Fragment książki "Ptak z Uliety"

 
— Słuchaj, Fitz. Jestem w Londynie, przyjechałam na parę dni, i chcę, żebyś kogoś poznał. Kolekcjonera. Myślę, że zainteresuje cię to, co ma do powiedzenia. Co robisz jutro?

Rzuciłem spojrzenie w kierunku blatu, na którym spoczywały wciąż nie spreparowane doczesne szczątki puszczyka. Cóż, będą musiały poczekać w lodówce na lepsze czasy.

— Zdaje się, że nic specjalnego — zadecydowałem.
— To dobrze. Spotkajmy się o siódmej w barze „Mecklenburga”... No wiesz, w tym hotelu na Oxford Street, tuż obok domu towarowego Selfridges.

Cała Gabby! Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że nie co dzień wpadam na drinka do baru ekskluzywnego hotelu.

— Dobrze. A zatem do jutra...
— Cieszę się, że znów się zobaczymy. Jeśli ktokolwiek może pomóc, to właśnie ty. Powiedziałam Karlowi...
— Karlowi? — wpadłem jej w słowo.
— Karlowi Andersonowi.
— Ach tak, kolekcjonerowi. Czytałem o nim. Jakiego rodzaju pomocy potrzebuje?

Nie odpowiedziała od razu, nigdy nie lubiła rozmawiać przez telefon.

— Zaczekaj do jutra, Fitz, a się dowiesz. Na pewno będziesz zainteresowany. Chodzi o Czarodziejskiego Ptaka z Uliety.

Oczywiście miała rację.  B y ł e m  zainteresowany, i to z rozmaitych powodów. Pozostawiwszy puszczyka ciemnościom pracowni udałem się na piętro, do części mieszkalnej. Stanowił ją obszerny, lecz zaniedbany pokój rozjaśniony delikatnym światłem i pachnący wiekowymi papierzyskami. Łóżko jak zwykle było nie zasłane, a na biurku leżały notatki do książki, której tak naprawdę wcale nie miałem zamiaru napisać. Nic dziwnego, że przykrył je dawno kurz. Cała jedna ściana zabudowana była półkami, na których w równych szeregach stały książki, jednakże nie musiałem niczego sprawdzać. Bez tego wiedziałem, że Gabby ani trochę nie przesadza. Mimo nazwy ptak był jak najbardziej prawdziwy czy raczej powinienem powiedzieć: niegdyś był prawdziwy. Gdzieś nawet miałem szkic artykułu na jego temat, napisany w czasach, kiedy jeszcze zależało mi na sławie.

A teraz, tyle lat później, Gabriella potrzebuje mojej konsultacji. Ona i jej przyjaciel Karl Anderson. Widziałem ich razem na zdjęciu. Wspólny znajomy spotkał ich na jakimś sympozjum w Salzburgu trzy lata wcześniej i uwiecznił na celuloidzie. Gabby opierała się nieznacznie o jego ramię, jak zawsze ciemnowłosa, wiotka i emanująca spokojem. Jak zawsze uśmiechająca się tak, jakby czemuś lub komuś nie dowierzała.

Usiadłem na łóżku i zapatrzyłem się na stojącą w rogu skrzynię. Informacja, jakiej oboje szukali, prawdopodobnie znajdowała się właśnie tam. Prowadzone przez lata obserwacje i pośpiesznie czynione notatki, obecnie nie uporządkowane i wciąż czekające, by nadać im ostateczny kształt. O ptaku dodo, preriokurze dwuczubym, gołębiu wędrownym — utraconych i zapomnianych, podobnie jak moje studia nad nimi.

Porzuciłem jednak rozmyślania o niedoszłej karierze badacza, a moje myśli zajęła Gabby i mężczyzna, którego chciała mi przedstawić. Wiele o nim przez ostatnie lata czytałem, lecz to, czego się dowiedziałem, sprowadzało się do trzech głównych punktów: Karl Anderson wyrobił sobie nazwisko jako spec od znalezisk; na ogół znajdował to, czego szukał; i był tak bogaty, że nie angażował się w poszukiwania osobiście, jeśli stawka nie była naprawdę wysoka.

Niezbyt mi się jako człowiek podobał. Zerknąłem na zegarek i ucieszyłem się stwierdziwszy, że do zamknięcia pubów zostało jeszcze trochę czasu.

[…]


Kiedy dotarłem do hotelu, lało jak z cebra. Gdybym na Oxford Circus zaczekał na autobus, uniknąłbym przemoknięcia do suchej nitki, a tak zjawiłem się mokry i zziajany, ale przynajmniej na czas. Hotel okazał się paskudnym budynkiem; z zewnątrz bryła betonu, w środku zaś, ukryty za obrotowymi drzwiami, pseudoedwardiański sznyt mający sugerować historię sięgającą początków dwudziestego wieku. Przez chwilę stałem na środku holu pozwalając, by woda ściekała ze mnie wprost na dywan, szybko jednak poczułem się skrępowany i podążając za strzałkami skierowałem się do toalety, gdzie podsuszyłem włosy i jako tako je ułożyłem. Po tych zabiegach wyglądałem lepiej, niż kiedy przyszedłem, lecz wciąż pozostawał problem ubioru. Wśród kolegów naukowców miałem się za eleganta, tutaj wszakże prezentowałem się jak ktoś, kto w najlepszym razie wyniesie tylko łyżeczki.

Stałem przed lustrem próbując zebrać myśli. Nie wiedziałem, czego mam się spodziewać po spotkaniu z Andersonem. Ptak z Uliety stanowił zagadkę, jakby Natura chcąc spłatać ludziom psikusa celowo zrobiła magiczną sztuczkę: był ptak, nie ma ptaka. Tyle że zniknięcie było nieodwołalne i stworzenie już nigdy nie pojawi się ani na ziemi, ani w powietrzu. Widzom pozostało rozglądanie się za piórami, które także dawno zniknęły. I nawet Andersonowi nie uda się nic znaleźć, wzruszyłem ramionami do swego odbicia.

Kiedy wróciłem na górę i wszedłem do baru „Rosebery”, poprzez gęsty dym papierosowy wyczułem perfumy i skórę. Nie taką, z jakiej uszyto moją kurtkę i buty. Tutaj królowała skóra nowa i kosztowna, pachnąca miękko, o ile zapach może być miękki. Uderzył mnie kontrast woni tego wnętrza i zapachu deszczu, który mi towarzyszył. Poczułem się jakby nie na miejscu pośród schludnych i suchych gości.

Gabriellę zobaczyłem od razu. Siedziała w rogu, tuż nad nią wisiał ozdobny kinkiet wydobywający z półcienia jej twarz, a całości dopełniał otaczający ją dym z papierosa — scena jak filmu. Nic a nic się nie zmieniła. Nadal była szczupła, włosy miała ciemne jak dawniej i wciąż wydawała mi się perfekcyjna. Ubrana w małą czarną w stylu lat pięćdziesiątych pasowała do tego miejsca jak ulał. Zadziwiające, z jaką łatwością zadomowiła się w świecie Chanel; przyszło jej to bez trudu, jak wszystko. Obok niej w obłoku dymu majaczył wysoki blondyn, którego oceniłem na pięćdziesiąt parę lat. Typ nordycki, wyciosany jak z kamienia. Przystojny. Twarzą zwrócony był ku Gabby i mówił coś do niej, żywo gestykulując. Z wahaniem ruszyłem w ich stronę, po drodze mijając grupkę nieokrzesanych Amerykanów udających się na podbój Londynu i jego atrakcji kulturalnych.


 

Gabby zauważyła mnie pierwsza.

— Witaj, Fitz — przywitała mnie cichym głosem, gdy podszedłem do ich stolika, a ja nagle się na nią zezłościłem za to, że ani na jotę się nie zmieniła, i na siebie, że to zauważyłem. Jeszcze bardziej rozeźliło mnie, kiedy kątem oka zobaczyłem, jak przyodziane w nieskazitelny rękaw garnituru ramię wyciąga się w kierunku mojej prawicy. — Fitz, przedstawiam ci Karla Andersona — powiedziała, jakby konwenanse savoir-vivre’u mogły uczynić tę sytuację zręczniejszą.

Skinąłem mu głową, odwróciwszy się doń zaledwie na ułamek sekundy, i znów patrzyłem na Gabriellę. Była tak znajoma, że aż mnie ściskało w dołku.

— Może usiądziemy? — zaproponował Anderson jakby nigdy nic. — Pan Fitzgerald na pewno ma ochotę czegoś się napić.

Nie mylił się. Musiałem się napić.

Dosiadłem się więc do ich okrągłego stoliczka i włączyłem w rozmowę, która nagle stała się wyczuwalnie kurtuazyjna. Wszyscy starannie unikaliśmy niebezpiecznych tematów. Kelner przyniósł mi w tym czasie piwo i przyjął następne zamówienia. Byłem świadomy bliskości Gabby, tego, że gdybym tylko opuścił rękę pod blat stołu, mógłbym nakryć jej dłoń swoją. Drinki pojawiały się błyskawicznie i równie błyskawicznie znikały; Anderson dotrzymywał mi kroku i zamawiał kolejki dbając, by szklanki nie były ani przez chwilę puste. Obserwowałem go, podczas gdy Gabriella opowiadała o serii odczytów, jakie miała wygłosić w Edynburgu i Monachium. Widziałem wysokiego mężczyznę, na którym miło było zawiesić oko, starszego ode mnie o siedem czy osiem lat — choć trzeba mu przyznać, że trzymał się zadziwiająco dobrze — pełnego charme’u wolnego strzelca, ważną personę w nietypowej branży.

Przy nim Gabriella wydawała się drobniutka jak ptaszek. Jak to możliwe, że przemknęła przez te wszystkie lata nie doznając żadnego uszczerbku, pozostała równie świeża i witalna jak przedtem, zastanawiałem się. Była co najmniej dziesięć lat młodsza od siedzącego obok niej olbrzyma, a jednak pasowali do siebie. Zewnętrznie stanowili naprawdę dobraną parę.

— Czym się pan ostatnio zajmuje, panie Fitzgerald? Pańskie wycofanie się z branży to wielka strata dla nas wszystkich. — Choć Norweg, po angielsku mówił nienagannie, z lekkim tylko akcentem.
— Och, tym i owym — odparłem. — Głównie uczę. „Rys historyczny nauk przyrodniczych”, no wie pan, starożytni, wielcy badacze natury, kontrowersje wokół Darwina. Wykłady są obowiązkowe, więc studenci przychodziliby, nawet gdybym nie był w tym dobry.
— A  j e s t  pan dobry?
— Jestem kontrowersyjny, a to już coś. Pierwszy wykład zatytułowałem „Taksydermia: rzemiosło czy sztuka?” i zawsze świetnie się na nim bawię.

W tym momencie uwagę Andersona odwrócił kelner, dzięki czemu Gabby mogła po raz pierwszy tego wieczoru spojrzeć mi prosto w oczy i powiedzieć tak, bym tylko ja usłyszał:

— Cieszę się, że przyszedłeś, Fitz.

Zabrzmiało to szczerze. Ja jeszcze nie wiedziałem, czy się cieszyć. Dopiero gdy któryś z kolei drink zaczynał działać, Anderson podjął temat, z powodu którego się spotkaliśmy.

— Pewnie się pan zastanawia, dlaczego przeszkadzam w spotkaniu przyjaciół po latach? — Uniosłem brew, by dać mu do zrozumienia, że to dobre pytanie, ale milczałem.
— Znam Gabriellę od paru lat, kiedy to miałem przyjemność wysłuchać jej wykładu w Pradze, i od tamtego czasu się przyjaźnimy. Wspomniała mimochodem, że jest pan specjalistą w dziedzinie, która bardzo mnie ostatnio interesuje. Naturalnie jestem także świadom dokonań pańskiego dziadka... — przerwał na chwilę, by odstawić szklankę na podstawkę. Zauważyłem, że umieścił ją idealnie pośrodku. Spodziewałem się, że zaraz usłyszę sztampowy komplement pod adresem Dziadka, jak to często miało miejsce, kiedy o nim przy mnie mówiono, tymczasem Anderson po prostu nachylił się ku mnie i ściszywszy głos wrócił do głównego wątku. — Jestem kolekcjonerem, panie Fitzgerald. Znalazłem się tutaj, gdyż poszukuję niezwykle rzadkiego okazu. Tak rzadkiego, że być może nieistniejącego. Zdaniem Gabrielli pan jest w stanie mi pomóc, nie od dziś wiadomo, że ekspert z pana, jeśli chodzi o wymarłe gatunki ptaków. — Przyjrzał mi się badawczo i zapytał: — Ile pan wie o ptaku z Wysp Towarzystwa zwanym Czarodziejskim Ptakiem z Uliety?
— Niewiele — odpowiedziałem bez drgnienia powieki i zgodnie z prawdą. — Zawsze uważałem, że nazwa jest nieco na wyrost.

Znów rzucił mi to badawcze, pełne napięcia spojrzenie.

— I tu się pan prawdopodobnie myli. — Odchylił się na krześle i bezwiednie potarł czubkami palców potężny kark. — Co pan powie na krótki wykład? — Oderwał palce od skóry i ułożył je na brzeżku stołu, jak uczeń mający wyrecytować zadany temat. Patrzył mi prosto w oczy. — Czarodziejski Ptak z Uliety to najrzadszy ptak, na jakiego człowiek się kiedykolwiek natknął. Widziany tylko raz, w 1774 roku na morzach południowych, przez drugą wyprawę kapitana Cooka podczas rutynowego zbierania okazów na wysepce wówczas zwanej Ulietą. Udało się schwytać jednego osobnika, którego uznano za przedstawiciela dotychczas nieznanego gatunku. Okaz został spreparowany przez Johanna Forstera i przywieziony do Anglii. Nigdy później nie znaleziono drugiego takiego ptaka, ani na Uliecie, ani gdziekolwiek indziej. Był już wymarły, zanim go odkryto. — Pozwolił oczom oderwać się od moich, po czym zaczął śledzić spojrzeniem swój palec wskazujący, którym od jakiegoś czasu rozcierał na blacie stołu kropelkę wody. Teraz w zamyśleniu nadawał jej kształt litery X. Nie patrząc na mnie mówił dalej: — Z pewnością nie powiedziałem nic, czego pan by już nie wiedział. Po powrocie do Anglii Johann Forster pozbył się spreparowanego okazu. J e d y n e g o  okazu. Och, z pewnością nie zdawał sobie wtenczas sprawy z rzadkości tego ptaka. Tak samo jak młody przyrodnik Joseph Banks, w którego posiadaniu okaz się znalazł. — Podniósł wzrok, a kiedy na mnie spojrzał, dostrzegłem w jego oczach podniecenie, którego wcześniej tam nie było.

— Dwieście lat temu jedyny okaz Ptaka z Uliety zniknął z kolekcji Banksa. Nikt nie wie, jakie były jego dalsze losy. Moim zdaniem najwyższy czas, by ktoś go odnalazł, zgodzi się pan ze mną?


 

[…]

Anderson odrobił pracę domową. Na temat Ptaka z Uliety znał wszystkie fakty, jakie były do poznania. Czyli prawdę mówiąc nie tak znów wiele. W maju 1774 roku kapitan Cook dopłynął na „Resolution” do Uliety. Była to mała wysepka, jedna z wielu rozrzuconych na błękitnych wodach Pacyfiku. Wokół niej z fal wynurzały się podobne miniaturowe lądy, które przyjęto określać wspólnym mianem Wysp Towarzystwa. Cook nie zabawił tam długo, ot tyle, by dokonać paru napraw i wymienić towary z tubylcami. Pierwszego czerwca, nie bacząc na piekielny upał ani zaburzenia żołądkowe, jakie nękały załogę, Johann Forster, przyrodnik z zawodu i tyran z charakteru, wymógł wysłanie na brzeg ekspedycji mającej na celu zebranie jak największej liczby okazów. Jeszcze tego samego dnia zabito wiele ptaków, lecz spośród wszystkich Forster nie potrafił zidentyfikować tylko jednego. Zapisawszy swe obserwacje, przekazał ptaka synowi Georgowi (jednemu z artystów towarzyszących wyprawie), który wykonał kolorowy szkic. Następnie ptak został oprawiony, a zdjętą skórkę pozostawiono do wypchania.

Dla obu Forsterów, ojca i syna, dzień niczym się nie różnił od wielu innych podczas wyprawy. Trzeba było zebrać jak najwięcej okazów, opisać je, narysować i wypchać. Współcześnie nikt by o tym dniu nawet nie pamiętał, gdyby nie to, że nie rozpoznany przez Forstera ptak okazał się jedynym przedstawicielem gatunku. Nigdy i nigdzie nie natknięto się na podobny okaz. W połowie dziewiętnastego wieku na Ulietę udał się Andrew Garrett, lecz Czarodziejskiego Ptaka z Uliety nie odnalazł. W późniejszych latach próbowali tego i inni, wszyscy z tym samym skutkiem. Nigdy się nie dowiemy, czy gatunek był niegdyś szeroko rozprzestrzeniony. Nigdy nie poznamy jego głosu, nie zobaczymy gniazda, żaden ornitolog nie będzie obserwował jego tańca godowego. Wiemy tylko, że okaz, który Forster miał w rękach, musiał być jednym z ostatnich, jakie wtedy jeszcze żyły. Gdyby ekspedycja Forstera wybrała inną ścieżkę bądź gdyby jeden z marynarzy miał mniej celne oko, wygaśnięcie całego gatunku przeszłoby nie zauważone.

Zniknąłby z powierzchni planety, a ludzkość nawet by się nie dowiedziała, że kiedyś w ogóle istniał.

Obecnie nawet nazwa ptaka pozostawia wiele do życzenia. Forster ochrzcił go Turdus badius, która to nazwa po dziś dzień doprowadza do łez anglojęzycznych studentów ze skatologicznym zacięciem. Inny przyrodnik, Latham, badający spreparowanego ptaka w Londynie, nadał mu nazwę precyzyjniejszą: Turdus ulietensis, a w opisie zaproponował nazwę rodzimą „drozd rdzawogłowy”. Piszący o okazie dwieście lat później James Greenway podał w wątpliwość jego pokrewieństwo z drozdami i nazywał go po prostu Czarodziejskim Ptakiem z Uliety, co okazało się nazwą dobrą jak każda inna.

Kiedy wyprawa Cooka zawinęła rok później na powrót do wybrzeży Anglii, kolekcja Forstera stanowiła jego własność i mógł nią rozporządzać wedle woli. Będąc po uszy w długach, przyrodnik zwrócił się do kolegi po fachu, Josepha Banksa. Młody i zamożny, odnoszący sukcesy Banks wspomógł Forstera i w zamian otrzymał okazy. Jednym z nich był Ptak z Uliety, o czym wiemy stąd, że w latach siedemdziesiątych osiemnastego wieku Latham widział go wśród bogatej kolekcji Banksa i wyszczególnił w swym dziele zatytułowanym „Przegląd gatunków ptaków”. I całe szczęście, gdyż od tamtej pory wszelki słuch o unikatowym ptaku zaginął. Podobnie jak wcześniej cały gatunek, okaz po prostu wyparował.

Niejednego korciło, by zakwestionować sprawozdania Lathama, a nawet Forstera; niewątpliwie wszystko stałoby się znacznie prostsze, gdyby uznać, że ptak, którego badali, był zwykłą odmianą jakiegoś innego, bardziej pospolitego gatunku. Jest jednak pewien szkopuł: otóż w Muzeum Historii Naturalnej w Londynie bezpiecznie spoczywa rycina, którą sporządził Georg Forster, w pełnej krasie ukazująca, jak ptak wyglądał. Każdy, kto zada sobie trochę trudu, może tam pójść i zobaczyć na własne oczy.

Kiedy Anderson skończył mówić, w barze „Rosebery” nie było ani odrobinę luźniej, ale zmieniła się panująca tam atmosfera. Stołki barowe zwolnili ci, którzy wpadli po pracy na jednego i śpieszyli się na pociąg, ich miejsce zajęli stali bywalcy rozpierający się wygodnie w skórzanych fotelach. Niewidoczny pianista uderzył w klawisze i prawie równocześnie przygasły światła. Z oparć zwisały marynarki, krawaty już nie oplatały tak ciasno szyj właścicieli, a obleczone w czarne pończochy stopy ukradkiem wysunęły się z butów i dyskretnie przeniosły na miękkie czerwone kanapy.

Sącząc któregoś z kolei drinka popatrywałem na Gabriellę i Andersona. Oni patrzyli na mnie otwarcie, zapewne szukając śladów reakcji na zasłyszane rewelacje. Musieli się zadowolić uniesioną w zdziwieniu brwią. Nie chcę przez to powiedzieć, że nie poczułem lekkiego podniecenia, ale głównie byłem skonfundowany. Każdy, kto interesuje się wymarłymi ptakami, wie, że jedyny okaz Ptaka z Uliety zaginął jeszcze w osiemnastym wieku. W środowisku czasem się żartuje, że ktoś go kiedyś odnajdzie, a odpowiedzią jest wzruszenie ramion i westchnięcie: „Taak, pewnie niejeden Botticelli jeszcze się poniewiera po strychach...” Lecz nikt przy zdrowych zmysłach nie wierzy, że zagubiony okaz nadal istnieje. Taksydermia nie stała na zbyt wysokim poziomie w czasach Forstera, a ptaki nawet współcześnie nastręczają specjalistom wiele kłopotów. W muzealnych archiwach roi się od zapisków na temat ubożenia kolekcji — osiemnastowieczne okazy najzwyczajniej się rozpadały po siedemdziesięciu czy osiemdziesięciu latach od spreparowania. Ptak z Uliety nie mógł być wyjątkiem.

 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj