: kapitalizm. Wierzy w ten kapitalizm, jak większość z nas od dawna już nie potrafi wierzyć w nic, wierzy w Hayeka, w Miltona Friedmana i Ayn Rand, w to, że wolny rynek może rozwiązać każdy problem. Że gdyby dokładnie skopiować zasady amerykańskie, to nie tylko zaczęlibyśmy się rozwijać gospodarczo, w co akurat sam łatwo wierzę, ale i ludzie zrobiliby się z czasem uczciwi, nawet politycy, i na dokładkę mądrzy. Tacy ludzie jak Nowaczyk, nawet tacy jak ci, co stuknęli pedała, nie budzą w Maćku strachu, tylko wściekłość. Jeszcze go widzę, jak na którejś z imprez się wścieka:

- Kurwa, wszyscy powtarzają te bzdury - bo od tego się zaczęło, że ktoś zacytował o Rockefellerze i tym pierwszym milionie, co to go trzeba ukraść - a nikt nie pamięta, że Rockefeller dziewięćdziesiąt pięć procent majątku rozdał na cele dobroczynne. Ani że to właśnie dzięki badaniom finansowanym przez Rockefellera odkryto penicylinę. To ilu milionom ludzi ten pierdolony chciwy kapitalista uratował życie? Wiecie, ile co roku w Ameryce prywatne osoby przeznaczają na cele dobroczynne? Dwa procent produktu krajowego brutto! Dwa procent od dziesięciu bilionów dolarów, umie to ktoś policzyć? A ile wyższych uczelni, laboratoriów i instytutów badawczych, i to tych najlepszych, jest w całości finansowanych z prywatnych donacji? - i tak dalej, mógł bez końca sypać przykładami, jak moralny i uczciwy jest ten jego wymarzony kapitalizm, cytować liczby, statystyki, w ustach każdego  normalnego człowieka brzmiałoby to jak referat, ale Maciek podawał wszystko z taką pasją, że towarzystwo nie miało mu za złe.


 

Dobrze się czułem wśród tych ludzi. Od kiedy zacząłem z nimi imprezować, bo nie od razu, w końcu dzieliło nas parę lat i status pana doktora od zarządzania - kiedy Artur pojawił się u mnie na uczelni z ofertą współpracy, dobrze czułem, jaki był stremowany, chociaż umiejętnie to ukrywał - no, więc odkąd z czasem zbliżyliśmy się jakoś, po raz pierwszy od ładnych paru lat miałem znowu swoje towarzystwo, w którym można wypić, pogadać, skrzyknąć się na piwo z byle okazji albo i bez. Właściwie dopiero wtedy uświadomiłem sobie, jak mi tego brakowało. Kontakty ze starymi kumplami wygasły albo ze względu na Magdę, albo dlatego, że chciałem być jak najdalej od polityki, na wyjazdach można coś wyhaczyć, ale nie pogadać, a tu jeszcze na dodatek znalazłem się wśród ludzi o pokolenie ode mnie młodszych i - nie od razu się w tym zorientowałem - uznających mnie za autorytet nie tylko w sprawach komunikacji wewnętrznej i zewnętrznej. Dzieliło mnie od większości z nich za wiele lat, żebym był ze wszystkimi na "ty", z drugiej strony ciągłe "panie doktorze" mogło doprowadzić do szału, aż Przemo palnął do mnie "panie hrabio", ja to kupiłem, no i tak zostało: Hrabia. Niby żart, ale podkreślający mój autorytet w towarzystwie.

Bardzo dobrze się czułem w roli autorytetu. W ogóle dobrze się wtedy czułem, chyba to były najlepsze chwile mojego życia. Nie ma nic przyjemniejszego niż jazda do piekła - kolejne amerykańskie powiedzonko Maćka - przynajmniej na początku. Bo wejście w ten krąg towarzyski zbiegło się mniej więcej w czasie z początkiem mojego drugiego, ukrywanego przed żoną życia, które po pierwszych histeriach napełniło mnie satysfakcją i poczuciem własnej wartości. Spotykałem się z kobietami, które podniecał dotyk moich dłoni i mój sterczący korzeń, kobietami, którym głos zaczynał drżeć, a oczy robiły się zamglone, kiedy zaczynałem je obnażać. Proste, fizjologiczne objawy podniecenia seksualnego - a jakaż porcja satysfakcji dla sfrustrowanego, ponad trzydziestoletniego prawiczka, który mimo małżeństwa i dziecka nie miał dotąd okazji zaznać tej najprostszej, męskiej radości, że potrafi swojej partnerce dogodzić. Może i jestem wyjątkowym dupkiem, ale co do samej zasady, nie myślę, żebym się czymkolwiek różnił od przeciętnego faceta. Seks i to wszystko, co się z tym wiąże, nie jest naszą domeną. Nie dajmy się zmylić, że to właśnie faceci krążą jak ćmy wokół pornografii, podgrzewają się ciągłym podziwianiem korygowanych komputerowo cycków na okładkach i rozkładówkach, że to oni codziennie ładują z internetu tony zdjęć, filmów i świntuszących tekstów. Seks nie jest dla mężczyzny. W porównaniu z kobiecym orgazmem nasza satysfakcja jest tylko ochłapem, który natura rzuca wyrobnikowi za wykonanie stosunkowo prostej i nie najważniejszej części wydanego przez nią zlecenia. I nawet ta skromna zapłata jest ściśle uzależniona od tego, czy zadowoliłeś swą partnerkę. Spuścić się facet może i w rękę, ale przyjemność zaczyna się dla niego dopiero wraz z pochwałami: "Ależ byłeś świetny, misiu, ależ z ciebie potwór nienasycony", i wszystkie te łóżkowe głupstwa. Naprawdę, zastanawiałem się nad tym kiedyś: modelki w pornosach wrzeszczą, jęczą i porykują, odstawiając umieranie z rozkoszy, prostytutki uczone są przez doświadczone koleżanki, żeby robić to samo, i nawet różni zboczeni gwałciciele, czytałem, siedząc w celach, wmawiają sobie, że ofierze na pewno się to bardzo podobało. Trzeba nas głaskać po główkach i zapewniać, że było cudownie, aż ziemia zadrżała, kobieta, która to wie, każdego chłopa zaprowadzi za fiuta, gdzie tylko jej przyjdzie ochota. Danka potrafiła odstawiać lepszy orgazm niż niejedna gwiazda porno. Ależ to na mnie działało - w głębi ducha domyślałem się przecież, że gra, a pękałem z samozadowolenia.
 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj