Recenzja książki: Stanisław Lem, "Świat na krawędzi"
Krzyk z głębokiej studni
20 lat temu ukazał się pierwszy cykl rozmów ze Stanisławem Lemem. Wywiady z pisarzem przeprowadzał wtedy Stanisław Bereś. Teraz mamy nowy tom rozmów z Lemem autorstwa Tomasza Fiałkowskiego "Świat na krawędzi". Dwie dekady temu pisarz więcej pamiętał, ale nie o wszystkim wolno mu było mówić. Dziś ma większą swobodę wypowiedzi, lecz pamięć o wielu sprawach już uleciała.Tekst z 18 listopada 2000 roku.

"Świat na krawędzi" jest w pewnym sensie uzupełnieniem i dopowiedzeniem tamtej obszernej książki sprzed 20 lat. Przede wszystkim w sferze biograficznej; otrzymujemy dokładny opis kolejnych okupacji Lwowa przez Niemców i Sowietów, załamanie przedwojennej rzeczywistości, która zdawała się niewzruszona - wszystko to widziane oczyma dorastającego młodzieńca.

Mało znane szczegóły podróży Lema do byłych krajów "demokracji ludowej" służą w równej mierze eksponowaniu absurdów systemu co postaw pod ideologicznym naciskiem i to postaw ludzi z intelektualnej górnej półki, z którymi Lem się stykał zwłaszcza w Rosji. Także obszernie potraktowany został epizod zagraniczny ze stanu wojennego, kiedy Lem przebywał w Berlinie i Wiedniu. Emigracji nie deklarował, lecz do kraju nie wracał, póki w ZSRR nie nastał Gorbaczow i zaczęło się zanosić na zmiany. Ostatecznie powrót nastąpił w 1988 roku, dosłownie w przeddzień wielkich zmian w Europie Środkowej. Wybór tego terminu to dla futurologa najlepsze potwierdzenie jego kompetencji.

Pięć spośród szesnastu rozmów Fiałkowskiego z Lemem dotyczy zatem szczegółów biograficznych. Cała reszta to sądy Lema o rozmaitych zjawiskach i elementach naszej cywilizacji (koniec nauki, którego nie będzie, pornografia, religia, totalna komercjalizacja, upadek kultury, nędza sztuki, zło szarogęszące się wszędzie, głupota jako przyrodzona cecha rodzaju ludzkiego itp.). Timbre tych wypowiedzi jest minorowy; można odnieść wrażenie, że dzisiejszy świat zmierza gwałtownie ku schyłkowi, tak niewiele da się o nim powiedzieć dobrego. Zarazem czytelnika znającego liczne wywiady Lema książka ta zaskakuje swego rodzaju łagodnością i wyrozumiałością. Lem jakby uznał, że miotaniem gromów nic się nie osiągnie i postanowił tylko z dystansu obserwować beznadziejne gry i zabawy ludzkości. Tej samej ludzkości, którą kiedy indziej w przypływie gniewu deklarował natychmiast wymienić na inną, gdyby tylko kto mu złożył taką ofertę.

Tradycyjnie dostało się od Lema Internetowi - że rozprzestrzenia pornografię, że stanowi Himalaje śmieci, że sprzyja grom hazardowym i matactwom, bo - jak mówi pisarz - "przyrodzona człowiekowi skłonność do oszustw i nieuczciwości może się za pomocą sieci silnie rozwijać". Krytyka nie jest jednak tak sążnista jak dawniej, widać nowe medium zasłużyło na ułaskawienie, skoro Lem zgodził się ostatnio na zainstalowanie w sieci swojej oficjalnej strony internetowej (www.lem.pl).

 

Ważnym tematem rozmów na krawędzi jest biotechnologia. Tu Lem również nie ma wesołych wieści: jego zdaniem prokurowanie życia w takich jego odmianach, jakie na Ziemi nie występują i nigdy nie występowały, jest tylko kwestią lat. Umożliwi to inżynieria genetyczna; opanowawszy mapę genów i uzyskawszy wgląd w podstawowe cegiełki dziedziczenia, rozpoznawszy ich rolę przy przenoszeniu konkretnych cech itp. uczeni prędzej czy później przejdą do etapu konstrukcji z tego materiału nowych genomów i hodowania z nich organizmów zwierzo- i człekopodobnych. Nie zapobieże temu ani wysoka etyka środowisk naukowych, bo jest z nią różnie, ani bariery prawne, bo legislacja nigdy nie nadąża za zmianami technologii. Najbardziej bodaj przeraźliwą wiadomością przytoczoną przez Lema jest brytyjskie zezwolenie na patentowanie nowych genotypów; jego zdaniem jest to danie zgody na nowoczesne niewolnictwo, skoro stwór taki może stać się czyjąś własnością, przedmiotem handlu czy eksperymentów naukowych.

Natomiast trudno mi pojąć zachwyt mistrza dla energetyki jądrowej, której wychwalaniu został poświęcony osobny rozdział. Problemy energetyczne od pewnego czasu stanowią stałą bolączkę cywilizacji i to się nieprędko zmieni, jednak widzenie antidotum w energii jądrowej mam za nieporozumienie. Nie jest to energia ani tania, ani tak bezpieczna, jak usiłuje wmawiać czytelnikom Lem, przemawiający tu zupełnie jak przedstawiciel lobby atomowego. Pomijam kwestię samej sprawności elektrowni jądrowej, która wskutek konieczności stosowania podwójnych obiegów pracuje na niższych parametrach. Ani słowem jednak Lem nie wspomina o tym, co począć z radioaktywnymi śmieciami, które po rzekomo czystym procesie rozpadu jądrowego pozostają. Są to silnie radioaktywne substancje, które planuje się magazynować w betonowych silosach albo kryć we wnętrzu wykutych w górach jaskiń. Niektóre izotopy tam zawarte pozostają czynne nawet i po pół miliona lat! Inną kwestią, o której godziłoby się wspomnieć przy gloryfikacji energii jądrowej, jest likwidacja starych elektrowni jądrowych, co stanie się problemem w ciągu najbliższych dziesięciu lat. Na razie nie ma na to żadnego lepszego pomysłu niż ten, by je ogrodzić drutem kolczastym i zamknąć te świecące ruiny na lat trzysta. Lem nie fascynuje się byle czym, ale jego entuzjazm okazany energii jądrowej wypada uznać za przesadny.

"Świat na krawędzi" można również potraktować jako sygnał, iż Lem jest znużony funkcją dyżurnego futurologa kraju. Na spotkaniu promocyjnym Lem potwierdził tę opinię: - Jestem futurologiem, który przestał lubić przyszłość. Okazała się ona okropnie nużąca. Ale nadal pochłaniam tony materiałów naukowych, bo co innego mógłbym robić? Z Kasprowego nie zjadę, fikać w telewizji nie umiem i jestem na to za stary - mogę tylko czytać. Z pisaniem jest trudniej, bo język polski jest czymś w rodzaju głębokiej studni, trzeba nadludzkich starań, żeby się z niej wydobyć i zaistnieć na szerokim świecie. Chciałbym być synem bogatego bankiera - wtedy w ogóle nic bym nie musiał.

"Świat na krawędzi". Ze Stanisławem Lemem rozmawia Tomasz Fiałkowski. Wydawnictwo Literackie 2000.

 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj