Fragment książki "Adela Legarreta Rivas"

 
„Very, very tired” – mówi Nuri kręcąc głową. Pod gęstwiną czarnych, miejscami siwiejących włosów biegnie długa blizna. To pamiątka po dżappa; tak nazywa wojnę. Kiedy Związek Radziecki wszedł do Afganistanu, Nuri miał szesnaście lat. Uciekł walczyć w góry i został poważnie ranny. Przeżył, choć towarzysze z oddziału przepowiadali mu szybką śmierć. Maglujemy prześcieradła, dwa kosze wilgotnych prześcieradeł. „Jedź na Nothing Hill – mówi Maciek – tam jest dużo knajp, może kogoś szukają”.

Biorę do ręki gazetkę i idę na stację metra. Ruchome schody nieustannie połykają i wypluwają tłumy; pociągi codziennie przewożą pod ziemią kilka milionów ludzi. Na Potrobello Street jest wielki targ antyków, po długiej promenadzie spacerują turyści, najczęściej Włosi i Niemcy. Szukam pracy już drugi tydzień. Budzę się i zasypiam w odrętwieniu, w upalnym słońcu kontury wyspy ciemnieją jeszcze bardziej; patrząc wieczorem w stronę horyzontu mam wrażenie, że jest naprężony jak struna basowa. „Hi, I am looking for a job” – staram się sprawiać jak najlepsze wrażenie. „I am sorry, we don’t have any vacancies” – ładna, jasnowłosa barmanka uśmiecha się przepraszająco. Patrzę na nią uważnie, chyba jest z Polski, na pewno nie Angielka. Angielki są brzydkie, ale mają ładną cerę. W pralni pracują uchodźcy i nielegalni imigranci. Pierzemy i sortujemy ubrania bogatszych od nas, koszule od Armaniego, garnitury od Gucciego, płaszcze z najlepszej wełny. Pościel bogatszych, ich prześcieradła, z których nie chcą zejść włosy kotów i psów. Czasami trafia się włos łonowy, zdejmuję go wtedy ostrożnie, obracając w palcach pod światło. Nie ma we mnie obrzydzenia, raczej ciekawość.

No więc jestem tu, chociaż dotarcie do tego miejsca zajęło mi pół dnia; za plecami mam dużą bryłę POSK-u, przed sobą witrynę sklepu, na której jest pełno kartek z ogłoszeniami. „Tanie papierosy”, „Murarz potrzebny od zaraz”, „Młodą, atrakcyjną do pracy w charakterze modelki”. Stoję w grupce rozgadanych ludzi, sami Polacy. Podobno nawet tutaj, na „ścianie płaczu” trafiają się czasami ciekawe oferty, ale nie bardzo chce mi się w to wierzyć. Jestem zdesperowany. Spisuję kilka ogłoszeń, które wydają mi się najbardziej sensowne i dzwonię. „Halo? Dzień dobry, ja w sprawie ogłoszenia…”. „Nieaktualne” – odpowiada gburowaty głos.

Rozłączam się. Szkoda czasu na grzeczności, karta telefoniczna kosztuje dziesięć funtów. Pada deszcz. Wysiadam z metra koło Knightsbridge. Wychodzę przed stację i przekraczam szeroki pas jasnobrązowej ziemi, po którym kłusuje dwóch jeźdźców. To Hyde Park. Siadam na ławce, jest pusto. Wyciągam zieloną torebkę z tytoniem i robię sobie skręta. Na Seven Sisters zaczepia mnie ładna, skąpo odziana Murzynka. Coś do mnie mówi, ale nie bardzo ją rozumiem. „Sex, darling. Blow job, ten pounds” – rozciąga w uśmiechu wielkie usta. „No, no, thanks” – odpowiadam i odchodzę. Wokoło sami czarni, w kolorowych tunikach i przeróżnych, fantazyjnych czapkach. Przed zakładem fryzjerskim stoi rozgadana grupka, patrzą na mnie z ciekawością. Tutaj to ja wyglądam egzotycznie. Słyszę powolne kroki na drewnianej, skrzypiącej podłodze. Potem nastaje cisza, którą przerywa szczęk otwieranego okna. Budzę się, zanim rozlegnie się melodia. Obok słyszę oddechy czwórki ludzi, jest środek nocy. Nucę cicho w myślach, przewracając się na lewy bok.

„Everything ready?” – pyta Martin patrząc na mnie z uwagą. „Not yet” – odpowiadam jak zwykle. Znowu brakuje paru ubrań, nie mogę znaleźć spodni i dwóch koszul. Pytam Nuriego, pytam Anwara. Kręcą przecząco głowami. Młoda, piegowata kobieta bierze do ręki mój paszport: „Jaki jest cel pańskiej wizyty?” – taksuje mnie wzrokiem. „Turystyczny”. „Jak długo zamierza pan przebywać w Wielkiej Brytanii?”. „Dwa tygodnie”. Urzędniczka zerka na mój bilet lotniczy: „Bilet powrotny ma pan na ósmego?”. „Zgadza się”. „Dobrze więc, dostanie pan wizę na dwa tygodnie”.

W niedzielę wstaję późno, zazwyczaj w południe; już o pierwszej myślę o tym, że jutro znowu trzeba będzie zerwać się o szóstej, zjeść szybkie śniadanie i wyjść na przystanek. Piętrowe, czerwone autobusy już dawno przestały być atrakcją. Mieszkanie na drugim piętrze starego, wilgotnego pubu również. Dzwoni telefon. Patrzę na wyświetlacz. To Ian! Odbieram szybko. Mówi coś do mnie, próbuję wyłowić cokolwiek z powodzi słów, ale nadaremnie. Powtarzam więc tylko: „Yes” ściskając w spoconej dłoni słuchawkę. „Bye”. Odwracam się w stronę Piotrka: „Dzwonił ten gość z agencji budowlanej”. „I co?” – patrzy na mnie wyczekująco. „Niewiele zrozumiałem – wzruszam ramionami – mam być jutro o ósmej na Embankment”. „To zajebiście, tam jest wielka budowa, roboty na pół roku. Pójdziesz?” – pyta. „Nie wiem jeszcze” – odpowiadam. „Nie przejmuj się tą wizą, to tak naprawdę nie ma żadnego znaczenia” – mówi na pożegnanie Jacek i schodzi po schodach. Dagmara czeka na dole, Aneta jest w pracy, Maciek zaczyna za pięć minut. Zostaję sam, czekając na Roberta.

Siadam na tapczanie i próbuję pozbierać myśli. A więc naprawdę tu jestem. Jestem już samym tańcem, pot leje się po mojej twarzy, wokoło pełno migających świateł i muzyka, która sprawia, że nie mogę ustać w miejscu; ruszam się rytmicznie patrząc na ludzi nieprzytomnym wzrokiem. Ekstazka robi swoje, tańczy już każda krwinka, każda kropla powietrza przenoszona do mojego serca. Wyrzucam w górę ręce, próbując złapać promienie strzelające nad głową, wielka kula obraca się szybko, wirujemy zgodnie, każde dla siebie. Anwar i Nuri nie przepadają za sobą, Anwar jest z Pakistanu. Jest niski i gruby, ma okrągłą twarz złośliwego dziecka. Stoi odwrócony tyłem do wszystkich i kołysze się nad wielką maszyną do prasowania ubrań. Jest preserem, próbuje też handlować używanymi samochodami. Samochody to jego pasja. Podczas gdy podaję mu kolejne pary spodni, opowiada mi z wypiekami na twarzy o japońskich autach: „Najlepsza jest toyota” – mówi z przekonaniem i naciska wielki pedał maszyny.

Przychodzi w końcu Robert, obejmujemy się serdecznie: „No jak tam?” – pyta patrząc na mnie. Jest krótko ostrzyżony, zauważam, że wskazujący palec jego prawej ręki jest cały czerwony, pokryty łuszczącymi się płatami. „To od pracy w kuchni – spostrzega mój wzrok – muszę próbować każdego sosu”. „Mam dobrą maść, przywiozłem sobie z Polski” – odpowiadam.

Wychodzimy z mieszkania, na uliczce leżą worki śmieci, naprzeciwko wznosi się wielki czerwony budynek, gdzie mieszkają chorzy umysłowo. Jest niedziela, pełno ludzi na markecie. Aśka jest szczupła i drobna, w Londynie mieszka już trzy lata. Pokazuje mi, jak zakładać fartuchy na maszynę. Wsuwa dwa drewienka w rękawy, materiał się naciąga. Włącza czerwony guzik i leci struga gorącego powietrza. „Skąd jesteś?” – pytam. „Z Bochni, a ty?”. „Z Krakowa” – odpowiadam patrząc na fartuch wypełniony wirującym powietrzem. „Where are you from?” – menadżer patrzy na mnie. „From Poland”. „Do you have any experience with job like this?”. „Yes” – kłamię po raz kolejny. Kłamstwo wychodzi z mojej koślawej angielszczyzny jak sprężyny ze starej wersalki. „Zadzwonię do ciebie” – znika w głębi kawiarni. Wiem, że nie zadzwoni.

Dzisiaj ona ma urodziny, idziemy do zoo. Pierwszy raz w życiu widzę żyrafy. Chodzimy w milczeniu pośród klatek, wokół pełno angielskich rodzin z małymi dziećmi. Jest niedzielne popołudnie, najedzone, syte. Zwierzęta biją ogonami o pręty klatek. Nuda. Nuda to śmierć trochę bardziej bezradna. Przeciągam dłonią po włosach i patrzę na nią z boku. Milczy. „Na początku nie będziemy ci mogli płacić więcej niż trzy funty na godzinę – mówi do mnie menadżer. – Jesteś dwa tygodnie na próbę, jeśli będziemy z ciebie zadowoleni, osiągniemy porozumienie. Przyjdź jutro na ósmą” – potrząsa moją ręką. Wychodzę przed pralnię, oddychając z ulgą. Nareszcie jakaś praca. Na początek dobre i to, potem znajdę coś lepszego.

Polityczna poprawność i obojętność króluje nad tłumem wypełniającym Oxford Street. Wszyscy uśmiechają się do wszystkich, nikt nikogo nie zauważa. Każdy dźwiga torby pełne ubrań, wystawy sklepów kuszą wielkimi plakatami. „Wyprzedaż” krzyczy z każdej witryny.

Jem kebaba, sos ścieka mi na podkoszulek. Wchodzę w Soho, w Chinatown. Na każdej uliczce burdel, przed wejściem stoją uśmiechnięte laseczki, taksując wzrokiem przechodniów. W środku głównie Polki, Bułgarki i Ukrainki. Obracam się wokół własnej osi, wisząc na cienkiej, lepkiej od żywicy nitce. Wypuszczam dym nosem, patrząc jak rozpryskuje się powoli w zapadającym zmierzchu. W tle leci „Smokers delight”, moje ciało lśni do potu, leżę na wielkim łóżku rozebrany do pasa. Przez otwarte na oścież okno widzę rosnącą na niebie białą kreskę; jestem tam, w powietrzu. Dym wypełnia mnie całego.

Josh jest muzykiem, ma czterdzieści dwa lata. Każdego wieczoru można go znaleźć na Camden, w Gansie, Solo lub Singapurg Sling. Wszystkie należą do jednego właściciela. „Pała to kutas” – mówi Maciek wychodząc do pracy w Gansie. Dziś znowu ma dabla, czternaście godzin z krótką przerwą w środku. Dla Pały pracuje mnóstwo Polaków, są też Słowacy, Hiszpanie i Francuzi. Pała to kutas, bo ma mnóstwo kasy. Nie pyta o wizę. Ale trzeba pracować szybko. Upał jest nieznośny. Wszyscy jesteśmy rozkojarzeni, po karku ścieka mi strużka potu. W milczeniu przerzucam ubrania z wieszaka na wieszak. Jest jeszcze dużo nieposortowanych. Gotowe komplety pakuję, naciskając szybko rączkę maszyny do zgrzewania folii. Potem przerzucam dziesiątki kartek leżących na stole, szukając właściwej listy.

Uczę się nowych słówek i zwrotów. „Don’t give a fuck” – powtarzam w myślach, skupiając się na właściwej wymowie. Jedziemy z Piotrkiem przez trzecią strefę, dziś będziemy kelnerami na przyjęciu w greckiej restauracji. Siedzimy na górnym pokładzie autobusu. W dole przesuwa się miasto, jest wieczór. Ciepłe światła zachęcają klientów, nawet przez szybę czuję zapach smażonego mięsa i ostrych, orientalnych potraw. Chodniki są wypełnione straganami, na których można znaleźć najbardziej egzotyczne warzywa i owoce. Tłum płynie, rozdzierany moim spojrzeniem. „Jakbyśmy byli w jakimś azjatyckim mieście” – mówię do Piotrka. „Stambuł” – odpowiada patrząc przez okno.

Nie rozumiem, co mówi policjant, ale myślę tylko o jednym: jeśli zapyta o paszport, jestem zgubiony. Uśmiecham się grzecznie, zwisając wzrokiem u jego ust; połyka połowę wyrazów i wskazuje ręką za siebie. Aha, chyba chodzi o to, że nie można przejść koło wiaduktu, bo ktoś został zabity. Oddycham z ulgą. Nie chodzi więc o mnie, odwracam się plecami do policjanta i odchodzę. „Chodź na mecz do pubu – mówi Piotrek – łykniemy jakiegoś guinnessa, mają telebim”. W pubie jest kilkanaście osób, pusto. Za barem uwija się całkiem ładna dziewczyna. „Gośka! – krzyczy w stronę zaplecza – kończy się beczka z cydrem”.


Patrzymy na siebie z Piotrkiem. „Can I help?” – dziewczyna obraca się w naszą stronę. „Cześć” – odpowiada Piotrek. Bierzemy swoje szklanki i siadamy tuż przed wielkim ekranem. Obok dwóch gości gra w bilarda. Polacy. Po kilkunastu minutach do pubu wpada rozwrzeszczana grupa. Też nasi. Teraz już tylko udaję, że obserwuję mecz, całą uwagę skupiam na nich. Siedzą obok, słyszę więc wyraźnie rozmowę. Oboje z Piotrkiem nie mówimy ani słowa. Ale oni chyba i tak się domyślają. W każdym razie nie krępują się wcale. „No i złapaliśmy z Kostkiem zajebistą fuchę, łaziliśmy tylko po tej budowie i waliliśmy ściemę, a głupi foreman wpisywał te wszystkie godziny w swój, kurwa, zeszyt. Coś tam chciał potem, przylazł i dziamgota coś do nas, jebany, a ja do niego po polsku, z uśmiechem: wypierdalaj, chuju; a ten stoi i się cieszy” – umięśniony szatyn rozgląda się z dumą po siedzących przy stole. Posiadaczka dużych piersi patrzy na niego z zachwytem. Gdybym był bardziej trzeźwy, pewnie trochę bym się denerwował. Wciągam biały proszek sunąc nosem po grzbiecie swojej dłoni; to mój pierwszy raz. Potrząsam głową i upijam z płaskiej butelki łyk koniaku. Kokaina mości się we mnie łagodnie, jakby kosy wiły sobie gniazdo.

Patrzę na przejeżdżające samochody. Ruch lewostronny. Ostro. Wchodzimy do „Chicken Doner Kebab”. Zamawiam frytki, donera i colę. Piotrek bierze to samo. „Jedziemy na Camden kupić jakieś palenie?” – pyta. „Możemy jechać”. Czarny za ladą odwraca się słysząc naszą rozmowę. „A, Polandi – cmoka rozpromieniony – kurwa, kurwa. Jeszteś pjekna”. Po chwili dorzuca – „Jeszteś ćliczna”. Bierzemy plastikowe pudełka i wychodzimy na ulicę. Wyciągam ubrania z olbrzymiej pralki, jest taka wielka, że mógłbym bez problemu wejść do środka. Wieszam szybko na drążku marynarki, swetry, spodnie. Roboty jest sporo, Ali znalazł nowego klienta. Bank dobrze płaci, ale wymaga. Urzędnicy muszą mieć idealnie wyczyszczone i wyprasowane garnitury. Potrząsam kolejną parą spodni, z kieszeni coś wypada. Dwadzieścia funtów! Podnoszę szybko banknot i chowam do swojej kieszeni; zajebisty bonus. Jestem szczęśliwy. Jestem nieszczęśliwy. Wracam z etiopskiej restauracji, gdzie za trzy pięćdziesiąt na godzinę noszę talerze z baraniną. Gówniany, rodzinny interes, marne pieniądze, ale parę minut na piechotę od mieszkania. To też się liczy.

W mieszkaniu cicho, w kuchni siedzi ona. Siadam i patrzę na nią. „Może byśmy wrócili – zaczynam – mam już chyba dość”. „Czego ty chcesz? – odpowiada zdziwiona – Czego ty chcesz?”. Nie odpowiadam. Idę na dach i długo patrzę na miasto. Dzisiaj jest impreza u nas. Po kuchni kręci się pełno osób, głównie Polaków, ale jest też Josh, Marika, jacyś ludzie z Finlandii. Josh przyniósł butelkę wina i płytę ze swoją muzyką. „Wiem, gdzie można kupić tanie fajki – mówi Darek. – „Znam gościa, który załatwia wizy budowlane. „Za tydzień przyjeżdża znajomy z osiedla, będzie u nas nocował”. Dolewam sobie whisky, płyn kołysze się w szklance. Jutro wybiorę się do centrum. Szafa otwarta na oścież, wymieciona z ubrań; z szerokiego parapetu poznikały wszystkie rzeczy, otwarte szuflady niewielkiej komody świecą pustkami, w rogu stoi spakowany plecak. Wychodzę cicho na pole, złoty volkswagen czeka z zapalonym silnikiem po drugiej stronie ulicy. Plecak kładę w bagażniku, możemy ruszać. Mkniemy szybko w stronę granicy, niebo czerwienieje w oddali, trwa jeszcze noc. Patrzę w milczeniu przed siebie, tam gdzie ma się pojawić światło.

Marcin przyjechał do Londynu cztery lata temu. Trzy i pół jest nielegalnie; ma dobrą pracę, jest barmanem w Hiltonie. W tym tygodniu w hotelu odbywa się duży kongres. „Pamiętaj – mówi menadżer – w papierach figurujesz jako syn Niemca i Japonki; to nic, że nie znasz ani słowa po niemiecku, jakby co, jesteś unijny”. Pracy jest sporo, zjechało się dużo gości; pracuje też wielu barmanów z innych miejsc. Spotykają się wszyscy na luchu. Do stolika Marcina dosiada się Bośniak: „Hi, where are you from?” – pyta między jednym a drugim kęsem. „From Germany, and you?” – mówi Marcin. „I am from Germany, too”. „No to na razie” – Marcin podnosi się od stołu i zabiera swoją tacę.

Z Hampstead rozciąga się wspaniała panorama na rozłożone nad Tamizą miasto. Widzę wielkie koło, to „Millenium Eye”. Poznaję kopułę katedry św. Pawła, wieżowce City i Canary Wharf. Wielka kula słońca wisi nisko nad miastem, w powietrzu wirują muchy, są ich tysiące. Upijam łyk guinnessa i nie myślę o niczym. Upał przykleja się do mnie. „Nie chcę czeku, tylko gotówkę” – powtarzam z uporem i czuję, że zaczynam się wkurwiać. Jak co tydzień, muszę dopominać się o swoją wypłatę. Nie jest to proste. Ali nigdy nie ma pieniędzy i zawsze się spóźnia; żyje w innym świecie. Utopił w tym interesie dwieście pięćdziesiąt tysięcy funtów, które dostał od ojca. Ale interes nie idzie najlepiej, Ali ma kłopoty. „I’ll pay you tomorrow” – uśmiecha się zażenowany.

Nie wiem, kogo bardziej mi żal, jego czy mnie. Nowy menadżer jest w Anglii od niedawna. Wcześniej był rok w południowej Azji, w amerykańskim obozie dla uchodźców, gdzie nauczył się angielskiego. Jest duży i zwalisty, jego żona spodziewa się pierwszego dziecka. Co chwilę o coś mnie pyta, nie orientuje się jeszcze zbyt dobrze w pracy pralni. Jestem ciekaw, skąd pochodzi. „Ja nie mam ojczyzny” – odwraca się w stronę wieszaka i przebiera szybko kurtkami. Od Nuriego dowiaduję się, że Ahmad jest irańskim Kurdem. Jest jak kruche, szklane naczynie wypełnione gniewem i goryczą. Rozmawiamy o wczorajszej wygranej Arsenalu. „Bardzo lubię futbol – ożywia się Ahmad  – ale rzadko oglądam mecze; nie chodzę do pubów, to nieczyste miejsca”. Idzie do łazienki, myje się długo, wraca z wzorzystym dywanikiem pod pachą: „Idę się pomodlić, ok.?” – patrzy na mnie. „Ok.” – odpowiadam.

Cały dzień chodzę bez celu po mieście, tak jest najciekawiej. W plecaku mam kolorowy przewodnik, ale widziałem już większość z opisywanych rzeczy. Wybieram więc to, czego nie ma w książce; wchodzę w brunatne councile Islington, obchodzę więzienie na Holloway, krążę po obrzeżach City, gdzie znajdują się puste przestrzenie ogrodzone rozwalonymi płotami. Przechodzę przez London Bridge na południową stronę miasta, widzę wielkie hale i ciszę.

W wigilię najbardziej upalnego dnia w historii miasta do Londynu przyjeżdża Tomek. Jego przyjazd zbiega się w czasie z wizytą Aśki i Lou. Trzy miesiące z okładem, siedemnaście tygodni mija od dnia, w którym spadłem z nieba na tę wyspę, kiedy z duszą na ramieniu przeszedłem terminal północny i doczekawszy się wreszcie swojej kolejki, stanąłem przed wszechwładnym obliczem oficera imigracyjnego. „Jak długo zamierzasz tu zostać?” – pyta Tomek.

"Nie wiem jeszcze”. Przypomina mi się rozmowa z kobietą na lotnisku: jak długo, po co, do kogo? Widzę ludzi wędrujących na zachód, za słońcem. Dzieci, kobiety, starcy. Setki mężczyzn z twarzami pokrytymi kurzem i upokorzeniem. Na granicach czekają na nich szmuglerzy. Widzę Nuriego zamkniętego w wielkiej skrzyni. Przemytnik pochyla się nad nim i kładzie palec na ustach: „Dopóki nie usłyszysz, jak ktoś puka trzy razy w skrzynię, masz siedzieć jak najciszej”. Nuri potakuje głową, wieko zatrzaskuje się nad nim.

Zostaje w ciemnościach sam, ze swoim strachem i swoim Bogiem. Modli się, wstrzymując oddech. Musi się udać. Widzę Boga Nuriego, Boga Ahmada, upokorzonego i wygnanego Boga, który marzy tylko o azylu. Słyszę ich lęk, ich gniew, ich oszalałe od zdziwienia serca, kiedy wieko się nie otwiera, kiedy mdleją z braku powietrza, jak najciszej. Widzę ich twarze, kiedy wieko się unosi i pochyla się nad nimi obca twarz, która patrzy współczująco, świecąc w oczy latarką. Widzę ich radość, kiedy udaje się przedostać do wymarzonego raju, ich pracę po piętnaście godzin dziennie, żeby oddać pieniądze, za które się tu dostali, żeby wysłać coś rodzinie, żeby ściągnąć żonę i dzieci. Widzę ich tęsknotę i powolną śmierć. Widzę ich.

Josh poznał wielu Polaków, interesuje się egzotycznym dla niego krajem. Opowiadamy mu na wyścigi o Polsce, słucha z uwagą. „Z tego co mówicie, to musi być piękny kraj. Dlaczego siedzicie tutaj, w Londynie?” – pyta. Odpowiada mu milczenie. Siedzimy, bo mamy ochotę na przygodę, na coś nowego. Jest spoko. Fajne imprezki, dużo się dzieje, muzea, galerie, Big Ben. Londyn jest spoko. Podsyłają mi ciągle nowe koszule, brakuje już wolnych wieszaków, uwijam się gorączkowo. W pralni jest cicho, Nuri zabrał magnetofon na górę, do siebie. Jest ramadan, nie wolno brać niczego do ust, nawet ja jem mniej niż zwykle.

O drugiej przyjeżdża Martin: „Everything ready?” – pyta mnie jak zwykle. „Not yet” – odpowiadam. „Król jest wśród nas!” krzyczy do mikrofonu kobieta i gasną wszystkie światła. Na sali podnosi się wrzask. Reflektor wyrzuca z mroku postać mężczyzny. Jest ubrany w kolorowy kostium, na głowie charakterystyczna fryzura. Rozdaje całusy na prawo i lewo. Zaczyna śpiewać „Love me tender”. Sala szaleje, uciekamy z Piotrkiem i Frycem do kuchni. „W przerwie rozniesiecie desery – mówi do nas gruby Grek – teraz nie kręćcie się z tacami po sali, to zbyt niebezpieczne”. Idziemy na zewnątrz zapalić. Rozluźniamy muszki ściskające nam szyje. „Kurwa, co za chujowa robota” – mówi Frycu podając mi papierosa. Potakuję i zaciągam się chciwie. To ostatni.

Życiodajne słońce wynurza się znad dachów, najpierw zabija najsłabszych, tych co mają kłopoty z sercem. Miasto budzi się i zasypia ze znużeniem, gęsty płaszcz gorącego powietrza spowija Canada Tower. Płyną leniwie dni, przeprowadzamy się z Seven Sisters na Fintchley. Tłusta kotka usiłuje wygramolić się na sofę. Patrzymy na nią i śmiejemy się głośno. „Palisz?” – blant podjeżdża w moim kierunku. Palę. Biorę go i zaciągam się ostrożnie, mocne to świństwo. Siedzimy nad kanałem na Camden. Jest koniec listopada, pusto i trochę chłodno.

„Wkurwia mnie już to towarzystwo z mieszkania”. „No – odpowiadam – najbardziej zajebisty z tego wszystkiego jest dach”. „W lecie nieźle dawaliśmy, fakt. Ale już rozglądam się za czymś innym”. „Zastanów się jeszcze, tak tanio nie znajdziesz. Lokalizacja też niezła, pięć minut na Kings Cross. Pierwsza strefa”. „Już się zastanowiłem”. „Twoja sprawa”. Patrzymy na połyskującą w mroku wodę. Za pół godziny ona skończy pracę i pójdziemy odwiedzić Josha.

Patrzę na Piotrka: „Powiedziałem Aliemu, że kupiłem już bilet”. „I co?”. „Nic, popatrzył na mnie, pokiwał głową i powiedział: wrócisz szybciej niż ci się wydaje, a ja mu na to: nigdy, po moim trupie, ale jednak w duchu przyznałem mu rację, może i wrócę, no wiesz, nigdy nic nie wiadomo, zawsze lepiej jest mieć dwie możliwości niż jedną”.

Uśmiechamy się w ciemnościach, każdy do swoich myśli. Nad miastem wisi księżyc, oświetla nasze sylwetki, które unoszone światłem kołyszą się na drugim brzegu kanału.
  

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj