szukaj
Fragment książki "Norwegian Wood"

 
- Do pewnego stopnia każdy czuje coś takiego - odrzekłem. - Próbuje się wyrazić siebie, lecz nie można znaleźć odpowiednich sformułowań i człowiek się irytuje.

Wyglądała na rozczarowaną moimi słowami.


- Nie, to także nie to - podsumowała bez dalszych wyjaśnień.

- W każdym razie chętnie cię znowu zobaczę - powiedziałem. - W niedzielę mam zawsze czas i nic nie robię, a spacery są zdrowe.


Wsiedliśmy do pociągu linii Yamanote*, Naoko przesiadła się w Shinjuku** w linię Chuő. Mieszkała w niewielkim mieszkaniu w Kokubunji.


- Powiedz - zwróciła się do mnie, kiedy się rozstawaliśmy. - Czy mówię teraz inaczej niż dawniej?

- Zdaje mi się, że trochę inaczej - powiedziałem. - Ale nie jestem pewien, co się zmieniło. Szczerze mówiąc, nie pamiętam, żebyśmy dużo rozmawiali, chociaż często się widywaliśmy.

- Masz rację - przyznała Naoko. - Czy mogę do ciebie zadzwonić w sobotę?

- Oczywiście. Będę czekał.


Poznałem Naoko wiosną w drugiej klasie liceum. Ona też była w drugiej klasie, chodziła do ekskluzywnej szkoły dla dziewcząt prowadzonej przez zakonnice. Była to szkoła tak ekskluzywna, że przesadna nauka nie należała tam do dobrego tonu.

Miałem bliskiego przyjaciela imieniem Kizuki (właściwie zamiast "bliskiego" powinienem powiedzieć: jedynego), Naoko była jego dziewczyną. Znali się nieomal od kołyski, przez całe życie mieszkali zaledwie dwieście metrów od siebie.

Jak w przypadku większości par znających się od wczesnego dzieciństwa, ich związek był bardzo otwarty i nie zależało im na tym, żeby zawsze być tylko we dwoje. Ciągle się nawzajem odwiedzali, każde z nich czasami jadało obiady albo grywało w madżonga w domu drugiego.

Kilka razy byliśmy na podwójnej randce: Naoko przyprowadzała koleżankę z klasy i we czwórkę szliśmy do zoo, na basen albo do kina. Lecz szczerze mówiąc, koleżanki Naoko, choć urocze, były dla mnie trochę zbyt wyrafinowane.

Gustowałem raczej w nieco bardziej nieokrzesanych dziewczynach ze swojej państwowej szkoły, z którymi znacznie łatwiej się rozmawiało. Zupełnie nie mogłem zrozumieć, co dzieje się w ślicznych główkach panienek przyprowadzanych przez Naoko. Sądzę, że one pewnie nie rozumiały mnie.

Kizuki przestał więc aranżować podwójne randki i od tej pory zaczęliśmy się spotykać we trójkę - wybieraliśmy się gdzieś razem albo gadaliśmy. Kizuki, Naoko i ja. Właściwie może się to wydawać dziwne, ale okazało się najlepszym rozwiązaniem, bo we trójkę czuliśmy się najswobodniej. Kiedy pojawiała się czwarta osoba, atmosfera robiła się trochę sztuczna. We trójkę byliśmy jak w telewizyjnym talk-show: ja - gościem, Kizuki - utalentowanym gospodarzem programu, a Naoko - asystentką. On zawsze stanowił ośrodek zainteresowania. Nie da się ukryć, że potrafił być sarkastyczny i wiele osób uważało go za aroganta, ale z natury był życzliwy i sprawiedliwy. Kiedy byliśmy w trójkę, poświęcał mi tyle samo uwagi, co Naoko, dowcipkował, dbał o to, żeby nikomu się nie nudziło. Jeżeli któreś z nas długo milczało, przenosił uwagę na tę osobę i umiejętnie wciągał do rozmowy. Patrząc z boku, można by pomyśleć, że to niełatwe, lecz jemu zdawało się przychodzić bez trudu. Miał umiejętność szybkiego wyczuwania zmian atmosfery i potrafił się do nich dostosować. Posiadał również rzadki talent wyławiania czegoś interesującego nawet z banalnej wypowiedzi drugiej osoby. Dlatego kiedy z nim rozmawiałem, miałem wrażenie, że jestem niezwykle interesującym człowiekiem prowadzącym niezwykle interesujące życie.

Nie był zbyt towarzyski. Poza mną nie miał w szkole przyjaciół. Nie pojmowałem, czemu ktoś tak inteligentny i biegły w sztuce konwersacji nie wykorzystuje swego talentu na szerszej niwie, lecz wystarcza mu skupienie się na małym świecie naszej trójki. A do tego nie mogłem zrozumieć, dlaczego wybrał właśnie mnie na swojego przyjaciela. Byłem nierzucającym się w oczy, zwyczajnym chłopakiem, który lubił czytać książki i słuchać muzyki, nie było we mnie nic, co mogłoby zwrócić uwagę kogoś takiego jak Kizuki. Ale mimo wszystko od razu się zaprzyjaźniliśmy. Jego ojciec był dentystą znanym z dużych umiejętności i wysokich cen.


- Może poszlibyśmy na podwójną randkę w tę niedzielę? Moja dziewczyna chodzi do żeńskiej szkoły i przyprowadzi dla ciebie jakąś ładną koleżankę - zaproponował, gdy tylko się poznaliśmy. Zgodziłem się i tak spotkałem Naoko.


Spędzaliśmy we trójkę dużo czasu, lecz gdy Kizuki wychodził z pokoju i zostawałem sam z Naoko, nie potrafiliśmy ze sobą rozmawiać, bo właściwie nie mieliśmy o czym. Prawdę mówiąc, nie mieliśmy ani jednego wspólnego tematu. Dlatego nie było rady: bez słowa popijaliśmy wodę, przestawialiśmy przedmioty na stole i czekaliśmy na powrót Kizukiego. Kiedy wracał, rozmowa znowu się rozkręcała. Naoko nie była specjalnie gadatliwa, ja też jestem raczej typem, który woli słuchać, niż mówić, dlatego zostając z nią sam na sam, czułem się trochę niezręcznie. Nie znaczy to, że się nie lubiliśmy, po prostu nie rozmawialiśmy.

Potem spotkaliśmy się tylko raz, w kawiarni, zaledwie dwa tygodnie po pogrzebie Kizukiego, z powodu jakiejś drobnej sprawy. Po jej załatwieniu znów nie mieliśmy o czym mówić. Poruszyłem kilka tematów, lecz za każdym razem rozmowa utykała w martwym punkcie. Do tego w tonie Naoko było coś opryskliwego. Wyglądało na to, że ma do mnie pretensję, lecz nie wiedziałem o co. Rozstaliśmy się i nie widzieliśmy się ani razu aż do chwili, kiedy po roku nieoczekiwanie wpadliśmy na siebie w pociągu linii Chuő.


Być może Naoko była na mnie zła, bo to ja, nie ona, ostatni rozmawiałem z Kizukim. Pewnie nie wypada tak mówić, lecz wydaje mi się, że ją rozumiem. Gdyby to było możliwe, zamieniłbym się z nią. Ale ostatecznie co się stało, to się nie odstanie, i mogę sobie myśleć, co chcę, a i tak nic nie poradzę.


 

Było miłe majowe popołudnie, kiedy Kizuki, kończąc obiad w stołówce, zaproponował, żebyśmy zwiali ze szkoły i poszli pograć w bilard. Ponieważ mnie też nie chciało się iść na popołudniowe lekcje, wymknęliśmy się, powoli powędrowaliśmy w dół, w stronę portu, i weszliśmy do salonu bilardowego. Tam rozegraliśmy cztery partyjki. Kiedy łatwo wygrałem pierwszą, on nagle poważnie zabrał się do gry i wygrał trzy pozostałe. Zgodnie z umową, jako przegrany zapłaciłem za stół. W trakcie gry Kizuki ani razu nie zażartował. To było bardzo nietypowe. Po bilardzie zapaliliśmy.


- Dzisiaj byłeś poważny jak nigdy, co jest? - zapytałem.

- Dzisiaj nie chciałem przegrać - odpowiedział z uśmiechem.


Tej nocy umarł w swoim garażu. Przymocował do rury wydechowej hondy N360 gumowy wąż, drugi koniec wsadził do samochodu, zakleił szpary w oknach, potem włączył silnik. Nie wiem, po jakim czasie umarł. Kiedy rodzice wrócili do domu po wizycie u chorego krewnego i chcąc wstawić samochód, otworzyli garaż - już nie żył. Radio było włączone, za wycieraczką tkwił kwitek za benzynę.

Nie zostawił listu pożegnalnego. Nikomu nie przychodził do głowy żaden motyw samobójstwa. Zostałem wezwany na policję i przesłuchany, bo widziałem go ostatni. Powiedziałem oficerowi śledczemu, że nic nie wskazywało na to, iż Kizuki planuje coś podobnego. Zachowywał się tak samo jak zwykle. Policjant nie miał chyba zbyt dobrego zdania ani o mnie, ani o Kizukim. Prawdopodobnie nie widział nic dziwnego w fakcie, że chłopak, który ucieka z lekcji, żeby pograć w bilard, popełnia samobójstwo. W gazecie zamieszczono krótką wzmiankę i to wszystko. Czerwona honda N360 została sprzedana. Na jego ławce w klasie przez jakiś czas stały białe kwiaty.

Przez dziesięć miesięcy od śmierci Kizukiego do końca szkoły średniej nie mogłem sobie znaleźć miejsca. Zaprzyjaźniłem się z pewną dziewczyną, sypiałem z nią, ale nie trwało to nawet sześć miesięcy. Nie wzbudziła we mnie prawdziwego uczucia. Wybrałem uczelnię w Tokio, na którą mogłem się dostać bez większego wysiłku, zdałem egzaminy i bez specjalnego zainteresowania wstąpiłem na uniwersytet. Dziewczyna prosiła, żebym nie jechał do Tokio, ale ja bardzo chciałem oddalić się od Kobe. Chciałem zacząć nowe życie w miejscu, gdzie nikogo nie znam.


- Przespałeś się ze mną i teraz ci wszystko jedno, co ze mną będzie - powiedziała, płacząc.

- Nie o to chodzi - broniłem się. Ja tylko chciałem koniecznie znaleźć się daleko od tego miasta, lecz ona nie rozumiała. Więc rozstaliśmy się. W superekspresie mknącym do Tokio przypominałem sobie, co było w niej dobre i wyjątkowe, żałowałem, że tak strasznie ją potraktowałem, ale nie mogłem już tego naprawić, toteż postanowiłem o niej zapomnieć.


Dotarłem do Tokio, zamieszkałem w akademiku i zacząłem nowe życie. Pozostawało mi tylko jedno: nie zastanawiać się nad wszystkim tak poważnie, zachować odpowiedni dystans - tylko tyle. Postanowiłem całkowicie wymazać z pamięci zielony filc bilardowego stołu, czerwoną hondę N360 i białe kwiaty na szkolnej ławce. A także dym wznoszący się ku górze z wysokiego komina krematorium, ciężki, bezkształtny przycisk do papieru w policyjnym pokoju przesłuchań i inne takie rzeczy. Na początku wyglądało na to, że wszystko idzie dobrze. Lecz choć starałem się zapomnieć, zostało we mnie coś nieokreślonego, jakby gruda stwardniałego powietrza. Z biegiem czasu zaczęła przybierać wyraźny kształt. Mogłem go wyrazić słowami. A były one następujące:

Śmierć nie jest przeciwieństwem życia, a jego częścią.

Brzmi to jak banał, ale wtedy jeszcze nie wiedziałem, że tę grudę powietrza można zamienić w słowa. W przycisku do papieru, w czterech czerwonych i białych kulach ułożonych na bilardowym stole kryła się śmierć. A my żyliśmy, wciągając ją w płuca jak drobiny kurzu.

Do tego czasu uważałem śmierć za niezależny byt, całkowicie odrębny od życia. Innymi słowy: "Śmierć z pewnością kiedyś nas czeka. Ale jednocześnie do tego czasu nie może nas dotknąć". Zdawało mi się, że to wyjątkowo normalny i logiczny sposób myślenia. Życie jest po tej stronie, śmierć po tamtej. Ja jestem po tej stronie, po tamtej stronie mnie nie ma.

Jednak noc śmierci Kizukiego stała się granicą, za którą nie potrafiłem już tak prosto pojmować śmierci (a zarazem życia). Śmierć nie jest przeciwieństwem życia, noszę ją w sobie od urodzenia i choćbym nie wiem jak się starał, nie uda mi się o tym zapomnieć, ponieważ śmierć, która zabrała siedemnastoletniego Kizukiego w majową noc, w tym samym momencie zabrała i mnie.

Tej wiosny, kiedy miałem osiemnaście lat, żyłem, czując w sobie tę grudę powietrza. Równocześnie starałem się nie być zbyt poważny. Miałem niejasne wrażenie, że bycie poważnym niekoniecznie oznacza zbliżenie się do prawdy. Jednocześnie nie da się ukryć, że śmierć jest rzeczą poważną. Uwięziony w tym przytłaczającym paradoksie dreptałem w miejscu. Teraz wydaje mi się, że był to bardzo dziwny okres mego życia. W samym jego środku wszystko obracało się wokół śmierci.

 
3

W następną sobotę zadzwoniła Naoko i w niedzielę poszliśmy na randkę. Myślę, że można nazwać to randką. Nie mogę znaleźć innego odpowiedniego słowa. Tak jak poprzednio chodziliśmy po mieście, wypiliśmy kawę w jakiejś kawiarni, znowu pospacerowaliśmy, w końcu rozstaliśmy się wieczorem po zjedzeniu razem kolacji. Tak jak poprzednio Naoko nie odzywała się za wiele, lecz wyglądało na to, że odpowiada jej milczenie, więc ja też specjalnie nie podtrzymywałem rozmowy. Kiedy przyszła nam ochota, gawędziliśmy o życiu codziennym i o studiach, ale wszystkie tematy się urywały, do niczego nie prowadziły. W ogóle nie wspominaliśmy o przeszłości. Chodziliśmy po prostu po mieście - na szczęście Tokio jest tak duże, że można po nim wędrować w nieskończoność.

Spotykaliśmy się prawie co tydzień i krążyliśmy ulicami. Ona na przedzie, ja tuż za nią. Naoko zawsze podpinała włosy różnymi spinkami, odsłaniając prawe ucho. W tamtych czasach widywałem jej sylwetkę od tyłu, dlatego do dzisiaj dobrze to pamiętam. Kiedy była speszona, często dotykała spinki.

 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj