szukaj
Fragment książki "Córeńka"

 
Wpadła do nas dwanaście lat temu. Każdy mógł wtedy przyjść bez zapowiedzi i zostać na chwilę, na tydzień, na kilka lat. Redakcja potrzebowała ludzi otwartych, zdolnych i pracowitych. - Czajka jestem - powiedziała do mnie tym swoim cieniutkim pindziowatym głosem. - Matylda - podałam jej dłoń i zatrzymałam na chwilę w jej dłoni. Tak się poznałyśmy. Stała przede mną niewysoka kobieta, nie gruba, nie chuda, krótko ostrzyżona, ruda, śmiała, z różowymi policzkami dziecka, miłym uśmiechem, chyba naiwnym, i na pewno smutnym spojrzeniem. Ani ładna, ani brzydka - pomyślałam wtedy. W czarnej spódnicy za kolano i w czerwonym za dużym swetrze. Widziałyśmy się po raz pierwszy i to nie dłużej niż minutę, a miałam wrażenie, jakbyśmy się znały od lat. Przez chwilę żaliła się na brud w warszawskich tramwajach, na kamienicę, w której wynajmowała mieszkanie, na dozorczynię. Może powinnam poszukać innego domu, tak mnie zapytała wtedy, a ja nie bardzo rozumiałam, o co jej chodzi. Na pewno nie miała szminki na ustach, żadnego pudru, nic z tych rzeczy. Rozejrzała się po twarzach redaktorów i pokiwała głową, jakby właśnie się upewniała, że nie jest z tym najgorzej (ja uważałam inaczej: beznadzieja! te brody, te nieprane od tygodni swetry, pety w gębach). Żaden nawet oczu znad klawiatury komputera na nią nie podniósł, ale w Czajce nie wzbudziło to niepokoju: są zajęci, robią jutrzejszy numer gazety. Tak powinno być. Maksymalna koncentracja przynosi dobry efekt - mówiła mi o tamtej chwili jakiś czas potem.

Przyjrzała się każdemu uważnie. W oczach Czajki, wiele lat później zwrócił mi na to uwagę Sz. (nasz kolega, reporter), był nie tylko smutek. Jego zdaniem w ogóle smutku nie było. On tam widział nadzieję. Miała spojrzenie zdobywcy: przenikliwe, sprytne, czujne, pewne siebie, pazerne. Może i tak. Skończyła trzydzieści pięć lat, zaczynała nowe życie: nowe miasto, nowy dom, nowy samochód, nowa praca, nowe znajomości.

Właśnie przyleciała z Paryża, dokąd wyjechała w stanie wojennym. We Francji była kelnerką, operatorką w centrali telefonicznej, redaktorką emigracyjnego pisma. Była także mężatką, ale po jakimś czasie zrozumiała, że mąż przywieziony z Polski nie jest mężczyzną jej życia, i poprosiła go, by dał jej święty spokój. Tak przynajmniej mi opowiadała, kiedy po latach w jej mieszkaniu na Ursynowie upijałyśmy się côtes du rhône. Piłyśmy z rozpaczy, miałyśmy już po czterdzieści lat i wciąż żaden facet nie raczył podnieść głowy znad klawiatury, kiedy spacerowałyśmy między biurkami. Owszem, rozmawiali z nami, kiedy redagowali nasze reportaże. Ile wtedy mieli do powiedzenia! Ile krytycznych uwag (że nudne, nieciekawe, drewniane), ile pytań (na które ich zdaniem nasze teksty nie odpowiadały), ile sugestii (co warto by jeszcze sprawdzić w terenie, co dopisać), ile koniecznych skrótów (bo lałyśmy wodę albo watowałyśmy tekst), ile niezbędnych poprawek (bo oczywiście najlepiej znali język, choć to my skończyłyśmy filologię polską na najstarszym uniwersytecie w tym kraju), ile wyniosłości, pychy, samczej bufonady, miękkich chujów.

We Francji bywała także kochanką. Kochała się w Japończyku, Żydzie i Persie. Byli, mówiła mi, całkiem przystojni, starsi od niej i trochę dalecy, niedostępni. Ta niedostępność ją fascynowała. Oni przez jakiś czas uczucie odwzajemniali, przez jakiś czas jedli wspólnie kolacje, po których następowały śniadania. Cieszyli się jej białą skórą i tym, że w sypialni była zupełnie inna niż między ludźmi. Wśród ludzi mówiła dużo, miała własne zdanie, zwykle odmienne, walczyła o swoje racje. Tupała głośno nogami tym mocniej, im bardziej ktoś się z nią nie zgadzał. Kochana moja Czajka. Poczciwa, uczciwa, zasadnicza. Twarda, nawet ostra na pokaz, jakby darła się z wszystkich sił: twardego fiuta to mam ja, nie wy!

A sam na sam z facetem krucha, delikatna, cicha. W mężczyznach ceniła siłę, czyli inteligencję i mięśnie naraz. To rzadkie połączenie dawało Czajce radość. Nie trwała ona długo, bo dalecy niedostępni mężczyźni wcześniej czy później (w taki czy inny sposób) oczekiwali od Czajki ofiary: rezygnacji z wolności. O, nie! Swobody w decydowaniu o sobie Czajka nikomu nie zamierzała oddawać. Na tym punkcie była wyczulona: chcą ją sobie podporządkować, podstępni władcy, zamknąć w klatce na własność.

I wkrótce, chyba z każdym tak się w końcu działo, Czajka zaczynała swych mężczyzn atakować. Najpierw były to drobne zaczepki, niechcący, spory nieduże, sprzeczki (zwykle o jego śmierdzące skarpetki pod łóżkiem), potem kłótnie, zamierzone awantury, wreszcie obmyślane wielodniowe konflikty, wojny: z początku chodziło o skarpetki, później o zaplute lustro nad umywalką albo obsikaną podłogę dookoła kibla. Wtedy Czajka waliła już z najcięższych armat, w samo podbrzusze: czy w waszym kraju nie uczą was szczać prosto do klozetu?!

Czasem miałam wrażenie, że opowiada mi o tych facetach tak, jak wspomina się wakacje: były słoneczne i ciepłe, ale się skończyły. Przyszła zima. I myślałam wtedy, że może oni wcale nie zamierzali z Czajki czynić swojej własności. Lubili ją przecież dynamiczną, czynną, nowoczesną. Może chcieli od niej jedynie przywiązania, jakiejś stałości. Faceci też chyba czasem tego pragną, skądkolwiek pochodzą i jakkolwiek oddają mocz.
Chcieli od niej tego, co boli, kiedy się to traci. Co ty mówisz?! Co to ma za znaczenie, wkurzała się na mnie, gdy kilka lat później otwierałyśmy na Ursynowie drugą butelkę. Co ty mi tu pieprzysz? Facetów nie znasz? Japończyk, kutas, oświadczył w końcu, że ma jakąś gejszę, Żyd był zupełnie pokręcony (szczał do umywalki!), a Pers, ten był naprawdę seksowny, powiedział któregoś wieczoru, że nie rozumie wschodnioeuropejskiej kobiecej duszy. Literat od siedmiu boleści. I wyszedł.

Niedługo potem zauważyła go w parku: szedł pod rękę z niebrzydką kobietą, zapewne Iranką, rozmawiali o czymś, była w ciąży. Czajka mówiła, że Iranki w ciąży wyglądają przepięknie. Że cudnie na nich leżą jedwabne sukienki, że brzuchy im tak ładnie falują. Pieprzenie. Zazdrościła jej tego brzucha i tyle.

Siedzę teraz na krawędzi wulkanu Batur, gdzieś w samym środku wyspy, i próbuję to sobie wszystko przypomnieć, poukładać, pojąć, zrobić notatki. W reportażu - inaczej z tym jest na etapie zbierania informacji, inaczej w trakcie pisania - ekscytuje nas z Czajką to, że nigdy nie wiemy, dokąd nas doprowadzi. Reporter powinien się ciągle dziwić, nie wiedzieć, szukać odpowiedzi. Człowiek, który wszystko wie i wszystko rozumie, może będzie wielkim mędrcem, ale dobrym reporterem na pewno nie. Tylko że teraz nie piszę reportażu. Teraz chciałabym wszystko wiedzieć natychmiast albo przynajmniej zrozumieć. Poprosiłam o kawę, choć wiem, że będzie niedobra. Dziwię się temu już od kilku tygodni: na Bali, gdzie kawa rośnie, tubylcy parzą przezroczystą lurę o zapachu ściery. Podają ją dostojnie, z nieśmiałością, jakby nie chcieli przeszkadzać, zawsze w głębokich ukłonach. Co mam robić, kiedy bez kawy nie potrafię myśleć? Kłaniam się grzecznie i ja, z uśmiechem dolewam do ciemnej cieczy kilka kropel mleka, biorę pierwszy łyk, krzywię się i zakrywam twarz, by nie urazić kelnera. Ale wciąż, jak co dzień, zachwycam się tym, co widzę dookoła. Już dawno uwierzyłam zapewnieniom tutejszych przewodników, że nie ma piękniejszego miejsca na ziemi, choć ci szczupli chłopcy z seksownymi tyłkami pewnie nigdy w życiu stąd nie wyjechali i niczego więcej na świecie nie widzieli.

Przejechałam za tobą, Czajko, przez sześć krajów, zajęło mi to całe sześć miesięcy. Pytałam o ciebie nad Gangesem, Mekongiem i Kwai. Żadne miejsce widziane przed Bali tak mnie nie urzekło (zapachem, urodą, spokojem), więc rozumiem, że chciałaś zostać właśnie tutaj.
 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj