szukaj
Fragment książki "Admirał. Biografia Józefa Unruga"

 
W przeddzień zakończenia walk na Kępie Oksywskiej, Sokół zgłosił się do Unruga, zdając mu pełną relację z obrony Gdyni oraz informując o sytuacji na Oksywiu. Czas pozostały do kapitulacji tego punktu oporu był już liczony w godzinach. 19 września admirał Unrug ostatni raz rozmawiał z pułkownikiem Dąbkiem. Było to tuż przed poddaniem Oksywia. Wojska Lądowej Obrony Wybrzeża zostały zepchnięte na ostatnie pozycje, atakowano je ze wszystkich stron. Brakowało amunicji, obrońcy byli wyczerpani długą walką z przeważającymi wielokroć siłami wroga. Nieprzyjacielskie samoloty bezkarnie grasowały na niebie – żołnierze LOWyb., nie mogąc znaleźć schronienia, załamywali się psychicznie, popadając w apatię. Chociaż decyzję o poddaniu placówki Unrug pozostawił pułkownikowi Dąbkowi, oznajmił mu jednak dobitnie, że „jatek sobie nie życzy”. Admirał powtórzył to raz jeszcze na sam koniec rozmowy. Pułkownik Dąbek, mimo rany osobiście obsługujący w ostatnich godzinach walki działko przeciwpancerne, zastrzelił się by nie trafić do niewoli.

Warto przy tej okazji stwierdzić że, wbrew powszechnie panującemu przekonaniu, wrogi wywiad działał często niezbyt  sprawnie. Na przykład, aż do zakończenia walk na Oksywiu Niemcy uważali, że właśnie tam przebywa polski głównodowodzący. Po zdobyciu oksywskich koszar Kadry Floty, 19 września pod wieczór przyjechało tam autem kilku niemieckich oficerów marynarki. Jeden z nich dopytywał się podekscytowany: Wo ist Unruh? Wo ist Unruh? [„Gdzie jest Unrug?”]. Także po zatrzymaniu, w noc poprzedzającą kapitulację – jak pisze Jerzy Pertek – przedzierających się z Helu kutrów z polskimi oficerami marynarki, Niemcy sądzili, że na jednym z nich znajdą admirała.

Znacznie trudniej szło Niemcom na Helu. Według opinii Unruga – cytując go za Franciszkiem Sokołem – helski garnizon mógł się bronić nawet do 15 grudnia 1939 roku, na tyle w każdym razie powinno starczyć amunicji i oszczędnie racjonowanej żywności. Najbardziej brakowało amunicji przeciwlotniczej. Dowódca Floty zdecydował się jednak bronić Helu jak najdłużej. Mała szerokość półwyspu sprzyjała obrońcom, uniemożliwiając rozwinięcie większych sił i użycie czołgów. Polacy, choć zepchnięci do defensywy, bronili się bardzo umiejętnie. Dlatego też po upadku Oksywia Niemcy postanowili wzmocnić siły przeznaczone do zdobycia Helu.

Unrug i Frankowski każdego dnia objeżdżali półwysep. Helskie umocnienia składały się z dwu linii fortyfikacji – pierwsza ciągnęła się między Kuźnicami a Jastarnią. W jej skład wchodziły cztery betonowe schrony bojowe – były one jednak niedozbrojone, gdyż zamówione dla nich działka i  ciężkie karabiny maszynowe nie zostały dostarczone na czas. Druga linia obrony powstała około 300 metrów od Jastarni – składała się z czterech stanowisk ciężkiej broni maszynowej (z czego trzy nie były wykończone). W pobliżu Helu była jeszcze jedna linia umocnień polowych, fortyfikacje wzniesiono też u nasady półwyspu, w rejonie Wielkiej Wsi – Władysławowa i Chałup. Trzon sił lądowych na Helu stanowiła artyleria nadbrzeżna i piechota – po zakończeniu walk wiele słów pochwały padło pod adresem żołnierzy z batalionu Korpusu Ochrony Pogranicza „Hel”, który został utworzony na krótko przed wybuchem wojny.

Dowodząc obroną placówki, admirał Józef Unrug nie unikał spotkań ze swoimi żołnierzami. Wizytując składającą się z czterech dział kalibru 152 mm baterię im. H. Laskowskiego, która była trzonem artyleryjskiej obrony półwyspu, przekazał jej załodze wyrazy najwyższego uznania oraz żołnierskie podziękowanie. Wizyty admirała na pierwszej linii miały duży wpływ na morale prostych żołnierzy. Bardzo istotne było dla nich, że dowódca Floty nie dowodzi z bunkra, ale osobiście poznaje sytuację. Unrug z uwagą wysłuchiwał uwag oficerów na temat posunięć nieprzyjaciela, jego strat w wyniku ostrzału helskiej artylerii, oraz meldunków o stanie amunicji. Na koniec prosił podkomendnych o wnioski.

Do 20 września nie atakowano Półwyspu Helskiego. Później na obrońców ruszył stalowy walec niemieckiej ofensywy. Atakującym nie na wiele zdało się wsparcie ogniowe pancerników szkolnych Schleswig-Holstein i Schlesien. Dysponowały one wprawdzie wielką przewagą w sile ognia, ale dzięki działaniom polskiej baterii cyplowej – znacznie słabszej, lecz wspaniale dowodzonej przez kapitana Zbigniewa Przybyszewskiego – tuż przed zakończeniem walk pancerne kolosy musiały dwukrotnie zmienić pozycję, uciekając przed pociskami obrońców.

Więcej problemów sprawiały wrogie bombowce. Do złamania oporu załogi Helu Niemcy rzucili bowiem znaczne siły lotnicze. Piloci Luftwaffe, prócz nękającego ostrzału z broni maszynowej, przeprowadzili wielokrotnie ciężkie naloty bombowe na porty, powodując poważne zniszczenia w Jastarni i Helu. Ponawiane przez kilka kolejnych dni bombardowania miały doprowadzić do fizycznego i psychicznego wyczerpania tak wojska, jak i ludności cywilnej.

Taktyka ta okazała się skuteczna. Na skutek nieustannych ataków niemieckich oddziałów lądowych, lotnictwa i marynarki wojennej, a wobec braku spektakularnych własnych sukcesów,  wśród naszych żołnierzy zaczęło upadać morale, zdarzały się  nawet wypadki otwartego buntu. Atmosferę braku nadziei podsycały dochodzące z głębi kraju wiadomości o klęsce narodowej. Wykorzystała to zręcznie niemiecka propaganda, znajdując podatny grunt wśród proniemiecko nastawionej miejscowej ludności cywilnej – i nie tylko. Podkopywaniu ducha obrońców służyły m.in. propagandowe akcje Luftwaffe – z samolotów zrzucano ogromne ilości ulotek, mających skłonić walczących do zaprzestania bezcelowej walki z niemiecką potęgą.

Treść ulotek spowodowała rozdźwięk wśród żołnierzy, część rezerwistów namawiała do poddania się. Byli to głównie starsi ludzie, którzy zasadniczą służbę wojskową odbyli w siłach zbrojnych państw zaborczych podczas I wojny światowej. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości najczęściej w ogóle nie służyli w wojsku, lub służyli bardzo krótko. Praktycznie nie znali oni Polskiej Marynarki Wojennej. Z taką postawą nie mogli pogodzić się młodsi obrońcy Helu, którzy wychowani w duchu miłości do ojczyzny, byli gotowi walczyć do końca. Z opinią rezerwistów utożsamiali się jednak również miejscowi Kaszubi – przeważnie dlatego, że to właśnie oni ponosili największe straty od artylerii i niemieckich bomb. Gdy 23 września niemieckie lotnictwo dokonało terrorystycznego bombardowania wsi Kuźnica, a dwa dni później zaatakowało także Chałupy, Kaszubi zaczęli się domagać zaprzestania bezcelowej walki, grożąc wymówieniem posłuszeństwa polskim władzom, o czym dalej. By zapobiec aktom niesubordynacji, większość mieszkańców Helu ewakuowano.

Jednak mieszkańcy Jastarni, Boru i Chałup – jak wynika z relacji kontradmirała Józefa Unruga – pozostali na miejscu. Swoje domostwa opuścili jedynie ci, którzy przyznawali się do polskości. Reszta, oddana Niemcom, pozostała, spodziewając się osobistych korzyści od przyszłego okupanta. Wybuch wojny uniemożliwił przymusową ewakuację przeszło 500 osób cywilnych z okolic Helu Jednym z celów nalotu bombowego na osadę rybacką w Kuźnicy było wywołanie wśród wchodzących w skład załogi RU Hel rezerwistów poczucia bezcelowości dalszej walki. Jak wynika z relacji ówczesnego porucznika marynarki Jerzego Koziołkowskiego, do helskiego garnizonu przysłano najgorszych poborowych, wśród których byli również oficerowie rezerwy. Opinię Koziołkowskiego warto wzbogacić wypowiedzią admirała Unruga:

Tego rodzaju element stanowił podatny grunt dla wrogiej propagandy, zwłaszcza w tak ciężkich dla morale żołnierskiego warunkach, w których odbywały się walki na półwyspie.

Gdy wczesnym rankiem 25 września niemieccy piloci szykowali się do drugiego w ciągu dwóch dni nalotu na wioski leżące na trasie z Pucka do Helu – tym razem celem były Chałupy – ukazała się kilkunastoosobowa grupa mężczyzn i kobiet z białymi płachtami. Chwilę później przed drewnianym krzyżem zgromadzili się wszyscy okoliczni mieszkańcy i trzymając białe chusteczki, machali nimi w kierunku nadlatujących samolotów. Eskadra bombowców, zatoczywszy kręg nad wsią, poleciała nad Jastarnię.

Gdy wkrótce potem do Chałup wkroczył oficer z pobliskiej baterii przeciwlotniczej, Jacenty Dehnel, wraz z trzema marynarzami i zażądał zdjęcia białych flag, został napadnięty przez kilkunastoosobową grupę mężczyzn. Marynarzy poturbowano i rozbrojono – obawiając się o swój dobytek, Kaszubi nie chcieli wykonać rozkazu porucznika marynarki. Gdy dowiedzieli się o tym inni żołnierze, w pierwszym odruchu chcieli spalić Chałupy i rozstrzelać mieszkańców wsi. Wobec zaogniającego się konfliktu między ludnością cywilną a wojskiem, dowódca odcinka „Chałupy–Kuźnica”, kapitan marynarki Robert Kasperski zarządził, aby wszystkie pododdziały stacjonujące w okolicach wzmogły czujność i pozostawały w gotowości bojowej. O incydencie w Chałupach został poinformowany dowódca Rejonu Umocnionego Hel, który postanowił wysłać do wsi pluton z kompanii obwodowej. Obecność żołnierzy miała spacyfikować nastroje jej mieszkańców. Istotnie – widok uzbrojonych żołnierzy ostudził rozgorączkowanych „pyskaczy”, którzy teraz pochowali się w swoich domach. Dowódca plutonu zarządził bezzwłoczne zdjęcie flag z domów i zagroził mieszkańcom Chałup, że jeśli podobne zajścia się powtórzą, spali wioskę.


  
Komandor Włodzimierz Steyer, dowódca RU Hel, po analizie raportu w tej sprawie, uznał postępowanie Kaszubów za dywersję na zapleczu frontu. Jak jednak wynika z zachowanych relacji i dokumentów, wobec przywódców buntu nie zastosowano żadnych sankcji karnych poza aresztowaniem. Okazuje się, że w budynkach przylegających do siedziby sądu w Juracie uwięziono wielu okolicznych mieszkańców, którzy wpadli w panikę. Miejscowi Kaszubi okazali się elementem niepewnym, nierzadko sprzyjającym Niemcom. Według wspomnień Józefa Unruga, opanowanie buntu, przynajmniej na pewien czas, byłoby możliwe dzięki zastosowaniu bardziej radykalnych środków, na przykład przez wprowadzenie terroru czy rozstrzelanie kilkunastu lub kilkudziesięciu ludzi. Jednak do tej ostatniej ewentualności kontradmirał nie chciał dopuścić.

Jeśli zachowanie ludności cywilnej zamieszkałej na Półwyspie Helskim jest w jakimś stopniu usprawiedliwione, to niewytłumaczalne pozostają bunty wśród rezerwistów. Tymczasem właśnie oni, pod wpływem meldunków o wycofywaniu się polskiej piechoty z kolejnych pozycji, zaczęli głośno mówić o bezcelowości walki. Najgorzej pod tym względem było w 23. Baterii Przeciwdesantowej. W jej szeregach znaleźli się rezerwiści, którzy swoją postawą szerzyli defetyzm i osłabiali ducha bojowego, co budziło niepokój dowódcy Floty.

Przypadki dezercji były wówczas raczej rzadkie. Każda sprawa tego typu trafiała do Morskiego Sądu Wojennego w Juracie – według wojennego prawa karnego za czyn taki groziła kara śmierci. Trzeba jednak stwierdzić, iż przypadki dezercji na ogół nie były rozpatrywane przez sąd wojenny. Komandor Steyer przeważnie załatwiał je we własnym zakresie. Wspomina Bolesław Żarczyński:

Doprowadzonych do niego maruderów zamiast do sądu przekazywał [Steyer] do pierwszej linii frontu, gdzie mieli zrehabilitować się w walkach z nieprzyjacielem. Pomysł był dobry, gdyż odesłani na pozycję delikwenci wykazywali gorliwość w służbie i wyróżniali się odwagą. Niewątpliwie powodem ich zachowania była chęć rehabilitacji w oczach swoich kolegów i dowódców.

Tymczasem 28 września do Unruga dotarła wiadomość o buncie w szeregach 13. Kompanii Przeciwdesantowej. Do tragedii nie doszło tylko dzięki wzorowej postawie oficerów i pomocy marynarzy z sąsiednich jednostek, którzy bezkrwawo uporali się z buntownikami. Sprawą miał zająć się prokurator Morskiego Sądu Wojennego w Juracie, ale nie zdążył, bo już nazajutrz, 29 września musiał interweniować w związku z kolejnym buntem... Doszło do niego tym razem w szeregach 12. Kompanii Przeciwdesantowej stacjonującej w rejonie Jastarni-Bór. Około 100 żołnierzy zgromadziło się tam pod białymi flagami, po czym bezładną gromadą pomaszerowali do Jastarni. Po dojściu na miejsce, buntownicy ruszyli do portu rybackiego z zamiarem przedostania się łodziami na zajętą przez Niemców stronę zatoki. Próba ucieczki nie powiodła się – przeciw dezerterom wysłano część 11. Kompanii Korpusu Ochrony Pogranicza, a przed portem w Jastarni otoczyła ich kompania kadrowa marynarzy. Buntownicy zostali pojmani.

Podobno planowany był jeszcze jeden spisek, do którego miało dojść w baterii nr 22. W zmowie uczestniczyli niechętni walce i niekarni podoficerowie, wrogo nastawieni do służby wojskowej. Chcieli zamordować wszystkich oficerów baterii oraz lojalnych podoficerów, a następnie ogłosić zaprzestanie obrony. Zdradzieckie zamysły spisane na kartce znalazł jeden z podoficerów. Sprawcy zostali ujęci, ale wobec kapitulacji Helu, śledztwo zostało umorzone.

Właśnie kontradmirał Unrug nakazał polskim władzom spalić przed kapitulacją akta sądowe, ewidencyjne i personalne w oddziałach i sztabach, a aresztowanych wypuścić na wolność. Amnestia, która przyniosła wolność buntownikom, uchroniła ich od niechybnej śmierci przez rozstrzelanie. Gdy 2 października Niemcy wkroczyli do Jastarni, Juraty i Helu, wśród jeńców znaleźli się zarówno ci, którzy walczyli, jak i pragnący się poddać już dużo wcześniej. Tylko przezorności Józefa Unruga należy zawdzięczać oszczędzenie życia spiskowców. Egzekucje mogły być bowiem brzemienne w skutki.

Admirał komentuje ten problem następująco:

Byłem przekonany, że tym fatalnego biegu wypadków nie zmienię, że natomiast rozstrzelanie własnych żołnierzy, w dużej części Kaszubów, zostanie wykorzystane w przyszłości przez nieprzyjacielską propagandę, celem wywołania nienawiści Kaszubów do Polski. Jednym słowem przyszedłem do wniosku, że chwilowa korzyść nie stoi w racjonalnym stosunku do nieobliczalnej i długotrwałej szkody.

Wróćmy jednak do meritum. Po ogłoszeniu kapitulacji Warszawy, w nocy z 27 na 28 września, o czym generał dywizji Juliusz Rómmel (najstarszy wówczas rangą dowódca walczących polskich wojsk) poinformował szyfrem Marynarki Wojennej „Mar-Gamma” kontradmirała Unruga, że daje mu wolną rękę w sprawie zaprzestania walki na Helu, z sugestią, że zbyteczny rozlew krwi jest niepożądany. Dowódca musiał teraz wybrać najbardziej optymalny termin kapitulacji, dalszy opór nie rokował żadnych nadziei. Podczas odprawy, z ust Steyera padły historyczne słowa: „Wszyscy kapitulują we wrześniu, my wytrzymamy do października!”. Dowódca Rejonu Umocnionego Hel nie mógł wtedy wiedzieć o walkach prowadzonych przez wojska generała Franciszka Kleeberga, dowodzącego Samodzielną Grupą Operacyjną (SGO) „Polesie”.

W międzyczasie w sopockim „Grand Hotelu” spotkali się niemieccy dowódcy. Kontradmirał Schmundt i generał Kaupisch uzgodnili wytyczne uderzenia na Hel drogą lądową. Generał Kaupisch stwierdził, że jego oddziały będą gotowe do natarcia w ciągu najbliższych dni. Choć ostatecznie zrezygnowano z desantu, oficerowie postanowili, że część oddziałów lądowych opłynie na pontonach pozycje obronne Polaków pod Chałupami. Aby jednak zdobyć tę pozycję, należało ją wcześniej skruszyć silną nawałą artyleryjską. Jednocześnie ciężkie jednostki nawodne Kriegsmarine miały obłożyć ogniem odcinek między Kuźnicą a Jastarnią, aby uniemożliwić obrońcom otrzymanie wsparcia i zaopatrzenia z zewnątrz.

Podczas spotkania w Sopocie wspomniani dowódcy postanowili także wystosować do admirała Unruga radiowe wezwanie do poddania Helu. Tekst odezwy w języku polskim nadawało wieczorem radio gdańskie, sukcesywnie co pół godziny. Znalazła się tam informacja, że 29 września o godzinie 14.00 do obrońców przybędzie niemiecki parlamentariusz. Gdy dowódca Floty nie zareagował na tę propozycję, nieprzyjaciel rozpoczął przygotowania do ostatecznego szturmu.

30 września Niemcy rozpoczęli zmasowane lądowe natarcie, zajęli Chałupy i posuwali się w kierunku Kuźnicy. Złamanie oporu Polaków było kwestią czasu. W szeregach obrońców pojawiły się dalsze przypadki obniżenia morale, część rezerwistów jawnie nakłaniała do złożenia broni.

Do decydującego natarcia Niemcy mogli przystąpić dopiero po sprowadzeniu dodatkowych sił. Atak lądowy na Hel przy wsparciu z morza i powietrza był jednak możliwy dopiero 3 października. Jednym z powodów opóźnienia było wysadzenie 30 września założonych w poprzek półwyspu (pod Chałupami) dwóch zapór minowych z głowic torped. Obrońcy chcieli w ten sposób przerwać mierzeję, co stworzyłoby dodatkową przeszkodę dla atakujących. Wybuch, choć potężny, okazał się jednak nie dość silny – zakopane zbyt płytko głowice torped nie były w stanie oddzielić polskiej części półwyspu od terenu opanowanego przez wroga. Wybuch spowodował jedynie powstanie lejów, które szybko wypełniły się wodą. Zmuszono jednak Niemców do wzmożonej ostrożności, co spowolniło tempo natarcia.

Po kapitulacji Warszawy i Modlina, ostatnimi dwoma punktami zorganizowanego oporu pozostały Hel i SGO „Polesie” (walki tego ostatniego zgrupowania trwały do 6 października). W tej sytuacji nocą z 30 września na 1 października w schronie dowódcy Floty odbyła się narada wojenna. Prócz głównodowodzącego wzięli w niej udział: komandor dyplomowany Marian Majewski, komandor dyplomowany Stefan Frankowski i komandor Włodzimierz Steyer. Oficerowie, z admirałem Unrugiem na czele, byli zgodni, że dalsza obrona Helu straciła sens, wobec czego można z czystym sumieniem skapitulować. Tym bardziej, że w oddziałach piechoty brakowało amunicji i żywności. Nie bez znaczenia było też nastawienie wcielonych do Wojska Polskiego Kaszubów, którzy uważali się za Niemców.

Dodatkowych kłopotów przysparzało obrońcom niezadowolenie miejscowej ludności pochodzenia niemieckiego. Biorąc to wszystko pod uwagę, admirał Józef Unrug uznał, że dalsza walka jest beznadziejna, a następne ofiary – niepotrzebne. Oficerowie uznali, że przedłużenie obrony jest możliwe najwyżej o pięć, do dziesięciu dni. Znając wielkie poczucie odpowiedzialności oraz dyscyplinę, jaką admirał narzucał sam sobie, można być pewnym, że jego decyzja o poddaniu Helu została podjęta ze świadomością wszystkich konsekwencji, również tych historycznych. Podczas narady tylko komandor Majewski sprzeciwił się poddaniu placówki, nie podając jednak argumentów za dalszą walką. Później także inni oficerowie, ci z pierwszej linii, mieli do admirała pretensje z powodu zbyt wczesnej, ich zdaniem, kapitulacji. Unrug odpowiadał im w sobie właściwy sposób:

Panowie oficerowie... Wszakżeż nie zezwalam na dalszy rozlew marynarskiej i żołnierskiej krwi! Niemcy i tak tę wojnę przegrają. Jeszcze Polska nie zginęła.

Jeszcze dwa dni wcześniej, 29 września, dowódca Floty zagrzewał w swych rozkazach załogę Helu do dalszego mężnego oporu. Apelował do obrońców by trwali na posterunku aby udowodnić światu, że żołnierz polski nawet w najcięższych warunkach nie odda bez walki ani pędzi ziemi. Przekonywał żołnierzy, że nawet największe ofiary i przelana krew staną się żywym świadectwem ich trwania nad polskim morzem.


  
Obowiązek żołnierski został już jednak spełniony, a fatalnego biegu wydarzeń nie sposób było zmienić. Hel stracił znaczenie jako baza PMW. Dlatego przedstawione później powody decyzji Unruga o kapitulacji samotnego półwyspu były jak najbardziej racjonalne:

1. Dalsza walka byłaby możliwa tylko w razie uśmierzenia buntowniczych fermentów wśród oddziałów. To byłoby jednak związane z wewnętrznym rozlewem krwi, do czego pod żadnym warunkiem nie chcę dopuścić.

2. Nawet w wątpliwym zresztą wypadku, żeby się udało uśmierzyć bunt, za cenę rozlewu krwi, dalsza obrona wobec przewagi npla i już objawiającego się u nas braku amunicji artyleryjskiej (zwłaszcza amunicji przeciwlotniczej) nie mogła trwać dłużej jak 5 do 10 dni i pociągnęłaby za sobą duże straty w ludziach.

3. Flota morska, zwłaszcza okręty podwodne, przestały walczyć na Bałtyku („Wilk” i „Orzeł” opuściły Bałtyk, „Ryś”, „Żbik” i „Sęp” internowane w Szwecji). Zatem Hel stracił już swe znaczenie jako baza naszej floty i jako punkt kierowniczy jej działania na Bałtyku.

Na końcu podkreśliłem, że odpowiedzialność za kapitulację spoczywa wyłącznie na mnie i że się tą odpowiedzialnością wobec moich przełożonych z nikim nie zamierzam dzielić.

Z decyzją admirała nie zgadzało się wielu oficerów i żołnierzy. Choć chcieli dalszej walki, posłuchali jednak przełożonego. 1 października kontradmirał Unrug wydał rozkaz nr 28:

W dniu dzisiejszym o godzinie 8 rano zwróciłem się przez radio do prowadzącego przeciwko nam działania wojenne admirała niemieckiego z propozycją zaprzestania walki i porozumienia się przez parlamentariuszy.

Żołnierze! W tej decydującej chwili wzywam was do zachowania karności i spokoju oraz bezwzględnego wykonania rozkazów waszych przełożonych.
Rozkaz proszę odczytać przed frontem wszystkich oddziałów
.

Już 20 minut po nadaniu radiowego sygnału (w języku polskim) do dowódcy niemieckich oddziałów operujących przeciw załodze Helu, nadeszła odpowiedź: Niemcy zaproponowali zawieszenie broni o godzinie 14.00. Dwie godziny później parlamentariusze, którzy mieli wziąć udział w rozmowach kapitulacyjnych, czekali już w helskim porcie wojennym. Na delegata strony polskiej admirał Unrug wyznaczył szefa Sztabu Dowództwa Floty, komandora dyplomowanego Mariana Majewskiego, któremu przydzielono jako tłumacza kapitana Antoniego Kasztelana, oficera wywiadu. Opuścili oni Hel na pokładzie rybackiego kutra, by na morzu przejść na przysłany po nich niemiecki kuter trałowy z białą flagą na maszcie.

O godzinie 17.00 w sopockim „Grand Hotelu” rozpoczęło się ustalanie warunków kapitulacji. W rozmowach uczestniczyli kontradmirał Schmundt, dowódca niemieckich sił morskich w Zatoce Gdańskiej oraz generał Kaupisch, dowódca niemieckich sił lądowych. Ten ostatni został upoważniony przez generała Waltera Heitza (od 14 września był dowódcą wojsk lądowych na obszarze Gdańska i Pomorza Gdańskiego) do prowadzenia rokowań. Miał domagać się bezwarunkowej kapitulacji. Warto podkreślić, że przyjęcie polskich oficerów było uprzejme, by nie powiedzieć, że wręcz kurtuazyjne. Po formalnościach wstępnych i przedłożeniu pełnomocnictw, rozpoczęły się półtoragodzinne rokowania.

Rozmowy przebiegały bardzo spokojnie, a żądania Niemców nie wykraczały poza to, czego można było się spodziewać w tej sytuacji. Istotnych punktów spornych nie było. Strony ustaliły, że niemieckie oddziały wojskowe zajmą część półwyspu od jego nasady do Jastarni, a jednostki Kriegsmarine – od Jastarni po Hel. Polacy zostali zobowiązani do przekazania w dobrym stanie wszelkich obiektów wojskowych oraz składów broni i amunicji. Tymczasem w nocy z 1 na 2 października, na rozkaz Unruga, mimo zastrzeżeń strony niemieckiej, w oddziałach przystąpiono do niszczenia broni, amunicji i sprzętu wojskowego. Na niezatopionych jednostkach morskich zdewastowano wszelkie mechanizmy, przede wszystkim zaś zniszczono dokumenty i szyfry.

Wyznaczony przez polskie dowództwo oficer marynarki miał udzielić szczegółowych informacji na temat pól i zapór minowych. Wspomnianym oficerem był komandor podporucznik Andrzej Łoś, który przez następny tydzień dowożony był przez Niemców z Gdyni na półwysep, by kierować oczyszczaniem zaminowanego terenu. Do prac tych wykorzystano polskich marynarzy i podoficerów.
    

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj