szukaj
Fragment książki „Nowe przygody Mikołajka”

 

Kiedy w domu wydało się, że wypadłem najgorzej na klasówce z matematyki, zrobiła się straszna afera! Jakby to była moja wina, że Kleofas jest chory i nie było go na klasówce! No bo co w końcu, kurczę blade, ktoś musi być najgorszy, kiedy go nie ma!

Tata bardzo krzyczał, mówił, że szykuję sobie piękną przyszłość, no! no!, i że warto było wypruwać z siebie żyły, żeby osiągnąć taki rezultat, ale że oczywiście, ja myślę tylko o zabawie, a nie o tym, że kiedyś go zabraknie i kto wtedy zapewni mi byt, że on w moim wieku był zawsze wzorowym uczniem, że jego tata był strasznie dumny z mojego taty i że zastanawia się, czy nie lepiej oddać mnie do terminu w pierwszym lepszym warsztacie, zamiast dalej posyłać do szkoły, a ja powiedziałem, że bardzo chętnie zostanę terminatorem. Wtedy tata zaczął wykrzykiwać mnóstwo niemiłych rzeczy, a mama powiedziała, że jest pewna, że postaram się uzyskać w szkole lepsze wyniki.

– Nie – powiedział tata. – To byłoby zbyt proste. Tak łatwo mu to nie przejdzie. Znajdę korepetytora, zapłacę, ile będzie trzeba, ale nie chcę, żeby mówiono, że mój syn jest kretynem. W czwartki, zamiast oglądać jakieś głupoty w kinie, będzie pobierał lekcje matematyki. Dobrze mu to zrobi.

No więc zacząłem płakać, krzyczeć i kopać, gdzie popadnie. Powiedziałem, że nikt mnie nie kocha, że wszystkich pozabijam, a potem sam się zabiję, i tata zapytał, czy chcę dostać klapsa. Wtedy się obraziłem, mama powiedziała, że przez każdy taki wieczór przybywa jej kilka lat, i siedliśmy do kolacji. Były frytki. Przepyszne.

Następnego dnia tata oznajmił mamie, że Barlier, kolega taty, który pracuje w tym samym biurze, polecił mu korepetytora, syna swojego kuzyna, który podobno jest świetny z matematyki.

– To student – powiedział tata – pierwszy raz będzie udzielał lekcji, ale tym lepiej, ma świeży umysł i nie popadł jeszcze w rutynę. Poza tym warunki są korzystne.

Próbowałem jeszcze trochę popłakać, ale tata spojrzał na mnie groźnie, a mama powiedziała, że jeśli powtórzymy scenę z wczorajszego wieczora, to ona wyprowadzi się z domu. Więc nic już nie mówiłem, ale dąsałem się aż do deseru (budyń!).

A potem, w czwartek po południu, ktoś zadzwonił do drzwi, mama poszła otworzyć i wpuściła pana w grubych okularach, który wyglądał jak Ananiasz, tylko trochę starszy.

– Nazywam się Cazales – powiedział pan. – Przychodzę w sprawie korepetycji.

– Doskonale – powiedziała mama. – Jestem mamą Mikołaja, a to jest Mikołaj, pański uczeń. Mikołaj! Chodź przywitać się z panem nauczycielem.

Z panem Cazalesem podaliśmy sobie rękę bez ściskania. Ręka pana Cazalesa była cała mokra. Trochę się bałem, ale mama kazała mi zaprowadzić pana Cazalesa do mojego pokoju, żeby mi udzielił lekcji. Weszliśmy do pokoju i usiedliśmy przy moim stole.

– Ych... – zaczął pan Cazales. – Co robicie w szkole?

– Bawimy się w Lancelota – odpowiedziałem.

– W Lancelota? – spytał pan Cazales.

– Tak, do zeszłego tygodnia graliśmy w dwa ognie – wyjaśniłem – ale Rosół, nasz opiekun, skonfiskował nam piłkę i do końca semestru nie wolno przynosić innej. A żeby się bawić w Lancelota, wystarczy, że jeden stanie na czworakach, o tak, i jest koniem, a drugi siada na nim i jest rycerzem. A potem rycerze walczą, waląc się po głowach. To Euzebiusz wymyślił tę zabawę, a Euzebiusz...

– Proszę usiąść z powrotem! – powiedział pan Cazales, który patrzył na mnie zza okularów okrągłymi oczyma.

Więc siadłem z powrotem, a pan Cazales powiedział, że nie pyta o to, co robimy na przerwie, ale o to, co robimy na matematyce. To mnie zbiło z tropu, nie myślałem, że tak od razu weźmiemy się do pracy.

– Robimy ułamki – powiedziałem.
– Dobrze – powiedział pan Cazales – proszę pokazać mi zeszyt.

Pokazałem mu i pan Cazales popatrzył na zeszyt. Potem popatrzył na mnie, zdjął okulary, przetarł szkła i znowu popatrzył na zeszyt.

– To co jest dużymi literami na czerwono, to są uwagi pani – wytłumaczyłem.

– Tak – powiedział pan Cazales. – No to zacznijmy. Co to jest ułamek?

Ponieważ nie odpowiadałem, pan Cazales powiedział:

– To jest liczba...

– To jest liczba – powtórzyłem.

– Wyrażająca jedną lub więcej...

– Wyrażająca jedną lub więcej – powtórzyłem.

– Części całości...

– Części całości – powtórzyłem.

– Podzielonej na co? – spytał mnie pan Cazales.

– Nie wiem – odpowiedziałem.

– Podzielonej na równe części!

– Podzielonej na równe części! – powtórzyłem.

Pan Cazales otarł sobie czoło.

– Wyjaśnijmy to – powiedział – na konkretnym przykładzie. Weźmy na przykład ciastko, albo jabłko... Albo nie. Masz tutaj zabawki?

Więc otworzyliśmy szafę, mnóstwo zabawek wypadło, pan Cazales wziął kulki, położył je na podłodze i usiedliśmy na dywanie. – Jest tutaj osiem kulek – powiedział pan Cazales. – Przyjmiemy, że te osiem kulek stanowi całość. Biorę trzy. Proszę wyrazić ułamkiem, jak mają się te kulki w stosunku do całości... Stanowią...

– Stanowią – powtórzyłem.

Pan Cazales zdjął okulary, przetarł je i zobaczyłem, że ręka mu trochę drży. Przypomniał mi Ananiasza, który też drży, kiedy zdejmuje okulary, żeby je przetrzeć, bo zawsze się boi, że mu przywalimy, zanim zdąży je z powrotem włożyć.

– Spróbujmy czego innego – powiedział pan Cazales. – Połączymy ze sobą szyny...

Więc połączyłem w koło dziesięć szyn i zapytałem, czy mogę postawić na nich lokomotywę i wagon towarowy, ostatni, który został po tym, jak Alcest wszedł na wagon pasażerski. Alcest to mój kolega, który jest bardzo ciężki.

– Proszę bardzo – powiedział pan Cazales. – Dobrze. Te dziesięć szyn stanowi dziesięć części tego koła. Gdybym teraz wziął jedną szynę...

– To pociąg by się wykoleił – powiedziałem.

– Nie mówię o pociągu! – krzyknął pan Cazales. – Nie jesteśmy tu, żeby bawić się pociągiem! Zaraz stąd zabiorę ten pociąg!

Pan Cazales miał taką groźną minę, że zacząłem płakać.

– Nie widzę nic złego w tym, że się razem bawicie, ale przynajmniej się nie kłóćcie!

Tak powiedział do nas tata. Wszedł do pokoju, a pan Cazales patrzył na niego okrągłymi oczami, trzymając w ręku lokomotywę i wagon towarowy.

– Ale ja... ale ja... – zaczął pan Cazales.

Myślałem, że też zaraz się rozpłacze, ale powiedział: „A zresztą, chrzanię to!”. Wstał z dywanu i sobie poszedł.

Pan Cazales więcej nie przyszedł. Tata pokłócił się z panem Barlier, a ja się poprawiłem: Kleofas wyzdrowiał i już nie jestem ostatni.
 

 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj