Fragment książki "Nie do poznania"

 
1

 
Pożar wybuchł o zmierzchu.

Wypełnił dom jak gorący, cuchnący oddech, jak żywa istota. Przesiąknął go jak ciecz, nie zatrzymując się, karmiąc się wszystkim, co spotkał na swojej drodze, obojętny i bezlitosny. Mknął jak widmo z pokoju do pokoju, pożerając zasłony, dywany, ręczniki, pościel i obrusy, ubrania, buty i koce w szafkach, usuwając wszystkie oznaki ludzkiej bytności. Zajmował kolejne pokoje jak wirus, który wymknął się spod kontroli i zaraża sąsiednie komórki, zakażając i wchłaniając ich życie. Pożerał drewno futryn, plenił się na ścianach, pożywiał się farbą i pokrywał bąblami sufit. Żarówki wyparowały z odgłosem odpalonej wiązanki petard. To nie był zwykły pożar.

Wyparowały też pomniejsze meble – krzesła, stoły, komody; ogień rozpuszczał wszystko. Dopadł i pożarł biurko, które kupiła na weekendowym pchlim targu i obdarła z paskudnej, zielonej farby, pociągając przezroczystym lakierem, który według producenta miał przetrwać trzydzieści lat.

Dłużej niż ona sama.

Dla Dorothy Enwright wyglądało to jak błysk flesza aparatu w ciemności. Zaczęło się na długo, zanim zajęły się jakiekolwiek ubrania czy pokoje. Zaczęło się jako dziwne warczenie głęboko wewnątrz ścian. W pierwszej chwili pomyślała, że to trzęsienie ziemi. Myśl tę przegnał szybki i zaskakująco zimny błysk po zewnętrznej stronie powiek. Dla niej zaczęło się to nie jako żar, ale jako przejmujący do szpiku kości mróz.

Spalił jej włosy, skórę jej twarzy – i poleciała w tył, z wypalonym gardłem, nie mogąc krzyczeć. Jej kości eksplodowały z trzaskiem, sucho i błyskawicznie jak wrzucone do ogniska sosnowe szpilki.

Sedesy i umywalki rozpuściły się i spłynęły strumieniem bulgoczącej porcelany jak lawa.

Dorothy Enwright była martwa po pierwszych dwudziestu sekundach pożaru. Ale zanim umarła, zwiedziła piekło, miejsce, w którym nie powinna się była znaleźć. Ta kobieta nie miała tam nic do roboty. Zwłaszcza, że straż pożarna jedenaście godzin wcześniej otrzymała pogróżkę, a człowiek, który odebrał ją osobiście, nic w tej sprawie nie zrobił.

Kiedy zwinięto już strażackie węże, nie zostało wiele rzeczy, które inspektor Seattle Marshal Five mógłby zebrać jako dowody. Nie zostało wiele szczątków prawdy. Prawda, jak dom Dorothy Enwright i sama Dorothy, poszła z dymem, zniszczona nie do poznania.

 
2

 
Telefon Boldtów zadzwonił o szóstej czterdzieści wieczorem, dziesiątego września, we wtorek. Elizabeth, która w marcu miała skończyć czterdzieści lat, podała mężowi słuchawkę i westchnęła głęboko, wyrażając swój niesmak spowodowany tym, jak jego praca w policji zakłóca ich domowy spokój.

– Słucham? – wychrypiał Boldt. Był ledwie żywy ze zmęczenia. Nie chciał, żeby Liz wpadła w zły humor.

Dopiero co położyli spać swoją najdroższą Sarę i wyciągnęli się na łóżku, żeby zrobić sobie piętnaście minut przerwy. Miles był zajęty zestawem klocków w kącie.

Pościel pachniała Liz i Boldt żałował, że telefon zadzwonił, bo nie znosił, kiedy się złościła. Miała wszelkie prawo być zła; od czterech lat narzekała, że telefon jest po jej stronie łóżka, a Boldt nigdy niczego w tej sprawie nie zrobił. Właściwie sam nie rozumiał, dlaczego tak było; Liz co chwila o tym wspominała, a wymiana kabelka od telefonu na dłuższy nie była największym wyzwaniem na świecie. Wyciągnął rękę, żeby przepraszająco pogłaskać ją po ramieniu, ale się opamiętał. Nie było sensu jeszcze pogarszać sprawy.

– Pożar – wyjaśnił, zakrywając słuchawkę dłonią. Pracował w wydziale zabójstw, więc to musiał być nie byle jaki pożar.

Znów westchnęła, co oznaczało, że nie interesował jej temat rozmowy, tylko czas jej trwania.

– Mów cicho – poradziła. Sara miała lekki sen, a jej łóżeczko stało niedaleko łóżka, pod ścianą sypialni, gdzie przedtem stała komoda Boldta.

Jak na sygnał dziecko zaczęło natychmiast płakać. Boldt pomyślał, że sprawił to głos Liz, a nie jego, ale nie miał zamiaru się o to kłócić.

Zapisał adres i odłożył słuchawkę.

Liz podeszła do łóżeczka, a Boldt znów zachwycił się jej ciałem. Była szczupła i w dobrej formie. Po drugim porodzie to spore osiągnięcie. Wyglądała o dziesięć lat młodziej niż inne matki w jej wieku. Kiedy przystawiła sobie dziecko do piersi, Boldt poczuł, że z miłosnej zazdrości ściska mu się gardło. W jego życiu zdarzały się nieprzewidziane chwile, które miały zostać w nim na zawsze, wypalone w jego świadomości jak fotografie, i to właśnie była jedna z nich.

Prawie zapomniał o telefonie.

Liz mówiła coś cicho do dziecka. Zerknęła na męża.

– Przepraszam, że tak na ciebie warknęłam – powiedziała.

– Przeniosę telefon – obiecał Boldt.

– Byłoby miło, gdyby udało ci się to zrobić jeszcze w tym dziesięcioleciu. – Uśmiechnęli się do siebie. Lou Boldt pomyślał, że ma szczęście, mogąc dzielić z nią życie, więc jej to powiedział, a ona się zarumieniła. Położyła się na łóżku z dzieckiem przy piersi. Miles budował właśnie drugi poziom swojego fortu z klocków. Może będzie architektem, pomyślał Boldt. Wszystko jedno kim, byle nie gliną.


 
* * * 

Lou Boldt wywąchał pożar, zanim jeszcze dojechał na miejsce. Jego duch, niczym wyprute wnętrzności, spowijał większość Wallingford, osiadając na Lake Union niczym rzadka, strzępiasta mgła. Nie cuchnął śmiercią, bardziej mokrym węglem drzewnym. Ale skoro Boldt, jako sierżant wydziału Przestępstw Przeciw Ludziom, został wezwany do pożaru, oznaczało to, że zginął tam człowiek, a inspektor Marshal Five uznał przyczynę wybuchu ognia za podejrzaną. Ktoś podpalił dom. Ktoś inny zginął.

Co roku w Seattle wybuchało dużo pożarów. Zabójstwa, jak na średnią krajową, nie zdarzały się często. Jedno z drugim rzadko szło w parze, a jeśli już tak było, to zawsze – zawsze, podkreślił w myślach Boldt – chodziło o jednego lub kilku strażaków. Pożar w Pang był ostatni i najgorszy: czterech strażaków zginęło w ogniu, zaprószonym przez podpalacza. Chociaż wydarzyło się to cztery lata temu, miasto wciąż o tym pamiętało. Boldt zajmował się też tamtą sprawą. Nie chciał brać następnej.

Kiedy dostał telefon, nie był na służbie. W myśl zasad śledztwo przypadało w udziale jakiemuś innemu detektywowi. Mimo to właśnie on, z lekką nadwagą, siwiejący na skroniach, trochę zaniepokojony, jechał służbowym, poobijanym chevy pod adres, który zapisał na kartce wyrwanej z podarowanego mu na gwiazdkę notesu. Czuł zew obowiązku. Jako „najbardziej doświadczony” policjant wydziału – co było po prostu uprzejmą formą stwierdzenia, że jest już trochę za stary do tej roboty – Boldt dostawał więcej trudnych spraw, niż mu się sprawiedliwie należało. W jego pracy sukces był karą samą w sobie.

Wiele razy przychodziło mu do głowy, że porucznik Phil Shoswitz przydzielał go do tych trudniejszych spraw po to, żeby przekonać go do wystąpienia o awans na porucznika. Ale Boldta niełatwo było ruszyć z jego miejsca. Wolał ludzi niż papierkową robotę.

 

Zgliszcza wzbudzały w nim strach, nawet z bezpiecznej odległości. Nie chodziło o błyskające koguty; do tych dawno się już przyzwyczaił. Nie chodziło o plątaninę węży ani mokry, lśniący asfalt, ani nieludzki wygląd obwieszonych sprzętem strażaków w hełmach i maskach. Przerażał go mokry, piżmowy zapach, smugi brudu, towarzyszące każdemu pożarowi, i własna, nadgorliwa wyobraźnia, zbyt łatwo podsuwająca mu obraz ciasnego, przyprawiającego o klaustrofobię pomieszczenia, całkowicie ogarniętego płomieniami, i jego samego, strażaka, stojącego na środku i mierzącego w ogień z węża: zapadającego się, płonącego sufitu, pękającej pod stopami podłogi, walących się ścian. Śmierć w ogniu musiała być najgorsza.

Obwieszony sprzętem szef batalionu Witt wyszedł Boldtowi na spotkanie, kiedy ten podszedł do jednego z wozów, którego załoga zajęta była zwijaniem sprzętu. Witt miał rumianą twarz i przekrwione oczy. Boldtowi zawsze kojarzył się z irlandzkim pijakiem, z rodzaju tych, jakich można spotkać w bostońskich pubach. Mocno uścisnęli sobie dłonie.

– Jest tu Marshal Five – poinformował Witt, wskazując to, co zostało z domu, czyli niewiele.

Wrześniowe powietrze było przyjemnie ciepłe, nawet bez żaru wciąż bijącego ze zgliszczy. Boldt miał na sobie wiatrówkę w kolorze khaki, bawełniany sweter i spodnie. Ręce wcisnął do kieszeni, ale nie dlatego, że było mu zimno. Cała jego sylwetka emanowała napięciem; na szyi wychodziły mu ścięgna, bo zaciskał zęby tak, że mięśnie jego szczęk stwardniały jak orzechy włoskie.

– Zgłosił to naszym podpalaczom – poinformował Witta. – Musiał coś wspomnieć o zwłokach, bo oni z kolei zadzwonili do mnie.

– Na razie nie znaleźliśmy zwłok – wyjaśnił Witt. – Ale sąsiad mówi, że widział ją na kilka minut przed błyskiem. Błyskiem, nie eksplozją – powtórzył, jakby sierżantowi miało to coś powiedzieć. Boldt poczuł się niewyraźnie. Musiał się sporo nauczyć, i to jak najszybciej.

– To wasza działka – powiedział szczerze. – Albo Marshal Five. Mnie interesują tylko zwłoki.

– O ile uda nam się ją znaleźć.

– A uda się? – Boldt musiał krzyczeć, żeby Witt usłyszał go przez ryk silników, szczekanie radia i pokrzykiwania strażaków. – Znaleźć ją? – dokończył.

– Biegły już tu jedzie – oparł niejasno Witt.

Doktor Ronald Dixon, jeden z najbliższych przyjaciół Boldta i równie wielki jak on miłośnik jazzu, był naczelnym biegłym lekarskim hrabstwa King. Boldt ucieszył się, słysząc, że będzie z nim współpracował.

– Co to znaczy? – spytał. – Są zwłoki czy ich nie ma?

– To był żar, sierżancie. To, co się tam zaczęło, i to, co się skończyło, to były dwie różne rzeczy, wie pan? Dwa różne stworzenia. – Witt też krzyczał. – Jeśli ona tam jest, niewiele z niej zostało. O to właśnie mi chodzi. Żar – powtórzył złowieszczo. – Jeszcze takiego nie widziałem. I nie chcę znów oglądać, wie pan? To był naprawdę widowiskowy pożar.

– Marshal Five go zgłosił? – spytał Boldt, chcąc się upewnić, że przyczynę pożaru uznano za podejrzaną. Witt zerknął na zgliszcza. Boldt miał wrażenie, że strażak coś przed nim ukrywa. Niepokoiło go to.

– Tak mi się wydaje – odparł Witt. – Inaczej co pan by tu robił? Mam rację? Niech pan posłucha, sierżancie – dodał – my tylko gasimy ogień. Resztą zajmuje się Marshal Five.

– Coś pana niepokoi? – spytał wprost Boldt.

– Zaczęło się od błysku, nie wybuchu, jeśli wierzyć świadkowi. Ogień był naprawdę gorący. Porównywalny tylko z Blackstock albo Pang. Staramy się reagować w ciągu czterech do sześciu minut. Tutaj byliśmy po sześciu, może po ośmiu. Nienajgorzej, ale mogło być lepiej. Ale nie było czego zbierać na długo, zanim przyjechaliśmy. Ostro się hajcowało, naprawdę ostro. Przez sam środek budynku; dziwna sprawa. Niech pan sprawdzi kontrolę ruchu powietrznego, sierżancie. Poważnie. Jak dla mnie to będzie dwieście, może trzysta metrów przez pierwsze trzydzieści sekund. Tak mniej więcej. Duża sprawa. Jak pan posiedzi w tym tyle, co ja, to będzie się pan bał takich rzeczy. Po prostu. Będzie się pan bał.

Odszedł, zostawiając Boldta z przesiąkającymi wodą butami i posmakiem węgla drzewnego w ustach.

To ten posmak potwierdził jego przypuszczenia. Posmak, który nie znika przez dwa-trzy dni – Boldt zrozumiał to, kiedy tylko poruszył językiem.

Najobrzydliwszy posmak, jaki można sobie wyobrazić.

Trup. Bez dwóch zdań.


 

3

 
– Wynocha. Idź na górę albo pooglądaj telewizję, nie wiem, zajmij się czymś.

Ben nigdy nie widział tej konkretnej dziewczyny, ale nie różniła się zbytnio od wszystkich pozostałych – może była kelnerką, a może zwykłą dziewczyną z baru: duże cycki, obcisłe dżinsy, jak zwykle.

Mężczyzna, który nazywał siebie ojcem Bena, ale nim nie był, podszedł bliżej.


– Słyszysz, co mówię, mały?


Zdecydowanie bar. Cuchnął papierosami i piwem. Mrugnął dwa razy szklistymi oczami, nie mogąc skupić wzroku. Pewnie też trawka, pomyślał Ben. Sporo tego palił. W weekendy zaczynał popalać przy pierwszej kawie, około południa.

Mężczyzna nazywał się Jack Santori, a Ben nosił to samo nazwisko, chociaż nie od urodzenia. Nienawidził go, chociaż „nienawidzić” było za słabym słowem.


– Kazałeś mi posprzątać w kuchni – zaprotestował Ben, przypominając Jackowi o poprzednim poleceniu. Był zdezorientowany i zły. I zmęczony. Żałował, że nie ma osiemnastu lat, zamiast dwunastu; żałował, że nie może po prostu wyjść i nigdy nie wrócić, tak samo, jak zrobiła jego matka. Tęsknił za nią.

– Uprałem pościel – powiedział, mając nadzieję, że trochę udobrucha tym Jacka. Miał uprać pościel przed zabraniem się za kuchnię, i tak właśnie zrobił, więc liczył, że może ten bydlak trochę mu odpuści.

– Na górę – rozkazał Jack, podchodząc niepewnie do lodówki i grzebiąc w niej w poszukiwaniu dwóch piw.

– Browarek? – zapytał dziewczynę. Kiedy kiwnęła głową, jej piersi się zakołysały. Rzuciła Benowi współczujące spojrzenie, ale nie mogła mu pomóc, bo była tu nowa. Nie znała Jacka. Gdyby wytrzymała dłużej niż jedną-dwie noce, to byłby rekord. Ben wiedział, co działo się w nocy na dole; Jack nie był dla nich miły. Tak samo, jak dla Bena. Jedyną dobrą rzeczą w tym, że tyle pił, był fakt, że zawsze potem spał do południa. Jedyną korzyścią z obecności dziewczyny było zaś to, że przy niej Jack prawdopodobnie nie uderzyłby Bena. Udawał, że są przyjaciółmi. Ten człowiek doprowadził kłamstwo do rangi sztuki.

Ożenił się z matką Bena, kiedy Ben miał pięć lat, a ona była bez pieniędzy. Zarabiała na życie strzyżeniem, ale została wyrzucona z pracy. Wyjaśniła to wszystko Benowi, przeprosiła go. „Jack to fajny gość, zaopiekuje się nami”. Okazało się, że nie miała racji co do jednego i drugiego, ale teraz jej nie było, więc jakie to miało znaczenie? Ben nie miał wyjścia, utknął tu na dobre.


– Na górę. Ale już! – krzyknął Jack. Słysząc jego ton, dziewczyna zesztywniała, wypychając piersi do przodu. Ben słyszał ten gniewny bełkot zbyt często, by się go bać, a poza tym wiedział, że Jack go przy niej nie uderzy. Nie pierwszej nocy.


Zakręcił wodę, wysuszył ręce i zerknął na dziewczynę. Miała źle zapiętą bluzkę, rozczochrane włosy i rozmazaną szminkę. Odrzuciło go to. Wiedział, co działo się w pokoju na dole. W końcu prał pościel. Co jakiś czas widywał rano którąś z dziewczyn nago – to była jedyna pozytywna rzecz całej sytuacji. Ale oznaczało to, że widywał też sińce, i aż za dobrze wiedział, skąd się brały. Jack lubił udawać twardziela. Nie wiedział, że Ben słyszał, jak czasami płacze, kiedy jest sam. Łkał wtedy jak dziecko. Gdyby Ben tak bardzo się go nie bał, może mógłby go nawet żałować.

Jack i jego barowa blondynka szaleli prawie przez całą noc; przez hałas Ben nie mógł zasnąć. Kiedy tylko zamykały mu się oczy, wezgłowie łóżka znów zaczynało uderzać o ścianę, jakby ktoś walił w bęben, dziewczyna zaczynała jęczeć, coraz szybciej i szybciej, aż w końcu wydawało się, że łóżko wybije w ścianie dziurę. Dziewczyna krzyknęła, jakby Jack ją zabijał, i Ben pomyślał, że może faktycznie ją zabił. Wydawał się do tego zdolny. Niewiele było rzeczy, o które Ben by go nie podejrzewał.

Kiedy ranek w końcu się zlitował i pozwolił słońcu wzejść, Ben się ubrał i uciekł, zanim znów zaczęły się kłopoty. W tym domu kłopoty oznaczały ból. Należało ich unikać za wszelką cenę.
 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj