szukaj
Fragment książki "Społeczeństwo w stanie oblężenia"

 
Zmierzch wojen terytorialnych zbiegł się w czasie z odejściem armii opartych na masowym poborze. Te dwa brzemienne w skutki zwroty były ściśle ze sobą powiązane w kontekście przejścia od stałego do płynnego okresu nowoczesności i rozbiórki panoptycznej formy dominacji oraz – śledząc dalej łańcuch przyczyn – pożegnania "epoki przestrzeni" i nastania "epoki prędkości", naznaczonej przez dewaluację przestrzeni i (by rozwinąć sugestię Paula Virilio) osiągnięcie granic wytyczonych przez prędkość światła przez telewizję i tele-akcje podejmowane w "przestrzeni prędkości”.

Armie z poboru zostały zastąpione przez zawodowe i wysoko wyspecjalizowane jednostki wojskowe, których główną funkcją (przynajmniej teoretycznie) jest niszczenie i wyłączanie z akcji podobnie ograniczonych przez przestrzeń celów – jednostek zawodowej armii wroga i nowych "ścięgien wojny" funkcjonujących w płynnym okresie nowoczesności, to znaczy wywiadowczych ośrodków gromadzenia i przetwarzania, stacji nadawczych oraz magazynów paliwa i broni. Odchudzone, zwinniejsze armie zaczęły szybciej się przemieszczać. Do akcji zaczęto je przygotowywać w rozproszeniu, w małych grupach bądź indywidualnie, co bardziej kojarzyło się z mrówkami niż dawnymi kolumnami marszowymi. Stosunek wyposażenia technicznego do ludzi, którzy nim operowali i musieli mu zapewnić obsługę radykalnie zmienia się na korzyść techniki, i coraz większej dawkę umiejętności deponowanych ongiś w pamięci żołnierzy i wypracowanych nawykach przekazuje się elektronicznym urządzeniom celowniczym, dotyczy to także w coraz większym stopniu podejmowania decyzji taktycznych i strategicznych. (Przypomina się dowcip na temat przyszłościowej zautomatyzowanej fabryki: zatrudnia tylko dwie żywe istoty, człowieka i psa. Człowieka po to, by karmił i głaskał psa, psa po to by pilnował człowieka, żeby nie dotykał żadnych urządzeń. Jak pokazuje przykład zawodowych armii, nie jest to chyba odległa przyszłość).

Nowy styl prowadzenia akcji wojskowej zakłada, iż jej celem jest wykluczenie, możliwe całkowite, frontalnego starcia z wrogiem. Taktyka "uderz i odskocz" ma między innymi skończyć ze zmorą sił inwazyjnych, jaką jest choćby groźba fraternizacji z miejscową ludnością i stopniowe osłabianie morale poborowych zdobywczej armii, która już w trakcie ataku wspierała się silnym nadzorem i stałą indoktrynacją ideologiczną oddziałów. Nowa taktyka uderzania i zabijania na odległość, wraz z przeniesieniem zadania wyboru celu na urządzenia (nieczułe i moralnie ślepe) objęła także bezprecedensową skalę technikę "adiaforyzacji" wojskowej akcji eliminując z działania na rozkaz oceny etyczne i moralne zahamowania.

Zadaniem żołnierza, podobnie jak każdego profesjonalisty, jest po prostu "wykonanie roboty". Cechy wykonania ocenia się, podobnie jak w innych zawodach, w kategoriach wolnych od moralnych naleciałości. Jedyne reguły etyczne, jakie dopuszcza się w ocenie profesjonalnego wykonania zadania, ściśle wynikają z logiki hierarchicznego dowodzenia i tego, że postawione zadanie należy wykonać jak najmniejszym kosztem i w sposób jak najbardziej zgodny z instrukcją dowódcy. Taktyka "uderz i odskocz" i elektroniczne zapośredniczenie między ludźmi-sprawcami a ludźmi-celami łącznie urzeczywistniały to, co dla biurokracji epoki Maxa Webera pozostawało jedynie uparcie i irytująco niedostępnym horyzontem wyznaczonym przez "idealny typ".

Zmierzch okupacji terytorialnej, redukcja masowych armii z poboru i pełna profesjonalizacja sił zbrojnych pozwoliła dostosować wojny do warunków płynnego modernizmu w ogóle, a w szczególności do sposobu funkcjonowania pasującego do "przestrzeni-prędkości". Wyprawa wojenna w epoce armii z poboru wymagała przedłużającego się okresu żmudnych przygotowań ideologicznych. Uczucia patriotyczne i poczucie zagrożenia należało stroić na wysoki ton, w którym instynkt przetrwania zostaje albo przytępiony albo osłabiony lub roztapia go sprawa zbiorowego ocalenia. Ci, którzy jako pierwsi zostaną wezwani pod broń, jako pierwsi też muszą być gotowi do oddania życia za swój kraj. Jak daleko odeszliśmy od takich surowych imponderabiliów, przekonaliśmy się ostatnio obserwując pośpiech, z jakim gotowość do oddania życia za sprawę została potępiona i zakwalifikowana jako przejaw fanatyzmu religijnego, kulturowego zacofania i barbarzyństwa – przez kraje, które przez wiele wieków cierpienie za sprawę przedstawiały jako dowód świętości i tytuł do błogosławieństwa, które jeszcze niecałe sto lat temu przyozdabiały swoje stolice mauzoleami wokół których zbierali się rokrocznie, żeby złożyć hołd bohaterom poległym po to, by naród mógł żyć, i przez cały czas wykorzystywały kult poległych żołnierzy do tworzenia i obrony swojej tożsamości zbiorowej.

Nastanie armii zawodowych odinstrumentalizowało patriotyczny zapał. Zbiorowe szaleństwo, już zbędne, jeśli chodzi o cele wojskowe, mogło się teraz bezpiecznie wylewać i rozładowywać podczas meczów piłki nożnej, konkursów piosenki Eurowizji i na olimpiadach; zostało bezzwłocznie (z zyskiem) zaprzężone na służbę przemysłu rozrywkowego. Cała reszta jest raz zarazem z zyskiem przetwarzana ("obracana") np. na poparcie dla tej czy innej rywalizującej drużyny politycznej, czasami ma (z mizernym efektem) wzmocnić żądanie promowania krajowych produktów bądź filmów – ale już rzadko, o ile w ogóle zachodzi taka konieczność, by po nie sięgnąć, ażeby urealnić wojenną wyprawę. To sprawia, że działania wojenne zaczynają się bardzo szybko, jeśli jest to konieczne, z dnia na dzień, gdy tylko najwyższe dowództwo sił zbrojnych uzna taką akcję za pożądaną i z widokami na pomyślne zakończenie. To jednak również sprawia, że wojny tym bardziej mogą się rozprzestrzeniać.


 

Wojna wietnamska była chyba ostatnią, w której brali udział amerykańscy poborowi. Wysyłanie na wojnę sił ekspedycyjnych złożonych wyłącznie z zawodowców nie pociąga za sobą politycznego ryzyka porównywalnego z tym, jakie podjęli Johnson czy Nixon i raczej nie wyzwoli takiej powszechnej niechęci, jaką wywołała przedłużająca się powietnamska trauma. Ponadto owa trauma była w znacznej mierze spowodowana militarną klęską, a nie nieczystością i amoralnością nalotów dywanowych na wioski i tym, że wieśniaków atakowano napalmem – a nowe inteligentne bomby i niewidzialne dla radaru bombowce, wraz z wyeliminowaniem samej walki, zagwarantowały, że wojna, choć czasem nieskuteczna, nie mogła zamienić się w porażkę. Dzisiaj prezydent Bush może obwieścić jednym tchem, że "kraj jest na wojnie" i że w kraju "wszystko po staremu".

Żołnierze w warunkach zawodowej służby zyskali status pracowników, ze wszystkimi związanymi z tym zabezpieczeniami dotyczącymi warunków pracy i uprawnień do rekompensaty na wypadek niespełnienia standardów przewidzianych w umowie. Dzięki wysokiemu poziomowi umiejętności i znajomości rzeczy, jakiej wymaga obsługa zaawansowanego technicznie sprzętu oraz wyczerpujących się sił umysłowych i emocjonalnych, wyzwolonych przez wchodzące w grę ryzyko, żołnierze należą do stosunkowo uprzywilejowanego sektora rynku pracy, oferującego ponadprzeciętne bezpieczeństwo pracy i satysfakcję. Ale może najbardziej frapującym zjawiskiem związanym z nową formą sztuki wojennej jest to, że podczas działań wojskowych to żołnierze zażywają największego bezpieczeństwa osobistego. Ryzyko, na jakie narażone jest ich ciało i życie zostało sprowadzone do minimum. "Na wojnie wygranej za pomocą naciśnięcia guzika odwaga się nie liczy" – zauważyli reporterzy "Observera" – bo, może dorzucę, nikt jej nie potrzebuje ani nie wymaga. Podczas kampanii afgańskiej siedmiu żołnierzy straciło życie, i tylko jeden w wyniku działań bojowych wroga: pozostali padli ofiarą "wypadków przy pracy", typowego ryzyka towarzyszącego najbardziej pokojowym zajęciom (wystarczy porównać z zabitymi sześcioma dziennikarzami, którzy w przeciwieństwie do żołnierzy musieli znaleźć się tam, gdzie trwały działania, a nie tam, skąd się nimi zdalnie kieruje).

Współcześnie wojskowi profesjonaliści to już nie dzielni zawadiaccy matadorzy, przypominają raczej opanowanych zawodowców, twardo stąpających po ziemi operatorów w supernowoczesnej ubojni. Na tego rodzaju wojnie liczą się jedynie, i oblicza się wyłącznie, straty wśród personelu wojskowego. I to o dobro żołnierzy chodzi, gdy mówi się, że "ratowanie istnień" jest główną troską dowódców i polityków. Pozostali to ofiary "uboczne". Madeleine Albright, ówczesna ambasador Stanów w ONZ, naciskana przez dziennikarza CBS w związku z pół milionem dzieci, które zmarły z powodu trwającej amerykańskiej blokady wojskowej Iraku, ponoć odparła, że "trudno było się na to zdecydować", ale "uważamy, że warto było zapłacić tę cenę". Który amerykański dygnitarz ośmieliłby się powiedzieć coś takiego, gdyby chodziło o pół miliona zabitych amerykańskich żołnierzy? Cywilne straty wojny liczy się niechętnie i najczęściej są one niepoliczalne: przecież ludzie zabici od bezpośredniego strzału, wymordowani za pomocą ciężkich bomb "daisy-cutter", czy w trakcie "nalotów dywanowych" to tylko niewielki ułamek ofiar. Zrujnowane miasta i starte z powierzchni ziemi wioski, panika, spalone zbiory i warsztaty i tysiące czy miliony ludzi z dnia na dzień zamienionych w bezdomnych uchodźców.

W militarnych kalkulacjach prezentowanych publicznie w strawnej formie przez specjalistów PR bądź rzeczników politycznych wszystko to stanowi może nieprzyjemny, ale tylko nieuchronny uboczny efekt działania wymierzonego przecież przeciwko "siłom wroga", a nie niewinnym cywilom. W czasach terytorialnych podbojów i armii z poboru, gdy żołnierzem wroga stawał się, potencjalnie bądź faktycznie "cały naród", całą ludność "wrogiego kraju" uznawano (z istotnych logicznych, jeśli nie moralnych powodów) za "upragniony cel". Gdy wojna stała się sprawą profesjonalistów, cele, tym razem już nie "uprawnione", zaczęto traktować jako szkody uboczne, trudne do uzasadnienia, a co dopiero do obronienia w akceptowalnych moralnie kategoriach.

Ogromna jest etyczna dewastacja spowodowana przez takie przekwalifikowanie, i nie sposób ją w pełni ogarnąć. "Uboczne straty" to mniej więcej coś takiego jak niewygodne uboczne efekty działania silnych leków: trudne do uniknięcia, ale konieczne do przełknięcia ze względu na terapię. "Uboczne ofiary" tracą życie, ponieważ wyrządzone im szkody liczą się o wiele mniej w ogólnym bilansie skutków. Są jednorazową, "wartą zapłacenia ceną", i to nie dlatego, że coś zrobili bądź mieli zrobić, lecz tylko dlatego, że przypadkiem napatoczy się bombowiec albo mieli nieszczęście żyć, robić zakupy, spacerować w pobliżu terenu zajmowanego przez zawodową armię. Gdyby udało się zabronić kamerom telewizyjnym wstępu na ten teren, "uboczne szkody" całkiem wyłączono by z kalkulacji (i wojskowych raportów).

Wyeksmitowanie wojny i "biznesu śmierci" w ogóle z centrum etycznej debaty, gdzie pozostawały przez większą część historii ludzkości, i jeszcze bardziej znamienne usunięcie działań przynoszących na wojnie mordercze efekty spod kontroli moralnych ograniczeń i etycznych przekonań sprawców, to chyba najbardziej brzemienne w skutki atrybuty nowej zawodowej armii. Przygotowują scenę pod nowe okropieństwa, zupełnie inne od tych, jakie rodzą się na pobojowiskach. Jak na razie nic nie zapowiada nowej Konwencji Genewskiej ograniczającej i racjonującej dewastacje człowieczeństwa, jakie zwiastują nowe okropności.
 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj