Fragment książki "Traveler"

  
Rycerz, śmierć i diabeł

Maya wzięła ojca za rękę, kiedy wychodzili z podziemi na światło. Thorn nie odepchnął jej. Nie kazał też, aby skoncentrowała się na utrzymaniu prawidłowej postawy. Z uśmiechem na twarzy prowadził ją wąskimi schodkami w stronę długiego, pochyłego tunelu o ścianach wyłożonych białymi płytkami. Po jednej stronie wmontowano stalowe pręty. Z powodu tej bariery zwykłe przejście wyglądało jak część gigantycznego więzienia. Gdyby Maya była sama, zapewne czułaby się jak w pułapce, ale obok był ojciec, nie miała się więc czego obawiać.

To cudowny dzień, pomyślała. Być może nawet drugi najcudowniejszy dzień w jej życiu. Wciąż miała w pamięci chwile sprzed dwóch lat, gdy ojciec spóźnił się na jej urodziny i Boże Narodzenie. Pojawił się dopiero w drugi dzień świąt, zajeżdżając taksówką wypełnioną prezentami dla niej i dla matki. Ranek ten był radosny i pełen niespodzianek, ale dzisiejsza sobota zapowiadała się jeszcze bardziej obiecująco.

Tym razem nie pojechali, jak zawsze, do opuszczonego magazynu w pobliżu Canary Wharf, gdzie ojciec odsłaniał jej tajniki sztuki zadawania ciosów nogami i rękoma albo uczył posługiwać się bronią. Zamiast tego spędzili dzień w londyńskim zoo. Ojciec opowiadał różne historie o każdym ze zwierząt. Zwiedził świat wzdłuż i wszerz, potrafił więc rozprawiać o Paragwaju lub Egipcie tak, jakby był przewodnikiem wycieczek.

Ludzie przyglądali się im, gdy przechodzili od jednej klatki do drugiej. Większość Arlekinów usiłowała rozpłynąć się w tłumie, ale jej ojciec zdecydowanie wyróżniał się wśród zwykłych obywateli. Był z pochodzenia Niemcem, miał mocno zarysowany nos, włosy do ramion i ciemnoniebieskie oczy. Nosił ubrania w posępnych kolorach, a na ręku stalową bransoletę kara, przypominającą pęknięte kajdanki.

W szafie wynajmowanego przez nich we wschodnim Londynie mieszkania Maya znalazła postrzępioną książkę o historii sztuki. Na jednej z pierwszych stron zamieszczono w niej reprodukcję miedziorytu Rycerz, śmierć i diabeł autorstwa Albrechta Dürera. Lubiła wpatrywać się w ten wizerunek, chociaż budził w niej dziwne odczucia. Zbrojny rycerz, podobny do jej ojca, dzielny i opanowany, jechał konno przez góry, śmierć trzymała w dłoniach klepsydrę, a diabeł udawał giermka. Thorn również nosił miecz, ale ukrywał go w metalowej tubie przywiązanej do skórzanego pasa.

Choć właściwie była dumna z Thorna, to jednak czasem czuła się zażenowana i zakłopotana. Chwilami pragnęła być zwyczajną dziewczyną, córką zażywnego jegomościa pracującego w biurze – szczęśliwego człowieka, który zafundował jej lody i opowiadał dowcipy o kangurach. Świat wokół niej, wypełniony krzykliwą modą, muzyką pop i telewizyjnym show, stanowił nieustanną pokusę. Pragnęła wskoczyć do tej ciepłej toni i dać się ponieść nurtowi.

Bycie córką Thorna męczyło ją, gdyż wiązało się z koniecznością nieustannego unikania inwigilacji ze strony Rozległej Sieci, ciągłego wypatrywania wrogów i przewidywania, skąd może nadejść atak.

Miała już dwanaście lat, ale nie dysponowała jeszcze dostateczną siłą, aby posługiwać się mieczem Arlekinów. Zamiast niego ojciec wyciągnął z szafy laskę i wręczył jej tego ranka, zanim wyszli z mieszkania. Po ojcu odziedziczyła biały kolor skóry oraz mocne rysy, po sikhijskiej matce gęste, kruczoczarne włosy. Jej niebieskie oczy były tak jasne, że pod pewnym kątem wydawały się niemal przezroczyste. Nienawidziła chwil, kiedy pełne najlepszych intencji kobiety podchodziły do matki i prawiły komplementy na temat jej urody. Za kilka lat będzie wystarczająco dorosła, żeby zmienić stroje i wyglądać możliwie pospolicie i zwyczajnie.

Po wyjściu z zoo ruszyli spacerowym krokiem przez Regent’s Park. Był koniec kwietnia, młodzi mężczyźni ganiali za piłką na zabłoconej murawie, rodzice popychali wózki z opatulonymi niemowlakami. Można było odnieść wrażenie, że całe miasto cieszy się słońcem po trzech deszczowych dniach. Linią metra Picadilly dojechali do stacji Arsenal. Zaczynało się ściemniać, gdy doszli do wyjścia na ulicę. W Finisbury Park znajdowała się indyjska restauracja, w której Thorn zamówił stolik na wczesną kolację. Do uszu Mai dobiegły hałasy – głośne trąbienie piszczałek i krzyki w oddali. Pomyślała, że to jakaś polityczna demonstracja.

Przeszła za ojcem przez bramkę metra na zewnątrz i znalazła się w samym środku wojny. Stojąc na chodniku, widziała gęsty tłum ludzi maszerujących Highbury Hill Road. Nie nieśli ze sobą transparentów ani flag, co pozwoliło Mai zrozumieć, że ogląda właśnie zakończenie meczu piłki nożnej. Przy tej samej ulicy znajdował się stadion Arsenalu, na którym jeszcze przed chwilą zespół w biało-niebieskich strojach – Chelsea – rozgrywał mecz. Kibice tej drużyny wychodzili przeznaczoną dla gości bramą po zachodniej stronie stadionu i szli ulicą między stojącymi po obu stronach szeregowymi domami. Od stacji metra dzielił ich krótki odcinek, którego pokonanie zwykle trwało chwilę, lecz teraz ulica przypominała klasyczną „ścieżkę zdrowia”. Policja chroniła kibiców Chelsea przed agresją fanów Arsenalu, którzy próbowali ich atakować i sprowokować do bójki.

Policjanci rozdzielali przeciwników, idąc po obu stronach biało-niebieskiego środka. Czerwoni rzucali butelkami i usiłowali przedrzeć się przez kordon. Zaskoczeni przez czoło pochodu przechodnie wskakiwali między zaparkowane samochody i przewracali kubły ze śmieciami. Różowe kwiaty, którymi były obsypane rosnące wzdłuż krawężnika krzewy głogu, drżały za każdym razem, gdy ktoś w nie wpadał. Płatki wirowały w powietrzu i opadały na wezbraną ludzką masę.

Kolumna zmierzała ku stacji metra, oddalonej o jakieś sto metrów. Thorn mógł ruszyć w lewo w Gillespie Road, pozostał jednak na chodniku i obserwował ludzi gromadzących się wokół nich. Uśmiechał się lekko, pewien własnej siły, bawiąc się daremną agresją chuliganów. Oprócz miecza miał zwykle przy sobie co najmniej jeden nóż oraz krótką broń palną, zdobytą dzięki kontaktom w Ameryce. Gdyby tylko chciał, pozbawiłby życia wielu spośród tych ludzi, ale ta konfrontacja miała charakter publiczny i uczestniczyła w niej policja. Maya zerknęła na ojca. Powinniśmy uciekać, pomyślała. Motłoch całkowicie oszalał. Thorn jednak skarcił córkę gniewnym spojrzeniem, jakby wyczuł jej strach.

Dziewczynka nie wydała z siebie głosu.

Wszyscy wokół krzyczeli. Ich wrzaski zlały się w jeden rozwścieczony ryk. Maya usłyszała przenikliwe wycie. Był to odgłos policyjnych syren. W powietrzu śmignęła butelka po piwie i rozbiła się w drobny mak tuż obok miejsca, w którym oboje stali. Nagle ruchomy klin czerwonych koszulek i szalików przedarł się przez policyjny kordon i dostrzegła, jak mężczyźni w tłumie zadają sobie ciosy pięściami i kopniaki.

Po twarzy jednego ze stróżów prawa popłynęła krew, zdołał jednak podnieść pałkę i ponownie podjął walkę.

Ścisnęła kurczowo dłoń ojca.

  
– Idą w naszym kierunku – powiedziała. – Musimy zejść im z drogi.

  
Thorn obrócił się i pociągnął córkę do tyłu, w kierunku wejścia do stacji metra, jakby chciał tam znaleźć schronienie. Ale teraz policjanci pędzili fanów Chelsea niczym stado bydła, a dziewczynkę otoczyli ludzie ubrani na niebiesko. Maya i ojciec, osaczeni przez tłum, zostali przepchnięci obok kasy biletowej, w której za grubą szybą siedział skulony ze strachu staruszek kasjer.

Thorn przeskoczył przez bramkę, w ślad za nim uczyniła to Maya. Znaleźli się ponownie w długim tunelu prowadzącym na perony, do pociągów. Wszystko w porządku, pomyślała.

Już jesteśmy bezpieczni. Po chwili zdała sobie jednak sprawę, że ludzie w czerwonych barwach również zdołali przedostać się do tunelu i biegli teraz obok nich. Jeden z nich niósł czerwoną skarpetę wypełnioną czymś ciężkim – kamieniami, może kulkami z łożyska – i zamachnął się nią niczym maczugą w kierunku starszego mężczyzny, który akurat znalazł się pod ręką. Rozbił mu okulary i rozkwasił nos. Banda oprychów Arsenalu przyparła kibica Chelsea do
stalowych barierek po lewej stronie tunelu. Ofiara napaści, kopana i bita, usiłowała wyrwać się z matni. Krwi było coraz więcej. I żadnego policjanta w pobliżu.

Thorn chwycił Mayę za kurtkę i wywlókł ją poza zasięg walczących. Jeden z chuliganów chciał ich zaatakować, ale ojciec powstrzymał go, wymierzając szybki i skuteczny cios prosto w gardło. Dziewczynka ruszyła w dół tunelu, próbując dobiec do schodów. Jednak zanim zdołała zrobić krok, coś przypominającego linę owinęło się wokół jej ramion i piersi. Spojrzała w dół i zobaczyła, że Thorn obwiązuje jej ciało biało-niebieskim szalikiem Chelsea. W ułamku sekundy zdała sobie sprawę, że ten dzień spędzony w ogrodzie zoologicznym, wesołe opowiastki oraz wyprawa do restauracji stanowiły część planu. Ojciec wiedział o meczu i prawdopodobnie był tu wcześniej, żeby sprawdzić czas przybycia band kibiców. Zerknęła nad ramieniem, dostrzegła uśmiech Thorna i potakujące kiwnięcie głową, jakby opowiadał kolejną zabawną historię. Później odwrócił się i odszedł.


  
Maya obróciła się na pięcie, gdy trójka fanów Arsenalu ruszyła z krzykiem w jej stronę. Nie myśl. Reaguj. Dźgnęła laską niczym oszczepem i okuty stalą koniec trafił z chrupotem w czoło najwyższego z mężczyzn. Krew trysnęła strugą z jego głowy i zaczął się osuwać, ale Maya już się odwracała, aby ugodzić drugiego z napastników. Gdy ten odchylił się do tyłu, wyskoczyła wysoko i kopnęła go w twarz. Okręcił się i upadł na posadzkę. Dostał – i to solidnie. Doskoczyła i poprawiła kolejnym kopniakiem. Gdy odzyskała równowagę, trzeci z mężczyzn chwycił ją od tyłu, uniósł nad ziemię i ścisnął z całych sił, usiłując złamać jej żebra. Maya upuściła laskę, wyciągnęła obie ręce do tyłu i złapała bandziora za uszy. Napastnik wrzasnął, gdy przerzuciła go przez ramię i rozciągnęła na ziemi.

Wreszcie dobiegła do schodów i pokonała je, przeskakując po dwa stopnie. Po chwili ujrzała ojca stojącego na peronie obok otwartych drzwi pociągu. Chwycił ją prawą ręką, a lewą torował drogę do wnętrza wagonu. Drzwi rozsuwały się i zasuwały, aż w końcu się zamknęły. Kibice Arsenalu dopędzili pociąg, walili pięściami w szyby, ale wagony ruszyły z miejsca i zagłębiły się w tunelu.

Wewnątrz panował ścisk. Maya słyszała chlipiącą kobietę, stojący przed nią chłopiec przykładał chusteczkę do rozbitych warg i nosa. Wagon wszedł w łuk, siła bezwładu pchnęła ją na ojca. Ukryła twarz w jego wełnianym płaszczu. Nienawidziła go i kochała, pragnęła uderzyć go, a zarazem przytulić się do niego – wszystko naraz. Tylko nie płacz, powiedziała do siebie w duchu. On cię obserwuje. Arlekini nie płaczą. Przygryzła dolną wargę tak mocno, że poczuła w ustach smak krwi.

  
1

Maya wylądowała na lotnisku Ruzyně późnym popołudniem. Do centrum Pragi dojechała wahadłowym autobusem. Wybór środka transportu był w pewnym sensie wyrazem buntu. Arlekin wynająłby auto z wypożyczalni albo złapał taksówkę. W taksówce zawsze można podciąć kierowcy gardło i zapanować nad sytuacją. Samolot i autobus były wyborem ryzykownym; stanowiły pułapkę o ograniczonej liczbie wyjść.

Nikt nie ma zamiaru pozbawić mnie życia, pomyślała. Nikomu na tym nie zależy. Travelerzy mieli wrodzoną moc, Tabulowie zaś dążyli do zgładzenia każdego członka ich rodu. Arlekini bronili Travelerów oraz ich nauczycieli, Przewodników, ale była to ich dobrowolna decyzja. Potomek Arlekina mógł zrezygnować z drogi miecza, przybrać zwykłe nazwisko i znaleźć swoje miejsce w Rozległej Sieci. Trzymając się z dala od kłopotów, mógł liczyć na to, że Tabulowie pozostawią go w spokoju.

Kilka lat temu Maya złożyła wizytę Johnowi Mitchellowi Kramerowi, jedynemu synowi Greenmana, brytyjskiego Arlekina, który zginął w Atenach od bomby podłożonej przez Tabulów w samochodzie. Kramer prowadził hodowlę trzody chlewnej w Yorkshire, miała więc okazję zobaczyć go, jak brnie mozolnie przez gnój z wiadrami paszy dla swoich kwiczących podopiecznych.

  
– Oni wiedzą tylko tyle, że nie przekroczyłaś jeszcze granicy – powiedział. – To twój wybór, Mayu. Zawsze możesz odejść i wieść normalny żywot.

  
Maya zdecydowała, że stanie się Judith Strand, młodą kobietą, która zaliczyła kilka seminariów z dziedziny wzornictwa przemysłowego na Uniwersytecie Salford w Manchesterze. Przeniosła się do Londynu i podjęła pracę asystentki w firmie projektanckiej. Po pewnym czasie zaproponowano jej zatrudnienie na pełny etat. Na trzy lata spędzone w mieście złożyła się nieustanna walka z własnymi słabościami oraz kilka drobnych zwycięstw. Wciąż miała w pamięci ten pierwszy raz, kiedy wyszła z mieszkania bez broni. Nie mogła obronić się przed Tabulami, czuła się słaba i zagrożona. Odniosła wrażenie, że na ulicy wszyscy ją obserwują – każdy, kto się zbliżył, był potencjalnym zamachowcem. Spodziewała się rażenia kulą lub ciosu sztyletem, nic się jednak nie stało.

Stopniowo wychodziła na coraz dłużej, testując nowe podejście do świata. W szybach sklepowych witryn przestała już szukać odbić prześladowców idących jej tropem. Kiedy siedziała z nowymi przyjaciółmi w restauracji, nie ukrywała broni po kieszeniach i przestała siadać plecami do ściany.

W kwietniu naruszyła jedną z głównych zasad Arlekinów i zaczęła odwiedzać psychiatrę. W Bloomsbury, w pokoju pełnym książek, odbyła pięć kosztownych sesji. Chciała rozmawiać o swoim dzieciństwie i pierwszej zdradzie na stacji metra Arsenal, okazało się to jednak niemożliwe.

Doktor Bennett był schludnym, drobnym mężczyzną o nadzwyczaj głębokiej wiedzy na temat win oraz starej porcelany. Wciąż jeszcze pamiętała jego zaskoczenie, gdy nazwała go „obywatelem”.

  
– Z pewnością jestem obywatelem – oznajmił. – Urodziłem się i wychowałem w Wielkiej Brytanii.
– To tylko etykietka, którą posługuje się mój ojciec. Dziewięćdziesiąt pięć procent populacji to obywatele albo trutnie.

  
Doktor Bennett zdjął okulary w pozłacanych oprawkach i przetarł szkła zieloną flanelką.

  
– Mogłaby to pani wyjaśnić dokładniej?
– Obywatele są kategorią ludzi, którym się wydaje, że rozumieją to, co dzieje się w świecie.
– Nie wszystko rozumiem, Judith. Nigdy bym tak nie powiedział. Ale orientuję się dobrze w bieżących wydarzeniach.Każdego ranka, gdy ćwiczę na ruchomej bieżni, oglądam telewizyjne wiadomości.

  
Maya zawahała się, po chwili zdecydowała się jednak powiedzieć prawdę.

  
– Fakty, które pan zna, są w przeważającej większości iluzją. Prawdziwe zmagania, mające wpływ na historię, rozgrywają się pod powierzchnią.

  
Doktor Bennett uśmiechnął się protekcjonalnie.

  
– Proszę mi opowiedzieć o trutniach.
– Trutnie są ludźmi do tego stopnia obezwładnionymi walką o przetrwanie, że nie są świadomi niczego poza tym, co dzieje się w ich codziennej krzątaninie.
– Czy ma pani na myśli ubogich i nędzarzy?
– Mogą być biedni albo należeć do trzeciego świata, ale wciąż dysponują zdolnością dokonania transformacji. Ojciec zwykł mawiać: „Obywatele ignorują prawdę, a trutnie są za bardzo zmęczeni”.

  
Psychiatra nasunął okulary na nos i sięgnął po swój notes.

  
– Być może będziemy musieli porozmawiać o pani rodzicach.

  
Na tym terapia się zakończyła. Cóż bowiem mogła opowiedzieć o Thornie? Jej ojciec był Arlekinem, który przeżył pięć prób zamachów podjętych przez Tabulów. Cechowały go duma, bezwzględność, męstwo i brawura. Matka pochodziła z rodziny Sikhów, powiązanej z Arlekinami od kilku pokoleń. Aby uczcić jej pamięć, Maya nosiła na prawym nadgarstku bransoletkę kara.

Pod koniec tego lata obchodziła dwudzieste szóste urodziny. Koleżanka z pracy zabrała ją na zakupy do zachodniej dzielnicy. To wtedy Maya kupiła sobie kilka modnych ciuchów w żywych, jaskrawych kolorach. Zaczęła też oglądać telewizję i nawet starała się uwierzyć w to, co podawały wiadomości. Bywały chwile, że czuła się szczęśliwa, powiedzmy – prawie szczęśliwa, i pogodziła się z nieustannym rozpraszaniem uwagi przez Rozległą Sieć. Sieć, która co
chwilę podsuwała jakiś nowy powód do obaw albo nowy produkt, który każdy chciał kupić.

Chociaż przestała nosić broń, od czasu do czasu odwiedzała szkołę kickboxingu w południowym Londynie, gdzie staczała sparingowy pojedynek z instruktorem. We wtorki i czwartki uczęszczała na zajęcia dla zaawansowanych w akademii kendo, ćwicząc walkę z użyciem bambusowego miecza shinai. Maya tłumaczyła sobie, że tylko dokłada starań, aby utrzymać się w formie, podobnie jak inni pracownicy jej firmy, którzy uprawiali jogging albo grywali w tenisa. W głębi duszy wiedziała jednak, że jest to coś więcej. Podczas walki człowiek oddaje się całkowicie chwili, koncentrując się na własnej obronie i pokonaniu przeciwnika. Nic z tego, co robiła w prywatnym życiu, nie mogło się równać z intensywnością tych przeżyć.


  
Teraz przyjechała do Pragi, żeby zobaczyć się z ojcem. Z pełną mocą powróciły dobrze znane, towarzyszące Arlekinom paranoiczne rojenia. Kupiła bilet w kiosku na lotnisku, wsiadła do autobusu i zajęła miejsce z tyłu. Nie była to korzystna pozycja obronna, ale nie zamierzała się tym przejmować. Obserwowała starszą parę oraz grupę niemieckich turystów, jak wchodzą do autobusu i układają bagaże. Starała się rozproszyć skupienie, kierując myśli
ku Thornowi, ale nad jej ciałem zapanował instynkt, który zmusił ją do wybrania innego miejsca, w pobliżu wyjścia awaryjnego. Pokonana przez wytrenowany nawyk, przepełniona wściekłością zacisnęła dłonie i na siłę skierowała wzrok w stronę okna.

Gdy wyjeżdżali z terminalu, zaczynało mżyć. Kiedy dojeżdżali do centrum, lało już na dobre. Praga rozciągała się po obu stronach rzeki, ale wąskie uliczki i budynki z szarego kamienia sprawiły, że czuła się jak w wielkim labiryncie. W mieście było mnóstwo katedr i pałaców, a ich smukłe wieże strzelały prosto w niebo.

Na przystanku autobusowym musiała dokonać wyboru. Mogła pójść do hotelu piechotą albo machnąć ręką na przejeżdżającą taksówkę. Wróbel, legendarny japoński Arlekin, napisał kiedyś, że prawdziwy wojownik powinien „kultywować przypadkowość”. W kilku słowach ujął cały system filozoficzny. Arlekin musiał odrzucić ogłupiającą rutynę i wygodne przyzwyczajenia. Powinien prowadzić życie zdyscyplinowane, ale nie obawiać się zaburzeń i chaosu.

Padał deszcz. Maya przemokła do suchej nitki. Najbardziej oczywistym krokiem było skorzystanie z taksówki czekającej przy chodniku. Wahała się przez chwilę, uznała jednak, że postąpi jak zwyczajny obywatel. Trzymając kurczowo bagaże w jednej ręce, mocnym szarpnięciem otworzyła drzwi taksówki i usiadła na tylnym siedzeniu. Kierowca był przysadzistym, brodatym mężczyzną o niskim wzroście i wyglądzie trolla. Podała nazwę hotelu, ale mężczyzna nie zareagował.

  
– Chodzi o hotel Kampa – powiedziała po angielsku. – Czy ma pan jakiś problem?
– Żadnego – odparł kierowca i wjechał na pas ruchu.

  
Hotel Kampa był dużym, czteropiętrowym budynkiem z zielonymi markizami. Jego zwarta konstrukcja budziła zaufanie. Znajdował się przy uliczce wyłożonej kocimi łbami, tuż obok mostu Karola. Maya zapłaciła taksówkarzowi, kiedy jednak chciała otworzyć drzwi, okazało się, że są zamknięte.

  
– Otwórz te cholerne drzwi.
– Przepraszam najmocniej, madame – troll nacisnął przycisk i zamek otworzył się z kliknięciem. Uśmiechając się, obserwował, jak Maya wychodzi z taksówki.

  
Poleciła portierowi zanieść bagaże do recepcji. Ponieważ zamierzała zobaczyć się z ojcem, uważała, że powinna nosić przy sobie zwykły oręż. Broń była ukryta w trójnożnym statywie kamery wideo. Jej wygląd nie zdradzał, jakiej jest narodowości, portier przemówił więc do niej po angielsku i francusku. Wybierając się w podróż do Pragi, zrezygnowała z kolorowych ubiorów kupionych w Londynie. Miała na sobie botki z krótką cholewką, czarny sweter oraz luźne spodnie w szarym kolorze. Był to styl typowy dla Arlekinów, oparty na ciemnych, kosztownych tkaninach oraz ubraniach szytych na miarę. Nie wchodziły w grę obcisłe stroje ani krzykliwe kolory. Nic, co mogłoby spowolnić ruchy podczas walki.

W holu znajdowały się klubowe fotele oraz małe stoliki. Na ścianach wisiały wyblakłe gobeliny. W położonej z boku kawiarni grupka starszych kobiet raczyła się herbatą, rozmawiając nad tacą z ciastem. Przy ladzie recepcji hotelowy boy przyglądał się futerałom na statyw i kamerę wideo; sprawiał wrażenie zadowolonego. Jedna z zasad Arlekinów głosiła, że zawsze trzeba mieć gotowe wytłumaczenie, kim się jest oraz co się robi w danym miejscu. Sprzęt wideo
był raczej oczywistym rekwizytem. Portier i boy pomyśleli zapewne, że jest kimś w rodzaju filmowca.

Wynajęty przez nią apartament znajdował się na trzecim piętrze; był ciemny i pełen imitacji wiktoriańskich lamp oraz tapicerowanych mebli. Jedno z okien wychodziło na ulicę, drugie na restaurację ulokowaną w hotelowym ogrodzie. Wciąż jeszcze padało i restauracja była zamknięta. Parasole w paski przy stolikach nasiąkły wodą, oparte o okrągłe stoliki krzesła przywoływały skojarzenie ze zmęczonymi żołnierzami. Maya zajrzała pod łóżko i znalazła mały powitalny podarunek od ojca – pięćdziesiąt metrów liny używanej do wspinaczki, zakończonej hakiem. Gdyby do drzwi zapukał ktoś niepowołany, mogła wyjść przez okno i zniknąć z hotelu w niespełna dziesięć sekund.

Zdjęła płaszcz, ochlapała twarz wodą, a następnie położyła trójnóg na łóżku. Pracownicy ochrony lotniska przy bramce kontrolnej poświęcili dużo czasu na zbadanie tajni19 ków kamery i kilku obiektywów. Prawdziwa broń znajdowała się jednak w trójnożnym statywie. Jedna z nóg kryła dwa noże. Pierwszy, specjalnie wyważony, służył do rzucania, drugi – sztylet – do dźgania. Włożyła je do pochew i wsunęła pod elastyczny bandaż owinięty wokół przedramion. Ostrożnie podwinęła do góry rękawy swetra i obejrzała się w lustrze. Sweter był na tyle luźny, by biała broń stała się niezauważalna. Maya skrzyżowała nadgarstki, wykonała szybki ruch ramionami i w jej prawej dłoni znalazł się nóż.

Klinga miecza znajdowała się w drugiej nodze statywu. Trzecia noga stanowiła schowek na rękojeść oraz jelec chroniący rękę. Maya połączyła elementy.  Jelec miał trzpień, który można było przesuwać na boki. Gdy wychodziła z mieczem na ulicę, garda była ustawiona równolegle do głowni, dzięki czemu na całej długości broń leżała w linii prostej. Jeśli zachodziła potrzeba podjęcia walki, przestawiało się jelec do właściwej pozycji.

Oprócz trójnogu i kamery Maya miała też ze sobą metalową tubę długości czterech stóp, z paskiem na ramię. Tuba sprawiała niejasne wrażenie schowka na przybory, które artysta zabiera ze sobą do studia. Podczas poruszania się po mieście służyła za pochwę dla miecza. Maya potrafiła wydobyć go w ciągu dwóch sekund, kolejną sekundę zajmowało przygotowanie ataku. Kiedy była nastolatką, ojciec nauczył ją posługiwania się mieczem, później doskonaliła umiejętności techniczne na zajęciach kempo prowadzonych przez japońskiego instruktora.

Arlekinów szkolono również w użyciu broni krótkiej i karabinów szturmowych. Ulubionym orężem Mai była bojowa strzelba śrutowa kaliber 12 z uchwytem pistoletowym. Stosowanie staromodnego miecza obok nowoczesnych rodzajów broni było dozwolone – i wysoko cenione – jako element arlekińskiego stylu. Broń palna stanowiła zło konieczne, ale miecze pochodziły z innej epoki i nie poddawały się inwigilacji ani kontroli zawiłej, monitorującej Sieci. Ćwiczenia z mieczem doskonaliły równowagę, uczyły zasad strategii oraz pozbawiały skrupułów. Miecz Arlekinów, na podobieństwo sikhijskiej szabli kirpan, stanowił ogniwo łączące każdego wojownika z duchowym obowiązkiem i rycerską tradycją.

Thorn był przekonany, że używanie mieczy miało również przyczyny natury praktycznej. Ukryte w jakimś sprzęcie, na przykład w trójnogu, dawały się przemycić przez kontrolę bezpieczeństwa na lotniskach. Miecz był bronią cichą, krył w sobie również element tak dużego zaskoczenia, że użyty wobec niczego się niespodziewającego przeciwnika wywoływał u niego szok. Maya wyobraziła sobie atak. Najpierw pozorowane natarcie na głowę nieprzyjaciela, następnie wypad do dołu i cięcie w bok kolana. Niewielki opór. Pękająca kość i chrząstka. Czyjaś noga zostaje odcięta. Wśród zwojów liny dostrzegła brązową kopertę. Rozerwała ją i przeczytała adres oraz wyznaczony czas spotkania. Godzina siódma wieczór. Plac Betlémské Náměstí na Starym Mieście. Położyła miecz na kolanach, zgasiła wszystkie światła i podjęła próbę medytacji.

Przed oczyma jej wyobraźni przepływały różne obrazy. Były to wspomnienia jedynej walki stoczonej samodzielnie jako Arlekin. Miała wtedy siedemnaście lat. Ojciec zabrał ją do Brukseli, gdzie miał ochraniać podróżującego po Europie buddyjskiego mnicha. Mnich był Przewodnikiem, jednym z duchowych nauczycieli, którzy potrafili pokazać potencjalnym Travelerom, jak się przechodzi z jednego wymiaru do drugiego. Chociaż Arlekini nie składali przysięgi, że będą za wszelką cenę bronić Przewodników, pomagali im, kiedy tylko mogli. Mnich był wybitnym nauczycielem i dlatego znalazł się na liście śmierci Tabulów.

Tamtego wieczoru w Brukseli ojciec Mai oraz jego francuski przyjaciel, Linden, strzegli hotelowego apartamentu mnicha. Jej polecono pilnować wejścia do służbowej windy w podziemiach. Kiedy nadeszło dwóch tabulskich najemników, nie było nikogo, kto mógłby przyjść jej z odsieczą. Jednego postrzeliła z automatu w gardło, drugiego zarąbała na śmierć mieczem. Krew zbryzgała jej szary, dziewczęcy kostium, ramiona i dłonie. Kiedy odnalazł ją Linden, nie mogła opanować histerycznego szlochu.

Dwa lata później mnich zginął w wypadku samochodowym. Przelana krew i cierpienia poszły na marne. Uspokój się, powiedziała do siebie. Znajdź własną mantrę. Travelerzy nasi, którzy jesteście w niebie… Niech ich wszyscy diabli.


  
* * *

Deszcz ustał około szóstej po południu, postanowiła więc, że uda się do mieszkania Thorna pieszo. Opuściła hotel, znalazła ulicę Mostecką i ruszyła w kierunku mostu Karola. Kamienna przeprawa w stylu gotyckim była dość szeroka, kolorowe lampy ustawione wzdłuż krawędzi oświetlały długi szpaler posągów. Turysta z kapeluszem na datki przy nogach grał na gitarze, uliczny artysta rysował węglem portret nieco leciwej przybyszki z dalekich stron. W połowie mostu stał posąg czeskiego świętego i męczennika. Słyszała kiedyś, że figura uchodzi za rodzaj amuletu przynoszącego szczęście. Wprawdzie nie istniało coś takiego, jak szczęśliwe zrządzenie losu, ale mimowolnie musnęła wykonaną z brązu tabliczkę pod posągiem i wyszeptała po cichu życzenie:

Żeby ktoś mnie pokochał i żebym odwzajemniła tę miłość”.

Nieco zawstydzona chwilą okazanej słabości przyspieszyła kroku, idąc mostem w kierunku Starego Miasta. W sklepach, kościołach oraz nocnych klubach ulokowanych w piwnicach kłębiła się ludzka ciżba niczym w zatłoczonym pociągu. Młodzi Czesi i zagraniczni turyści stali na zewnątrz pubów i piwiarni, spoglądali znużonym wzrokiem i zaciągali się skrętami z marihuany.

Thorn mieszkał przy ulicy Konviktskiej, o jeden kwartał na północ od sekretnego więzienia zlokalizowanego przy sąsiedniej ulicy Bartolomejskiej. W okresie zimnej wojny tajna policja przejęła budynek żeńskiego klasztoru i wykorzystywała jego pomieszczenia na cele więzienne i sale tortur. Obecnie siostry zakonne odzyskały swoją własność, a służba bezpieczeństwa przeniosła się do innego budynku w okolicy. Gdy Maya obchodziła kwartał uliczek, zdała sobie sprawę, dlaczego Thorn osiedlił się właśnie tutaj. Praga wciąż zachowywała średniowieczny charakter, a większość Arlekinów odnosiła się z niechęcią do wszystkiego, co wyglądało na nowe i nowoczesne. Miasto mogło się też pochwalić dobrze funkcjonującą służbą zdrowia, sprawną siecią komunikacyjną oraz szerokim dostępem do Internetu.

Trzeci z rozstrzygających czynników był chyba najważniejszy – czeska policja wciąż jeszcze przestrzegała etyki z czasów komunistycznego reżimu. Jeśli Thorn przekupiłby właściwych ludzi, zyskałby dostęp do policyjnych archiwów oraz do paszportów.

  
* * *

W Barcelonie Maya spotkała kiedyś Cygana, który wytłumaczył jej, dlaczego ma prawo opróżniać cudze kieszenie i plądrować hotele, w których zatrzymują się turyści. Otóż kiedy Rzymianie krzyżowali Jezusa Chrystusa, przygotowali gwóźdź ze złota, który miał przebić serce Zbawiciela. Miejscowy Cygan – jak widać już w starożytnej Jerozolimie bywały z gościną cygańskie tabory – podwędził gwóźdź, a Bóg w podzięce dał Cyganom dyspensę na uprawianie złodziejskiego rzemiosła po wieczne czasy. Arlekini nie byli Cyganami, ale Maya była przekonana, że ich argumentacja mogła być bardzo podobna. Ojciec i jego towarzysze mieli niezwykle rozwinięte poczucie honoru i kierowali się zasadami własnej, osobistej moralności. Byli zdyscyplinowani i lojalni wobec siebie nawzajem, jednak z pogardą traktowali wszelkie prawa sformułowane przez zwykłych obywateli.

Ci, którzy wybrali drogę miecza, wierzyli święcie, że mają prawo zabijać i niszczyć na mocy przysięgi zobowiązującej ich do chronienia Travelerów.

  
* * *

Przeszła obok kościoła Świętego Krzyża i spojrzała w poprzek ulicy ku posesji przy Konviktskiej numer 18. Odrzwia z czerwonego drewna były wciśnięte między sklep z akcesoriami hydraulicznymi a salon z damską bielizną, w którego oknie wystawowym stał manekin odziany w parę wyszywanych cekinami pończoch przypiętych do pasa. Nad parterem wznosiły się jeszcze dwa piętra; wszystkie górne okna zamknięto okiennicami albo zamalowano ich szyby na kolor mlecznoszary. Z domów Arlekinów bywały zwykle co najmniej trzy wyjścia, w tym zawsze jedno tajne.

W tym budynku znajdowały się czerwone drzwi frontowe oraz wyjście z tyłu na podwórze. Prawdopodobnie przekuto również tajne przejście prowadzące w dół, do sklepu z bielizną.

Otworzyła górne wieko futerału, w którym był miecz, i przesunęła go nieco do przodu, żeby rękojeść wysunęła się na zewnątrz o kilka cali. W Londynie doręczyciel sądowych pozwów postępował rutynowo, wsuwając pod drzwi nieoznakowaną szarą kopertę. Nie miała pojęcia, czy Thorn wciąż żył oraz czy czeka na nią w tym budynku. Jeśli Tabulowie odkryli, że dziewięć lat temu brała udział w zabójstwie ich najemników w hotelu, łatwiej było im wywabić ją poza Anglię i wykonać wyrok w obcym mieście.

Przechodząc na drugą stronę ulicy, Maya zatrzymała się przed sklepem z bielizną i spojrzała w okno wystawowe. Szukała wzrokiem umownego znaku Arlekinów, czegoś w rodzaju maski lub części garderoby ze wzorem w romby, czegokolwiek, co rozładowałoby narastające w niej napięcie. Dochodziła siódma wieczór. Powoli ruszyła wzdłuż chodnika i dostrzegła rysunek kredą na betonowych płytach. Był to owalny kształt, któremu towarzyszyły trzy proste
linie – ideogram uproszczonego symbolu arlekińskiej lutni. Gdyby narysował ją jeden z Tabulów, zrobiłby to staranniej, a rysunek wierniej przypominałby instrument. Znaki na betonie były jednak bezładne i częściowo zatarte – zupełnie jakby ich autorem był znudzony dzieciak.

Nacisnęła dzwonek u drzwi, usłyszała terkoczący odgłos i dostrzegła kamerę monitorującą, ukrytą wewnątrz metalowej obudowy umieszczonej nad framugą drzwi. Zamek w drzwiach zgrzytnął i otworzył się, a Maya weszła do środka. Stała teraz w małym holu prowadzącym ku stromym metalowym schodom. Z tyłu za nią drzwi się zatrzasnęły, a zasuwa grubości trzech cali zaryglowała zamek. Znalazła się w pułapce.

Wyciągnęła miecz, ustawiła jelec w pozycji do walki i ruszyła schodami ku górze. Na szczycie schodów znajdowały się kolejne stalowe drzwi i jeszcze jeden dzwonek. Nacisnęła guzik, z małego głośnika dobiegł elektronicznie przetworzony głos.

  
– Identyfikacja głosu.
– Idź do diabła.

  
Komputer przeprowadził analizę jej głosu, a po upływie trzech sekund drugie drzwi również otworzyły się automatycznie. Maya wkroczyła do dużego białego pomieszczenia z błyszczącą drewnianą podłogą. Mieszkanie ojca było skromne i schludne. Nie było żadnej rzeczy z plastiku, niczego, co byłoby sztuczne lub krzykliwe. Delikatnie zaakcentowany przedpokój i pokój gościnny. Znajdował się w nim skórzany fotel oraz szklany stolik do kawy, na którym stał wazon z jedną orchideą.

Na ścianie wisiały dwa plakaty oprawione w ramy. Jeden z nich zapraszał na wystawę japońskich mieczy samurajskich, prezentowaną w Instytucie Sztuk Pięknych Nezu w Tokio. Drogę miecza. Żywot wojownika. Na drugim plakacie znajdował się asamblaż Marcela Duchampa z 1914 roku, zatytułowany Trzy standardowe zatrzymania. Francuski artysta z wysokości jednego metra upuszczał na paski płótna w kolorze pruskiego błękitu kawałki nitek, utrwalając w ten sposób ich układ. Podobnie jak każdy Arlekin, Duchamp nie walczył z przypadkowością i niewiadomą. Wykorzystywał je do tworzenia sztuki.

Usłyszała kroki bosych stóp na podłodze, później zza rogu wychyliła się postać z ogoloną głową, trzymająca w ręku pistolet maszynowy produkcji niemieckiej. Mężczyzna uśmiechał się, lufa jego broni była nachylona do dołu pod kątem 45 stopni. Gdyby był na tyle nierozważny, by unieść ją do góry, była zdecydowana zrobić wykrok w lewo i rozpłatać mu twarz mieczem.

– Witamy w Pradze – odezwał się po angielsku z rosyjskim akcentem. – Twój ojciec pojawi się za chwilkę.

Młodzieniec miał na sobie szorty ściągane w pasie tasiemką oraz bawełniany trykot bez rękawów z japońskimi literami nadrukowanymi na tkaninie. Maya dostrzegła liczne tatuaże na ramionach i karku. Węże. Demony. Wizja piekła. Nie musiała oglądać go w stroju Adama, żeby zyskać pewność, że jego ciało jest chodzącą epopeją. Arlekini zawsze gromadzili wokół siebie odmieńców i dziwaków, którzy im usługiwali.

Maya wsunęła miecz do metalowego futerału.

– Jak ci na imię?
– Aleksiej.
– Jak długo pracujesz dla Thorna?
– To nie jest praca – młody mężczyzna wyglądał na bardzo zadowolonego z siebie. – Pomagam twojemu ojcu, on pomaga mnie. Pobieram u niego nauki, by zostać mistrzem sztuk walki.
– I radzi sobie doskonale – powiedział jej ojciec.


  
Najpierw usłyszała jego głos, później Thorn wyjechał zza narożnika na elektrycznym wózku. Arlekiński miecz znajdował się w pochwie przytroczonej do oparcia fotela. W ciągu ostatnich dwóch lat Thorn zapuścił brodę. Ramiona i tors wciąż jeszcze były na tyle mocarne, że niemal zapominało się o jego wysuszonych na wiór, bezużytecznych nogach. Thorn zatrzymał się i posłał uśmiech w kierunku córki.

– Dobry wieczór, Mayu.

Ostatni raz widziała ojca w Peszawarze tej nocy, kiedy wraz z Lindenem wywiozła go z gór na pograniczu północno-zachodnim. Thorn był nieprzytomny, a ubranie Lindena całe we krwi.

Posługując się sfabrykowanymi artykułami prasowymi, Tabulowie zwabili Thorna, Lindena, chińską Arlekin imieniem Willow oraz Arlekina z Australii zwanego Libra na plemienne obszary Pakistanu. Thorn był przekonany, że dwoje dzieci – dwunastoletni chłopiec oraz jego dziesięcioletnia siostra – są Travelerami i że grozi im niebezpieczeństwo ze strony fanatycznego religijnego przywódcy. Czworo Arlekinów oraz ich sprzymierzeńcy wpadli w zasadzkę zastawioną przez tabulskich najemników na górskiej przełęczy. Willow i Libra zginęli. Thorn został trafiony odłamkiem szrapnela i od pasa w dół był sparaliżowany.

Dwa lata później jej ojciec dzielił mieszkanie w Pradze z usługującym mu, wytatuowanym odmieńcem i wszystko było cudowne – po prostu zapomnijmy o przeszłości i ruszajmy do przodu! W tym momencie Maya odczuwała niemal satysfakcję z tego, że jej rodzic jest przykuty do inwalidzkiego wózka. Gdyby nie został ciężko zraniony, zapewne zaprzeczałby, że historia z zasadzką w ogóle się zdarzyła.

– Co u ciebie słychać, Mayu? – zapytał Thorn i zwrócił się do młodego Rosjanina. – Nie widziałem mojej córki od dłuższego czasu.

Użycie wyrazu „córka” wywołało w niej wściekłość. Oznaczało to, że ściągnął ją do Pragi, by o coś ją prosić.

– Od ponad dwóch lat – dodała.
– Dwóch lat? – uśmiechnął się Aleksiej. – Sądzę, że macie sobie wiele do powiedzenia.

Thorn wykonał gest ręką i Rosjanin zabrał skaner z bocznego stolika. Przyrząd przypominał niewielką różdżkę stosowaną przez lotniskowe służby bezpieczeństwa, ale wykorzystywano go do wykrywania sygnalizacyjnych koralików używanych przez Tabulów. Koraliki miały wielkość pereł i emitowały sygnały, które były odbierane przez satelity systemu GPS. Istniały dwa typy – mininadajniki radiowe oraz takie, które emitowały fale podczerwone.

– Nie marnuj czasu na szukanie paciorków. Tabulowie nie wykazują zainteresowania moją osobą.
– Jestem tylko ostrożny.
– Nie jestem Arlekinem i oni wiedzą o tym.

Skaner nie zabrzęczał. Aleksiej wyszedł z pokoju, a Thorn podjechał w kierunku fotela. Maya była przekonana, że ojciec w duchu przećwiczył już tę rozmowę. Prawdopodobnie spędził długie godziny, zastanawiając się nad tym, w co powinien się ubrać oraz jak poustawiać meble. Do diabła z tym. Postanowiła pokonać go przez zaskoczenie.

– Masz miłego służącego – usiadła w fotelu, gdy Thorn podjeżdżał do niej. – Bardzo barwna postać.

Zwykle w prywatnych rozmowach posługiwali się językiem niemieckim. Tym razem ojciec czynił ustępstwo wobec niej. Maya miała paszporty kilku różnych krajów, ale od jakiegoś czasu uważała się za Brytyjkę.

– Tak, te atramentowe grafiki – Thorn uśmiechnął się. – Aleksiej ma znajomego artystę od tatuaży, który umieścił na jego ciele własną wizję Pierwszego Wymiaru. Nie wygląda to zbyt przyjemnie, ale to jego wybór.
– Tak, wszyscy mamy wolny wybór. Nawet Arlekini.
– Mayu, chyba nie bardzo się cieszysz, że mnie widzisz.

Zamierzała zachować opanowanie i dyscyplinę, ale słowa same zaczęły się jej wyrywać.

– Wyciągnęłam cię z Pakistanu, przekupując pod drodze niemal połowę urzędników tego kraju, niektórym grożąc nawet utratą życia, żeby umieścić cię na pokładzie samolotu. Potem znaleźliśmy się w Dublinie i Mother Blessing pokierowała sprawami, co było zresztą w porządku,w końcu to jej terytorium. Zadzwoniłam do niej na linię satelitarną następnego dnia, ona zaś powiedziała mi: „Twój ojciec jest sparaliżowany od pasa w dół. Już nigdy nie będzie chodził”.

Później natychmiast się rozłączyła. To wszystko. Bum! I koniec. Przez ponad dwa lata nie słyszałam o tobie nic.

– Staraliśmy się ciebie chronić, Mayu. Czasy są teraz bardzo niebezpieczne.
– Powiedz to temu wytatuowanemu chłopakowi. Zauważyłam, że zagrożenie i bezpieczeństwo stanowią dla ciebie wytłumaczenie stosowane przy każdej okazji. Tym razem jednak to nie zadziała. Nie ma już bitew. Nie ma już tak naprawdę Arlekinów, pozostała tylko garstka: ty, Linden i Mother Blessing.

– Shepherd mieszka w Kalifornii.
– Troje lub czworo ludzi niczego nie zmieni. Wojna jest skończona. Czy nie zdajesz sobie z tego sprawy? Tabulowie zwyciężyli. My przegraliśmy. Wir haben verloren.

Słowa wypowiedziane po niemiecku zdawały się urazić go mocniej niż angielskie. Thorn dotknął pulpitu sterowniczego na wózku inwalidzkim i odwrócił się trochę, tak żeby nie mogła widzieć jego oczu.

– Mayu, ty także jesteś Arlekinem. To twoja prawdziwa tożsamość. Twoja przeszłość i twoja przyszłość.
– Nie jestem Arlekinem i nie jestem podobna do ciebie. Powinieneś już o tym wiedzieć.
– Potrzebujemy twojej pomocy. To ważne.
– Zawsze coś jest ważne.
– Chciałbym, żebyś pojechała do Stanów. Zapłacimy za wszystko. I wszystko przygotujemy.
– Stany to teren Shepherda. Niech on to załatwi.

Ojciec posłużył się całą mocą wzroku i głosu.

– Shepherd znalazł się w bardzo nietypowej sytuacji. Nie bardzo wie, co ma robić.
– Prowadzę teraz normalne życie. Nie biorę już udziału w waszej grze.

Poruszając drążkiem sterowniczym Thorn wykręcił efektowną ósemkę dookoła pokoju.

– Ach tak. Życie zwykłego obywatela pod nadzorem Rozległej Sieci. Przyjemne i pozbawione zmartwień. Opowiedz mi o tym coś więcej.
– Nigdy wcześniej o to nie pytałeś.
– Czy nie pracujesz w jakimś biurze?
– Jestem projektantką wzornictwa użytkowego. Pracuję w zespole zajmującym się opracowywaniem wzorów opakowań dla różnych firm. W ostatnim tygodniu stworzyłam nową buteleczkę do perfum.
– Brzmi porywająco. Jestem pewien, że odniosłaś duży sukces. A co z resztą twojego świata? Jakiś przyjaciel, o którym powinienem wiedzieć?
– Nie.
– Był kiedyś ten adwokat, jak on się nazywał?

Thorn doskonale wiedział, ale udawał, że szuka w zakamarkach pamięci.

– Connor Ramsey. Zamożny. Przystojny. Rodzina o dobrych koneksjach. Potem rzucił cię dla innej kobiety. Najprawdopodobniej spotykał się z nią przez cały czas, będąc z tobą.

Maya poczuła się, jakby Thorn wymierzył jej silny policzek. Powinna wiedzieć, że ojciec wykorzysta londyńskie kontakty, by zebrać wiadomości na jej temat. Zawsze sprawiał wrażenie, że wie wszystko.

– To nie twoje zmartwienie.
– Nie marnuj czasu, zadręczając się Ramseyem. Przed paroma miesiącami kilku ludzi pracujących dla Mother Blessing wysadziło w powietrze jego auto. Jest teraz przekonany, że stał się celem terrorystów. Wynajął nawet osobistą ochronę. Żyje w strachu. I dobrze mu tak. Nieprawdaż? Pan Ramsey zasłużył na karę za oszukanie mojej małej dziewczynki.

Thorn obrócił wózek wokół osi i uśmiechnął się do niej. Maya wiedziała, że powinna zareagować wściekłością, ale nie była w stanie. Miała w oczach Connora tulącego ją na molo w Brighton, potem przywołała scenę późniejszą o trzy tygodnie, gdy siedzieli w restauracji, a on oznajmiał jej, że nie jest dla niego kobietą odpowiednią na żonę. Czytała w gazetach o bombie w samochodzie, ale nie skojarzyła tego wydarzenia z mściwym działaniem ojca.


  
– Nie musiałeś tego robić.
– Ale zrobiłem – odparł Thorn i cofnął się w kierunku stolika na kawę.
– Podłożenie bomby w samochodzie niczego nie zmienia. Wciąż nie mam zamiaru jechać do Stanów.
– Czy ktoś mówi o Stanach? Po prostu ze sobą rozmawiamy.

Arkana arlekińskiej sztuki walki podpowiedziały jej, że powinna teraz przystąpić do ataku. Podobnie jak Thorn, ona również przygotowała się do tej rozmowy.

– Powiedz mi jedną rzecz, ojcze. Tylko jedno. Czy ty mnie kochasz?
– Jesteś moją córką, Mayu.
– Odpowiedz na pytanie.
– Od chwili śmierci twojej matki jesteś jedyną drogą osobą, jaka pozostała mi w życiu.
– W porządku. Na moment uznajmy to oświadczenie za wystarczające – odparła i, siedząc w fotelu, pochyliła się do przodu. – Tabulowie i Arlekini byli kiedyś właściwie równorzędnymi przeciwnikami, ale Rozległa Sieć zmieniła układ sił. O ile wiem, nie ma już żyjących Travelerów i jest tylko garstka Arlekinów.
– Tabulowie posługują się skanerami twarzy, podsłuchem elektronicznym, współpracują z urzędnikami rządowymi i…
– Nie chcę znać przyczyn. Nie rozmawiamy o tym. Mówimy tylko o faktach i wnioskach. W Pakistanie zranili cię, a dwoje ludzi zginęło. Zawsze lubiłam Librę. Zabierał mnie do teatru, kiedy przyjeżdżał z wizytą do Londynu. Willow była silną i pełną niekłamanego uroku kobietą.
– Każde z nich godziło się z ryzykiem – stwierdził Thorn. – Oboje mieli Godną Śmierć.
– Tak, i są martwi. Zwabieni w zasadzkę i unicestwieni w imię mrzonek. A ty chcesz teraz, żebym umarła w taki sam sposób.

Thorn chwycił za poręcze wózka i przez chwilę pomyślała, że ogromnym wysiłkiem woli zechce stanąć na własnych nogach.

– Stało się coś nadzwyczajnego – wyznał. – Po raz pierwszy mamy szpiega po drugiej stronie. Linden jest z nim w kontakcie.
– To tylko kolejna pułapka.
– Być może. Ale jak dotąd wszystkie otrzymane przez nas informacje okazały się prawdziwe. Kilka tygodni temu dowiedzieliśmy się o dwójce potencjalnych Travelerów mieszkających w Stanach Zjednoczonych. Są braćmi. Chroniłem kiedyś, przed wielu laty, ich ojca, Matthew Corrigana. Zanim zszedł do podziemia, przekazałem mu talizman.
– Czy Tabulowie wiedzą o istnieniu braci?
– Tak. Śledzą ich przez dwadzieścia cztery godziny na dobę.
– Dlaczego ich po prostu nie zabiją? Tak jak to zwykle robią.
– Wiem tylko, że Corriganowie znajdują się w niebezpieczeństwie i musimy im pomóc najszybciej, jak to jest możliwe. Shepherd pochodzi z rodziny Arlekinów. Jego dziadek uratował setki ludzkich istnień. Ale Traveler nie z urodzenia nie będzie mu ufał. Shepherd nie jest zanadto zorganizowany czy inteligentny. Jest…
– Głupkiem.
– Właśnie. Ty, Mayu, poradziłabyś sobie ze wszystkim. Musisz tylko odnaleźć Corriganów i zabrać ich w bezpieczne miejsce.
– Być może są tylko zwykłymi obywatelami.
– Nie dowiemy się tego, dopóki nie będziemy mogli ich przepytać. Masz rację co do jednej rzeczy: nie ma już więcej Travelerów. To może być nasza ostatnia szansa.
– Nie potrzebujesz mnie. Zapłać po prostu kilku najemnikom.
– Tabulowie mają więcej pieniędzy i władzy. Najemnicy zawsze nas zdradzają.
– W takim razie sam się tego podejmij.
– Jestem kaleką, Mayu. Uwięzionym tu, w tym mieszkaniu i w tym wózku. Jesteś jedyną osobą, która może to wykonać.

Przez kilka sekund rzeczywiście zapragnęła sięgnąć po miecz i stanąć do walki, ale potem przypomniała sobie rozróbę z kibicami na stacji metra w Londynie. Ojciec powinien chronić własną córkę. Zamiast tego zburzył jej dzieciństwo. Wstała i podeszła do drzwi.

– Wracam do Londynu.
– Nie pamiętasz, czego cię uczyłem? Verdammt durch das Fleisch. Gerettet durch das Blut

Potępieni przez ciało. Zbawieni przez krew. Maya słyszała tę arlekińską sentencję i nienawidziła jej od czasów, gdy była dziewczynką.

– Kieruj swoje slogany do nowego rosyjskiego przyjaciela. Na mnie już nie działają.
– Jeśli nie będzie już Travelerów, to Tabulowie całkowicie zawładną biegiem historii. W ciągu jednej lub dwóch generacji Czwarty Wymiar stanie się zimnym, jałowym miejscem, w którym wszyscy znajdą się pod obserwacją i będą kontrolowani.
– Już tak się dzieje.
– To nasz obowiązek, Mayu. Po to właśnie istniejemy – głos Thorna był przesycony bólem i goryczą. – Często tęskniłem za innym życiem, żałując, że nie urodziłem się ignorantem i ślepcem. Ale nigdy nie odrzucę i nie wyrzeknę się przeszłości, nie wyrzeknę się pamięci Arlekinów, którzy poświęcili życie dla wielkiej sprawy.
– Dałeś mi broń i nauczyłeś, jak się zabija. A teraz chcesz mnie wysłać na pewną śmierć.

Siedząc w wózku, Thorn wydawał się w tej chwili mniejszy, niemal skurczony w sobie. Jego głos zamienił się w chrapliwy szept.

– Umarłbym za ciebie.
– Ale ja nie mam zamiaru umierać za sprawę, która już nie istnieje.

Maya wyciągnęła rękę ku ramieniu Thorna. Miał to być pożegnalny gest, ostatnia szansa nawiązania z nim fizycznego kontaktu – jednak gniewny wyraz jego twarzy sprawił, że cofnęła rękę.

– Żegnaj, ojcze – odwróciła się w stronę drzwi i odsunęła zasuwę. – Mam niewielką szansę zaznać odrobiny szczęścia. Nie pozwolę na to, żebyś mi ją odebrał.
  

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj