Fragment książki "Codziennik"

 
Po raz pierwszy od wielu lat Boże Narodzenie i Nowy Rok w Zakopanem. Pełno ludzi. Wszyscy mają paszporty, a niektórych stać nawet na Alpy czy  na Hawaje, ale miejscowości na pozór banalne, jak Sopot i Zakopane, nadal pozostają w modzie. Spotykam tu milionerów z pierwszej dziesiątki najbogatszych Polaków, a także ministra Obrony, który mógł powitać Nowy Rok z żołnierzami w Iraku, ale wybrał Zakopane. Nie dziwię się. Doliny Kościeliska i Strążyska piękne, tak jak wtedy, gdy zobaczyłem je po raz pierwszy ponad pół wieku temu. Najstarsza chałupa w Zakopanem, przy Bulwarze Słowackiego, co prawda chyli się ku upadkowi, ale rosną nowe pensjonaty i hotele, niektóre – jak Belvedere przy Drodze do Białego – w najgorszym guście, pełne przepychu i klienteli, którą stać na pokój za sześćset zł dziennie.

Miejsca pamiętne ze spotkań towarzyskich – amerykanizują się. Dawna kawiarnia i bar nocny (Piekiełko) w hotelu Giewont to dziś Kentucky Fried Chicken. Zamiast Baru Poraj (przeniesiony przez niewidzialną, ale bezlitosną rękę rynku na miejsce tańsze i gorsze) usadowiła się TelePizza. Po Krupówkach zamiast taterników w wełnianych swetrach, skarpetach i wibramach oraz narciarzy z deskami na plecach, przewala się tłum młodzieży w stylu „szalikowców’, podpitej i rozpasanej, wśród której strach iść. Ale górale się nie dają, wszędzie sprzedają oscypki i wełniane skarpety. Kupują głównie Rosjanie i Ukraińcy, których jest tu moc. Zakopane – kiedyś miejscowość witkacowo-inteligencka – Witkiewicza, Szymanowskiego, Makuszyńskiego – dziś jest rozdeptywane przez tłum biednych i bogatych. Pisarze współcześni ukrywają się na wsi, jak Olga Tokarczuk, na odludziu – jak Andrzej Stasiuk, w swoich miastach rodzinnych, jak gdańszczanie Stefan Chwin i Paweł Huelle, krążą między metropoliami, jak Janusz Głowacki, albo wracają zawsze do tego  samego  miejsca na Ochocie – jak Rysiek Kapuściński. Kurorty wyszły z mody, są passé, nie słyszy się o pisarzach osiadłych w  Nałęczowie czy w Davos.

„Najgroźniejszym wrogiem zwierząt i ludzi były czary” – pisze o dawnych czasach etnograf, Urszula Janicka Krzywda w kwartalniku ‘Tatry’. „Mógł je rzucić inny zawistny baca, gospodarz lub czarownik, można je było niechcący zawlec ze sobą. Stąd juhasi nie opuszczali hali podczas sezonu bez potrzeby. W odległej przeszłości obowiązywało ich też zachowanie czystości seksualnej do dnia św. Jana Chrzciciela. Po św. Janie kontakty z kobietami mogli mieć tylko juhasi. Baca przez cały sezon musiał żyć wstrzemięźliwie. Kobiety, jako istoty żyjące za pan brat z siłami nieczystymi, miały zakaz wstępu na halę. Groźna dla stada była zwłaszcza obecność kobiet w czasie menstruacji. Wtedy same stawały się nieczyste i z nimi mogło przywędrować każde zło. Niechętnie też widziano na szałasie kogoś obcego. Na wszelki wypadek, gdy odchodził, baca sypał za nim trochę soli lub popiołu z watry...”

Zdobywanie Tatr przez młodą inteligencję przypomina trochę odkrywanie Mazur  - tu i tam młodzi ludzie byli blisko przyrody, blisko rówieśników i przyjaciół, z dala od nadzoru rodziców i instytucji. Podczas Juwenalii w 1964 r., grupa młodzieży przebywająca na Hali Gąsienicowej (zapewne w jedynym wówczas schronisku Betlejemka) utworzyła Międzynarodowe Biuro do Spraw Powiększania Wyobraźni i urządziła na przykład zawody kto wolniej zjedzie z Kasprowego Wierchu do Kotła Gąsienicowego bez upadku i bez zatrzymywania się.

Czytam wiersze Michała Jagiełły, bo to góral i ratownik, lektura w sam raz na Zakopane. Wiersz Goryczka, słodyczka, czas przypomniał mi burmistrza, wówczas chyba naczelnika Zakopanego – Stanisława Słodyczkę. Poznałem go u Witka Dudziaka – zakopiańskiego architekta, który mieszkał w góralskiej chałupie na Uboczu. Witek lubi korzystać z życia, nie stroni od towarzystwa pięknych kobiet ani od używek. Pewnego razu, kiedy zabrakło papierosów, poszliśmy wieczorem do pobliskiego hotelu Kasprowy, który w owych czasach był jedynym hotelem z prawdziwego zdarzenia w polskich Tatrach. Żeby kupić papierosy, trzeba było jednak zejść do podziemia, na dansing. Wejścia na salę mężnie bronił portier, który sprzedawał tak zwaną konsumpcję, czyli minimum, jakie należało przejeść i przepić (raczej to drugie). Burmistrz Słodyczka szepnął coś na ucho cerberowi i w ten sposób znaleźliśmy się na sali. Na razie byliśmy jedynymi gośćmi, usiedliśmy przy pierwszym stoliku. Z czasem pojawił się kelner i zaczął od tego, że mamy się przesiąść, ponieważ „nasza” połowa sali jest zarezerwowana na wesele. Kiedy czekaliśmy na papierosy, na estradę weszła orkiestra, rozpoczęła marsza weselnego, a na salę wkroczył orszak weselny z parą młodych na przedzie i z tłumem gości na końcu. Parkiet się zapełnił, atmosfera się ociepliła, kelner przyniósł papierosy i chciał przyjąć zamówienie. Dookoła trwały tańce, ale my nie mieliśmy ani pieniędzy, ani zamiaru się bawić. Czekaliśmy na burmistrza Słodyczkę, który oddalił się na moment z kelnerem. Kiedy wrócili, kelner miał już w ręku butelkę. – Jeśli chodzi o rachunek, to są państwo podwiązani pod wesele – powiedział.  Jak się dowiedzieliśmy nad ranem, to miejscowa panienka wychodziła za mąż za swojego klienta ze Szwecji. Chętnie bym odwiedził Słodyczkę, ale niestety Pan wezwał go już do siebie. Może się zobaczymy, kiedy nadejdzie moja kolej linowa na tamten świat.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj