Fragment książki "Krwawe zbrodnie"

  
1  

Z rękoma skrępowanymi za plecami i przywiązanymi do drabiny wozu, doktor Lajoy z trudem utrzymywał równowagę. Sznury wpijały mu się w ciało, ale nie to było najgorsze. Największy ból sprawiały mu skurcze mięśni łydek i ud próbujących amortyzować wstrząsy wozu na wybojach. Przewożono go z Compiègne do Chantilly, gdzie tamtejszy zamek został przerobiony na więzienie. Od wyjazdu minęły już bite trzy godziny.

Było ich kilkunastu, tak jak on starających się ustać na nogach. Kiedy wóz przejeżdżał przez co większe koleiny, wpadali jeden na drugiego. Wybąkiwali jakieś niewyraźne słowa przeprosin i znowu skupiali się na próbach utrzymania równowagi. Dwóch więźniów zrezygnowało z dalszych wysiłków i wyciągnęło się na pokrytej słomą podłodze wozu, gdzie leżeli powiązani niczym tobołki z brudną bielizną. Z rękoma wyciągniętymi ponad głową nie było im wcale wygodniej niż towarzyszom niedoli na stojąco.

Chyboczący wóz jechał w otoczeniu oddziału żandarmów. Jakaś nędzarka, wlokąca za sobą dzieciaka, rzuciła w przelocie za podejrzanymi:

  
– No jak, panowie arystokraci, spuściliśmy nos na kwintę, co?

  
Arystokraci! Doktor Lajoy rozejrzał się wokół. Czy naprawdę można ich nazwać arystokratami? Trzej dzierżawcy, którym zarzucano, że nie dość gorliwie poddali się rekwizycjom, czterej sklepikarze oskarżeni o spekulację i wykorzystywanie nędzy ludu, dwaj rzemieślnicy, którzy zgoła nie wiedzieli, z jakiego się tu znaleźli powodu, dwaj mężczyźni „zbędni” (według powiedzonka Saint-Justa), których jedyną winą było posiadanie jakiegoś majątku, dwaj oracze i dwaj wędrowni kramarze, na których padło podejrzenie o kradzież. Jedynym autentycznym arystokratą w tej grupce był markiz Le Gouy d’Arsy.

Doktora Lajoya oskarżono o spiskowanie przeciw Republice; był to zarzut nad wyraz poważny, który zgodnie z niedawno przyjętą ustawą z dwudziestego drugiego prairiala uzasadniał przewiezienie oskarżonego do Paryża. Jedyną jego szansę stanowiło przedłużenie pobytu w Chantilly, tak aby opóźnić stawienie się przed trybunałem rewolucyjnym Fouquier-Tinville’a. „Opóźnić” w oczekiwaniu na co? Nie wiedział. Nie mając najmniejszego wpływu na własny los, mógł jedynie próbować przeżyć. Poddał się wybojom drogi, spoglądając na otaczające ją pola, które wygrzewały się w słońcu termidora.

  
2  

Od dnia gdy aresztowano jej męża, dwudziestego lipca 1794 roku o poranku, Clémence krążyła po domu niczym dusza potępiona. Pobrali się w 1770 roku i nigdy dotychczas nie rozstawali. Z łatwością zrezygnowała wówczas z awanturniczego trybu życia, którym była już nieco zmęczona. Oczarował ją spokojny dom rodzinny przy ulicy Domeliers i obaj panowie Lajoy – dziadek i wnuczek. Narodziny pierwszego dziecka przypieczętowały jej los, czego nigdy potem nie żałowała.

Była zaniepokojona. Przeciw Louisowi wysunięto bardzo poważne oskarżenie o spisek. Weszła do jego gabinetu. Miała wrażenie, że tutaj znajdzie się bliżej męża.

Doktor Louis Lajoy robił co mógł, aby w gabinecie utrzymywać jak największy nieład. „W innych warunkach nie potrafię pracować” – mawiał. Z pewnością jednak bałagan zrobiony przez żandarmów podczas rewizji uznałby za przesadny. Clémence postanowiła posprzątać, choć raz nie narażając się – ach, jakże teraz żałowała! – na zarzuty męża, który zakazywał robienia porządków w gabinecie pod swoją nieobecność.

Przypomniała sobie ów dzień, kiedy postanowiła przetrząsnąć pokój w poszukiwaniu domniemanego liściku. Serce omal nie wyskoczyło jej z piersi, gdy Louis nieoczekiwanie wrócił i przyłapał ją na gorącym uczynku. Później przyznał, że nie dał wiary jej wyjaśnieniom: „Doktorze, strasznie bolała mnie głowa”. Niczego więcej nie potrafiła wydukać.

Z rozrzewnieniem spoglądała na biurko, na którym wówczas, podczas bezskutecznego poszukiwania tajemnej skrytki, jej palce pozostawiły tłuste ślady. Prawdę mówiąc, teraz już znała otwierający ją mechanizm. Machinalnie otworzyła skrytkę.

W środku leżały starannie poskładane kartki papieru. Louis nigdy o nich nie wspominał. Czytanie ich było niedyskrecją, lecz i okoliczności należały do wyjątkowych. Zabrano jej męża i nie wiedziała, kiedy go znowu ujrzy. Postanowiła przeczytać zapisane jego pięknym pismem kartki, w pewien sposób nawiązując zerwaną nić.

  
5 lutego 1779 roku

Dzisiaj umarł Dziadek. Umarł Dziadek... Choćbym i sto razy napisał to zdanie, nie potrafię ogarnąć jego znaczenia. Jak sobie uzmysłowić, że już nigdy nie usłyszę jego śmiechu, nie stanę się przedmiotem jego kpin, nie będę z nim prowadzić ożywionych rozmów i sporów? Ileż razy, wracając wieczorem do domu, zacznę wchodzić na schody, kierując kroki do jego pokoju, aby opowiedzieć wydarzenia dnia, poprosić o radę w jakimś szczególnie trudnym przypadku, zetrzeć się z nim na temat zasług Rousseau i Montesquieu? Lecz po kilku schodkach dotrze do mnie ta prawda: Nie warto iść dalej, tam na górze nikt na ciebie nie czeka!

Niektórzy umierają po długiej chorobie, w strasznych męczarniach, krzycząc, jęcząc i rzężąc. Nie sposób zaprzeczyć nieuchronności ich zgonu, niekiedy wręcz wyczekiwanego niczym wyzwolenie. Lecz z Dziadkiem było inaczej. Jak mam uwierzyć, że nie żyje?

Przyszli w odwiedziny jego starzy przyjaciele, Carbon, Boitel i Valensart. Dziadek właściwie już nie chodził, leżał w swoim pokoju, wyciągnięty na sofie, otoczony troskliwą opieką Prudence. Wokół niego zasiadł krąg wiernych przyjaciół. Jak zwykle przekomarzano się, dyskutowano, czy takie lub inne zdarzenie miało miejsce w takim czy innym roku. Charles Lajoy skierował rozmowę na temat ostatniego pobytu królewskiego dworu w zamku. Boitel i Carbon spierali się o jakieś błahostki, nie mogąc dojść do porozumienia. Zgodnym ruchem obrócili się w stronę Dziadka, aby poprosić go o rozsądzenie sporu, jak to zwykle bywało.


  
– Co o tym myślisz, Charles?

   
Staruszek nie odpowiadał. Z zamkniętymi oczami i wyrazem błogości na twarzy umarł w trakcie tak przez siebie lubianych rozmów. Trzej kompani zamilkli, już przeczuwając, jaka się wokół nich otwiera pustka.

Spotkała go piękna śmierć, godna życia uczciwego człowieka. Ani przez chwilę nie utracił żywego, błyskotliwego umysłu, który sprawiał, że był tak irytujący, a zarazem budził tyle przywiązania.

Nie jestem w stanie dalej pisać. Co ja bez niego pocznę?

Ze łzami w oczach Clémence przerwała czytanie. Uwielbiała tego staruszka, który pokochał ją niczym własną córkę. Przynajmniej zakończył życie zgodnie ze swoim pragnieniem, jako prawdziwy patriarcha. Opuściła kartki na kolana i długo siedziała pogrążona we wspomnieniach.

Była szczęśliwa, że dała mu radość trzymania na kolanach prawnucząt: Emile’a, którego imię miało mu przypominać jego ukochanego Jean-Jacques’a Rousseau, i Annette, którą miał zwyczaj nazywać swoją ptaszyną. Zmarł w 1779 roku, więc nie było mu dane poznać ich trzeciego dziecka, François, urodzonego w 1785 roku. „Owoc naszej starości” – jak mawiał ze śmiechem Louis. Jeśli zaś chodzi o Prudence, która przybyła do rodziny jako służąca, starszy pan poślubił ją ostatecznie w 1771 roku, uznając za swojego jej dziewięcioletniego syna, z którym pojawiła się u nich w domu. „Ci z Lajoy” – mawiał stary patriarcha o swej paranteli, tak jak się mówi o „tych z Lotaryngii” lub „tych z Sabaudii”.

Mimo zmęczenia Clémence podjęła dalszą lekturę dziennika; świetnie zdawała sobie sprawę, że próbuje w ten sposób zastąpić wieczorne pogawędki z mężem.

Przez lata, jakie upłynęły od śmierci Charles’a Lajoya, Louis co wieczór zapisywał swoje przemyślenia, robił notatki kliniczne z co bardziej interesujących przypadków, rejestrował wydarzenia rodzinne, opisywał swoje radości i smutki. Przerzucając kartki, Clémence ponownie przeżywała te szczęśliwe lata. Wreszcie nastąpił 1789 rok. Ton dziennika zmienił się na wyłącznie polityczny.

Po entuzjastycznym początku, gdzie opisywał swój udział w redagowaniu zeszytów skarg i postulatów, które miały zostać przedłożone Stanom Generalnym, z dumą zanotował, że wstąpił do Towarzystwa Przyjaciół Konstytucji i został wybrany do władz miejskich. Szybko jednak pojawiło się rozczarowanie, ze strony na stronę coraz bardziej widoczne. Louis z goryczą odnotował niezwykłą karierę Bertrand-Quinqueta, wściekłego jakobina i antyklerykała, dokonaną kosztem liberalnej szlachty i umiarkowanych notabli.

Po ucieczce króla do Varennes nastąpiło najpierw zaniepokojenie, potem niesmak wywołany masakrami w więzieniach we wrześniu 1792 i śmiercią króla w 1793 roku. Odraza Louisa sięgnęła szczytu, kiedy dwudziestego drugiego listopada 1793 roku Compiègne przemianowano na Marat-sur-Oise.

Rozpoczynałem ten dziennik jako kontynuację moich rozmów z Dziadkiem. Co moglibyśmy powiedzieć sobie dzisiaj, patrząc na nieszczęścia, do jakich doprowadziło wprowadzenie w życie idei, które tak nam były drogie? Gdzie jest wolność ludzi zatrzymywanych bez powodu, gdzie równość we Francji wydanej na łaskę paskarzy, gdzie braterstwo, kiedy donosy stały się naszym chlebem powszednim? Robespierre, ten upudrowany szarlatan, uważa się za spadkobiercę Rousseau. Co by na to powiedział Dziadek?

Tutaj dziennik się urywał. Na szczęście ludziom Lecoubrautina nie udało się go znaleźć. Żyjąc u boku męża, Clémence widziała ogarniającą go stopniowo rozpacz – tym większą, że jego syn, Emile, opanowany rewolucyjnymi ideami, stał się rzecznikiem najbardziej radykalnych i skrajnych poglądów, które głosił ze zwykłym dla młodości zapałem i brakiem rozwagi.

A teraz tego człowieka wielkiej dobroci aresztowano i być może, wieziono na gilotynę. Do jego powrotu – nawet nie chciała myśleć, że go już nigdy nie zobaczy – nie potrafiła być sobą.

Ileż wydarzeń w ciągu dwóch miesięcy! Wydarzeń, które przewróciły do góry nogami zarówno jej życie, jak i życie całej rodziny. Przed jej oczami przesuwały się twarze: Céleste Vazille, Bertrand-Quinquet, stary Calvert, rodzina Beaulincourt, ojciec Antoine, Philippot, Lecoubrautin... oni wszyscy odegrali jakąś rolę w szeregu morderstw, aresztowań i donosów, które w końcu odebrały jej męża.

   

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj