Fragment książki "Andersen. Życie baśniopisarza"

 
Krasnoludek zajrzał przez dziurkę od klucza i zobaczył, że student czyta postrzępioną książkę [...]. Och jak tam było jasno! Z książki unosił się świetlisty promień, zmieniający się w pień, w ogromne drzewo, które wznosiło się wysoko, wysoko i szeroko rozkładało nad studentem swoje gałęzie. Każdy listek zielenił się soczystą zielenią, a każdy kwiat był śliczną główką młodej dziewczyny. [...] takich wspaniałości mały krasnoludek nigdy nawet sobie nie wyobrażał.

H.Ch. Andersen, Krasnoludek u kupca


  
Przeprowadzka na wiosnę 1827 roku ze smaganego wiatrem, białego budynku szkoły w Helsingør do malutkiego pokoiku na poddaszu, z ukośnymi ścianami i podłogą z gołych desek, w Kopenhadze była dla Andersena wielkim krokiem na drodze do szczęścia. Z natury był miastowym szczurem: niespokojnym, łatwo się nudzącym, stale potrzebującym dramatu; uwielbiał teatr, plotki i rytuały życia towarzyskiego. Ze swojego okna przy Vingårdsstræde 6 miał widok na kryte czerwoną dachówką dachy aż po wieżę kościoła św. Mikołaja. W letnie wieczory zwykł śnić na jawie, wsłuchując się w dźwięk organów i patrząc, jak zachodzi słońce, a chmury przybierają kształt górskich szczytów. Wynajmował pokój od pewnej wdowy w jednym z najstarszych budynków stolicy, średniowiecznym domu ze sklepioną piwnicą, w której od czasów średniowiecza mieściła się karczma Król Hans. Za rogiem znajdował się Teatr Królewski, a parę minut dalej, po drugiej stronie Kongens Nytorv, domy Collinów i Wulffów. Od swej stancji miał kilka kroków do portu i nad morze, do miejsca gdzie jedna z sióstr Małej syrenki lubiła wypływać na powierzchnię wody, aby obserwować życie miasta: „najpiękniej – mówiła – było leżeć w świetle księżyca na piaszczystej mieliźnie przy spokojnym morzu i blisko brzegu widzieć wielkie miasto, w którym światła połyskiwały jak setki gwiazd, słuchać muzyki i szumu oraz turkotu wozów i głosów ludzi, spoglądać na liczne wieże kościołów i zamków, i słyszeć, jak biją dzwony.”

Andersen lubił życie studenckie. W niektórych przedmiotach, jak matematyka, czuł się wystarczająco pewnie, żeby przygotować się sam oddzielnie do egzaminu wstępnego na uniwersytet, ale w łacinie i grece potrzebował pomocy. Jego nowy nauczyciel, językoznawca i historyk Ludvig Christian Müller, był miłym, głęboko wierzącym młodym człowiekiem, którego Andersen od razu polubił. Mieszkał na wyspie Amager, po drugiej stronie kanału, idąc z centrum Kopenhagi, i w latach 1827–1828 Andersen dwa razy dziennie chodził tam i z powrotem z Kongens Nytorv, wzdłuż ruchliwej arterii, zwanej kanałem Holmen, przez most na Amager. Wieczorami uczył się albo pisał, jeśli miał ochotę. Obraz studenta na poddaszu zawsze urzekał Andersena: w tomie opowiadań Książka z obrazkami bez obrazków księżyc zagląda przez okna na poddaszu, aby opowiadać młodzieńcowi historie, a w baśni Krasnoludek u kupca tytułowego krasnoludka, mieszkającego na parterze u kupca, który mu zostawia kaszę z masłem, przyciąga blask lampy na strychu, gdzie czyta książki „prawdziwy student, który nie posiadał nic”.

Andersen był biedny jak ów bohater z baśni, w każdy dzień tygodnia jadał kolację u jednej ze znakomitych kopenhaskich rodzin – w poniedziałki u Wulffów, w czwartki u Collinów, w piątki u Ørstedów, i tak dalej. Podobnie przyjmowano w zamożnych domach studentów przybyłych z prowincji; dzięki temu obyczajowi mogli oni poznawać mieszczańskie i intelektualne życie stolicy. U Ørsteda, na przykład, Andersen zainteresował się nauką, tam spotkał prywatnie profesora Von Schmidtena, u którego później zdawał egzamin z matematyki; na egzaminie ustnym Von Schmidten rozmawiał z Andersenem o jego planach literackich. W takich kręgach Andersen niebawem nawiązał stosunki z ówczesnymi ważnymi personami teatru, dramaturgami Oehlenschlägerem i Johanem Ludwigiem Heibergiem. Umiał też związać się ze swoimi dobroczyńcami i w inny sposób. Zabawiał dzieci, robiąc wyjątkowo piękne wycinanki – tancerzy, pałace z otwierającymi się wrotami, postaci z commedia dell’arte, jak Pierrot, i ulubiony złodziej serc, przedstawiający człowieka na szubienicy z sercem u stóp – i był mile widzianym gościem.

Jeden z tych otwartych domów szybko zaczął się dla Andersena liczyć bardziej niż inne. Kolacje u Collinów, w ciemnym, skromnie umeblowanym domu na Bredgade, z niewygodnymi twardymi krzesłami, bez dywanów, poduszek czy kwiatów, ze starym pianinem w kącie i parą ogarów leżących u stóp Jonasa, początkowo onieśmielały Andersena. Collin miał pięcioro dzieci – Ingeborgę (urodzoną w 1804), Gottlieba (1806), Edvarda (1808), Louise (1813) i Theodora (1815) – mniej więcej jego rówieśników. Dzieci tworzyły zamknięty klan, wymieniając żarty i aluzje w niemal prywatnym, domowym języku, tak iż chłopak czuł się wykluczony z ich towarzystwa. Edvard przyznał później: „[...] nasza rodzina skupiona była na sobie i w naszym małym światku panowała atmosfera, która wyrażała charakter domu” . Wszyscy członkowie rodziny byli do siebie podobni: silni, dobrze zbudowani, spokojni, ciemnowłosi, o kwadratowych twarzach i zwyczajnych rysach; na wspólnej fotografii chudy i wysoki Andersen, z wielkim haczykowatym nosem, wygląda jak nader niezgrabny odmieniec, brzydkie kaczątko w gnieździe.

Nad wszystkimi górował łagodny, ale stanowczy Jonas, najbardziej energiczny i najlepiej ustosunkowany człowiek w Kopenhadze: minister finansów, założyciel Kopenhaskiej Kasy Oszczędnościowej, dyrektor teatru, inspektor szkół i więzień, sekretarz fundacji pożytku publicznego, wspierającej artystów w rodzaju Andersena, założyciel duńskiego Towarzystwa Zbawienia Dzieci Porzuconych. Interesy i filantropię miał we krwi. Był self-made manem, którego przodkowie przybyli do Kopenhagi z Kolding na Jutlandii i tu zmienili nazwisko na Collin. Jak twierdzi biograf Collinów, „wszelkie ślady prowincjonalizmu zostały wymazane, pozycja towarzyska rodziny podniosła się o stopień lub dwa i czuło się jej autentyczny autorytet” . W Księdze życia Andersen pisał: „Bałem się ojca, choć kochałem go całym sercem; strach brał się stąd, że wierzyłem, iż całe moje powodzenie w życiu, ba, cała moja egzystencja, zależą od niego” . W dziennikach nie zawsze jest jasne, czy Andersen zwraca się do Boga, czy do Jonasa, i istotnie wydaje się, że nie zawsze umiał ich odróżnić. W 1839 roku, kiedy był już uznanym autorem, wyznał, że patrzył na Jonasa jak na „[...] jakąś nieomylną istotę. [...] ma z pewnością rację, kiedy osądza, jak surowy Bóg musi sądzić. Czuję własną niemoc, czuję, jak bezużyteczny jestem na tym świecie i jak daremne są moje wszystkie wysiłki – a jednak nie śmiem umrzeć” . Andersen często tak się czuł wobec Jonasa i podobnie jak w wypadku Meislinga, strach przed Collinem prześladował go w snach aż do śmierci.

Synowie Collina w 1827 roku ukończyli gimnazjum klasyczne i byli gwiazdami uniwersytetu w drodze do błyskotliwej kariery zawodowej: Edvard został urzędnikiem państwowym i bankierem, Gottlieb szefem Funduszu Emerytalnego i sędzią, Theodor lekarzem okrętowym i dyżurnym lekarzem Teatru Królewskiego; w późniejszych latach leczył Andersena. Obie córki Collina poślubiły sędziów. Wszyscy naturalnie poszli za przykładem ojca i byli wobec Andersena życzliwi, choć nieco protekcjonalni. Edvard pomagał mu w nauce łaciny, Ingeborga, która wyszła za mąż i opuściła rodzinny dom, drażniła się z nim, aby się czuł swobodniej, i Andersen z radością odpowiadał na jej żarty. „Najstarsza córka wyszła za mąż i wyprowadziła się, ona najwięcej się mną zajmowała, inne dzieci w ogóle tego nie robiły”, pisał w Księdze życia. „Edvard wydawał się tak chłodny i nieprzystępny, że byłem przekonany, iż mnie nie cierpi, traktuje z góry, a nawet jest moim wrogiem. Tak myślałem o człowieku, który później stał mi się nieskończenie drogi i który, wiem teraz, jest moim najlepszym i najbardziej wypróbowanym przyjacielem.”

Stopniowo Andersen zaprzyjaźnił się z Collinami i im częściej ich odwiedzał, tym bardziej pragnął stać się jednym z nich. Stanowili idealną rodzinę mieszczańską; ich powodzenie, bezpieczeństwo, kultura, życzliwość stanowiły przeciwieństwo samotności i niepewności Andersena. Zaczął nazywać dom przy Bredgade „domem domów” i marzył o nim jak o przystani, gdzie zawsze będzie serdecznie witany. Po jego śmierci Edvard napisał, że Andersen cieszył się, iż Collin traktuje go jak syna, lecz smucił, że nie jest nim naprawdę. Wnuczka Ingeborgi, Rigmor Stampe, twierdziła z kolei, że Andersen zawsze czuł się obco wśród Collinów, jakkolwiek byli dla niego mili. W 1827 roku Andersen pierwszy raz poczuł obsesyjne przywiązanie do tej rodziny, które miało trwać przez całe jego życie.

Ale Collinowie byli w owym czasie jedynie częścią świata kultury i nauki – skądinąd najatrakcyjniejszą – który nagle się przed nim otworzył. Andersen miał osiemnaście miesięcy na przygotowanie się do egzaminu wstępnego i umówił się sam ze sobą, że chodząc dwa razy dziennie do nauczyciela na wyspę Amager, skoncentruje się na lekcjach, ale wracając stamtąd, będzie oddychał swobodnie i pozwoli, by przychodziły mu do głowy „barwne poetyckie obrazy” . Cały świat dzielił je od melancholii Umierającego dziecka – były komiczne, fantastyczne i satyryczne. Gdy we wrześniu 1828 roku Andersen zdał egzamin (mimo niskiej oceny z łaciny), powrócił do pisania. Wspominał później: [pofolgowałem] barwnym fantazjom i pomysłom, które w drodze od mojego nauczyciela jakby mnie prześladowały; poleciały w świat w formie mojego pierwszego pracy: Piesza podróż od kanału Holmen do wschodniego cypla wyspy Amager.”

Andersen pisał ten utwór zimą 1828 roku na swoim poddaszu, do czego nawiązuje początek fabuły: „W wigilię nowego, 1828 roku siedziałem samotnie w moim pokoiku i patrzyłem na pokryte śniegiem dachy sąsiednich domów; wtem wtargnął do mojej duszy zły duch zwany szatanem i tchnął we mnie ową grzeszną myśl, by zostać pisarzem”. Tytuł odtwarza drogę Andersena do nauczyciela, podtytuł zawiera daty: „w 1828 i 1829 roku”; dowcip polega na tym, że owa „piesza podróż” to przechadzka o północy – młody poeta wędruje po mieście w ostatnich godzinach 31 grudnia 1828 roku i pierwszych 1 stycznia 1829; utwór ten został opublikowany 2 stycznia 1829 roku.


Piesza podróż jest komiczną fantazją w stylu E.T.A. Hoffmanna, którego baśnie na początku XIX wieku cieszyły się wielką sławą w Niemczech i w północno-wschodniej Europie. Carlyle przetłumaczył je na angielski, lecz nigdy nie przyjęły się w świecie anglosaskim; dzisiaj jedynie Historia o dziadku do orzechów i o królu myszy, na której motywach powstał balet Czajkowskiego, jest bardziej znana. Hoffmann zmarł w 1821 roku, lecz i w następnych dziesięcioleciach był niezmiernie popularny w Europie. W 1828 roku Andersen nazwał kółko czytelnicze, które założył z dwoma przyjaciółmi, tytułem ostatniego zbioru opowiadań Hoffmanna: Bracia serafiońscy. Notabene Hoffmann należał do berlińskiego klubu o tej samej nazwie. Trzej młodzi duńscy pisarze spotykali się, z papierami sterczącymi z kieszeni, aby czytać sobie nawzajem swoje ostatnie utwory i oddawać hołd Hoffmannowi.

Hoffmann, niemiecki mistrz groteski, zastąpił teraz Waltera Scotta jako autor, który „zaraził” Andersena. Z trzech pisarzy, do których się przyznawał – Scotta, Hoffmanna i Heinego – wpływ Hoffmanna był najważniejszy i długotrwały; bez tego autorytetu Andersen nie byłby w stanie spożytkować fantazji i opowieści, jakie snuł w głowie od lat dziecinnych ani nadać im zdyscyplinowanej formy artystycznej.

Podobnie jak u Andersena, osobowość Hoffmanna naznaczyły urazy dzieciństwa: wzbudziły one w utalentowanym chłopcu absurdalną wizję świata i wyrósł on na człowieka osaczonego przez lęki i obsesje, których żaden zawodowy sukces nie mógłby usunąć w cień. E.T.A. Hoffmann – na chrzcie otrzymał imiona Ernst Theodor Wilhelm, lecz później zmienił imię Wilhelm na Amadeus, na cześć Mozarta – urodził się w 1776 roku w Królewcu, hanzeatyckim mieście w Prusach Wschodnich. Jego rodzice byli blisko spokrewnieni: ojciec, poważany prawnik, uroczy, lecz niezrównoważony, matka histeryczna i surowa kobieta. Hoffmann nazwał ich pożycie „komedią domowych waśni” ; małżeństwo zakończyło się rozwodem, gdy miał cztery lata. Jego ojciec znikł, zabierając z sobą starszego syna do innego miasta w Prusach Wschodnich i zostawiając Ernesta w domu babki, który był właściwie domem wariatów.

Babka Doerffler, „kobieta o budowie Amazonki, sparzonej z rasą Pigmejów” , miała obsesję na punkcie upadku swojej rodziny i tylko z rzadka opuszczała swój pokój. W drugim spoczywała na łożu boleści matka Hoffmanna, wątła i nerwowa, samotnie spożywająca posiłki i niewidująca się z nikim. Trzeci pokój dzielili wuj Otto Wilhelm Doerffler, czterdziestoletni stary kawaler, który kształcił się na prawnika, lecz przegrał haniebnie swoją jedyną sprawę sądową, oraz mały Ernst. Babka traktowała ich obu jak małe dzieci, Otto nazywany był w rodzinie swoimi tragicznymi inicjałami – O.W. wymawia się po niemiecku O Weh („Biada!”). Mieszkała z nimi jeszcze ciotka, pobłażliwa stara panna, a na piętrze lokatorka, niejaka Frau Werner, która uważała, że jest Najświętszą Panienką, jej syn zaś Mesjaszem. Goście nie mieli do domu wstępu, z wyjątkiem szkolnego kolegi Ernesta, zwanego Hippel, który w środy i niedziele po południu przychodził bawić się z nim i czytać Goethego; w te dni O.W. wychodził po obiedzie na długie spacery, aby chłopcy mogli zostać sami w pokoju.

Hoffmann był niski i okropnie brzydki; miał wielką głowę, kudłatą czarną czuprynę, wydatny nos, cienkie zaciśnięte wargi, malutkie dłonie i stopy; ale wyróżniał się inteligencją i dowcipem oraz świetnie grał na pianinie. Zaczął studiować prawo i zarabiać na życie lekcjami muzyki. W wyniku romansu z zamężną uczennicą został pospiesznie wyekspediowany na rządową posadę w Głogowie, ponurym śląskim mieście, gdzie mieszkał u kuzynostwa, którzy próbowali go zaręczyć ze swoją córką. Uciekł do Poznania w zaborze pruskim, ale za dużo pił, zirytował ministra złośliwymi karykaturami i został wygnany do Płocka innego upiornego miasta na wschodzie. Z rozpaczy ożenił się z młodą i niewykształconą polską katoliczką, Marią, którą ignorował przez cały czas małżeństwa. Wreszcie przyjaciel Hippel załatwił mu dobrą urzędniczą posadę w Warszawie, gdzie przez rok świetnie mu się powodziło, aż do przyjścia Napoleona w 1806 roku, kiedy to pruskie panowanie zostało obalone, a trzydziestoletni Hoffmann znalazł się bez pracy, bez grosza i na skraju szaleństwa.

W jego dziennikach pelno jest uwag o sobowtórach i rozdwojonej jaźni. „Wyobrażam sobie, że widzę się przez szkło powiększające – wszystkie poruszające się wokół mnie kształty to ja” . Niebawem – najpierw w prowincjonalnym mieście Bamberg w południowych Niemczech, gdzie znalazł przystań jako muzyk, później jako urzędnik Ministerstwa Sprawiedliwości w Berlinie – zaczął pisać fantastyczne opowieści o Doppelgångerach oraz ożywających kukiełkach i automatach – ojciec chrzestny Drosselmeier w Dziadku do orzechów to autoportret. Hoffmann zrewolucjonizował powieść psychologiczną. W 1814 roku tom jego niesamowitych opowieści pt. Obrazki fantastyczne w stylu Callota wprowadził rozdwojoną osobowość do literatury europejskiej. Potem przyszły powieści, jak Diable eliksiry, w której bohater zabija swojego sobowtóra i jest przez niego prześladowany, oraz Kota Mruczysława poglądy na życie, podwójna biografia „uczonego” kota i kapelmistrza borykającego się z przeciwnościami losu, oraz opowiadanie Sobowtór.

Obrazy sobowtórów ucieleśniały romantyczną obsesję śmierci. Wykorzystując doświadczenie osamotnienia, porażki i szaleństwa, Hoffmann stworzył nowy gatunek, opowieść fantastyczną, w której zdrowie psychiczne i obłęd, jawa i sen, są nie do rozróżnienia i gdzie człowiek toczy największą walkę nie ze światem zewnętrznym, lecz z własnym umysłem – ta myśł Hoffmanna prowadzi prosto do Freuda. Pisał nocami i niekiedy był tak przerażony dziwnymi tworami swojego umysłu, jak Coppelius i naturalnej wielkości lalka w Piaskunie – który zainspirował Delibes’a do napisania baletu Coppélia – że budził żonę, aby go uspokoiła. W wieku czterdziestu sześciu lat zmarł z przepicia, rozpaczy i rozstrojonych nerwów, a dla młodych literatów stał się swego rodzaju ikoną. Wielu dziewiętnastowiecznych twórców – m.in. Gogol, Puszkin, Dostojewski – przyznawało się do długu zaciągniętego u Hoffmanna.

Piesza podróż szczególnie wiele zawdzięcza Hoffmannowskim Przygodom w noc sylwestrową oraz Diablim eliksirom. Andersen nazwał tę ostatnią powieść „specyficzną, humorystyczną książką, swego rodzaju fantastyczną arabeską , i dodał: „w pełni oddaje [ona] całą moją osobowość i etap mojego rozwoju w owym czasie, co przejawiało się zwłaszcza w potrzebie bawienia się wszystkim, kpienia przez łzy z własnych uczuć – ta poetycka improwizacja była fantastycznie zmienną, kolorową tapetą.” Dzieło to opowiada o nocnych przygodach młodego poety spacerującego po mieście i o jego spotkaniach z mitycznymi postaciami, w tym z Faustem, św. Piotrem, który daje mu klucze do wyspy Amager, i z „długą, chudą Śmiercią”, która jedzie przez wyspę na przednim siedzeniu „[swego] dyliżansu pocztowego [...], paskudnie szczerząc zęby w świetle księżyca”.

W czasach Andersena płaska wyspa Amager była kopenhaskim ogrodem warzywnym, skąd codziennie przychodzili kramarze ze świeżymi produktami; te powszednie postaci – jak kobieta z Amager, uliczna przekupka handlująca kapustą i kartoflami, czy Louise, dziewczyna z kostnicy, która okazuje się muzą romantyzmu – nabierają w jego książce wymiaru wampirycznego. Poeta podróżuje w czasie do panteonu poezji, gdzie w czterech rogach siedzą Arystofanes, Szekspir, Cervantes i Hoffmann; pojawiają się Oberon, Tytania, Puk, pani Mab i „Kanibal” (Kaliban); chłopiec o motylich skrzydłach wzbija się w górę, a autor słyszy, jak dzieło Hoffmanna Diable eliksiry opowiada własną historię. Ale literaturę światową reprezentuje także pokonana armia maszerujących na Amager zmęczonych i zniszczonych tomów, za którymi ciągną ambulanse, sanitariusze i konie: Amager to panteon komiczny albo poetycki nawóz, dostarczający stolicy świeżych kapuścianych głów, czyli ulotnych dzieł literackich do natychmiastowej konsumpcji. W ten sposób Andersen wykpiwał zalew słowa drukowanego we współczesnym świecie.

Piesza podróż jest typową książką młodzieńczą, pełną pomysłów i ozdobników, migotliwą i hybrydyczną formalnie, świadczącą o oszołomieniu autora odkryciem literatury i szokującą masą metafor. Mona tu zobaczyć, jak nerwowość i marzycielstwo, tak irytujące Meislinga w Andersenie, za chwilę przerodzą się w dojrzałą, błyskotliwą fantazję, choć to dopiero zapowiedź. W tonie słychać pewną sztuczność, Andersen nadal poszukuje własnego głosu. Wiele jednak w tym tekście spraw, które go będą zajmować do końca życia: motywy baśniowe, nastrój absurdu i groteski, gra między życiem i śmiercią, oraz podskórnie wyczuwalne zwątpienie we własną sztukę i wartość poezji w ogóle. Ten problem powróci w późniejszych baśniach Andersena i w jego dziennikach. Jako dwudziestolatek zbyt był zaprzątnięty własną karierą, by przyznać się do tego rodzaju lęków, lecz tutaj, w Pieszej podróży, znalazły one nieświadomy, symboliczny wyraz.

Był to ambitny debiut i Andersen zażądał od uniwersyteckiego wydawcy Reitzla stu talarów zaliczki. Reitzel zaproponował mu siedemdziesiąt; Andersen odrzucił ofertę i wydał książkę własnym sumptem. Kosztowała jednego talara i cały pierwszy nakład, liczący 500 egzemplarzy, rozszedł się w ciągu miesiąca (w owych czasach w kraju liczącym milion mieszkańców, z czego większość niepiśmiennych chłopów, sprzedaż 1000 egzemplarzy uznawano za wielki sukces). Reitzel zaproponował Andersenowi sto talarów za drugie wydanie, które ukazało się w kwietniu 1829 roku, po czym pojawiło się trzecie oraz przekład na szwedzki. Książka cieszyła się takim wzięciem częściowo dlatego, że Andersen zawczasu zabiegał o względy wielu swoich dobroczyńców oraz krytyków i pisarzy – wszyscy oni czekali na jego debiut, który spełniłby ich oczekiwania na coś cennego i nieco dziwacznego – a częściowo dlatego, że proza ta była w modnym stylu Hoffmannowskim. W pochlebnej recenzji w piśmie „Maanedsskriftet for Litteratur” dramaturg i krytyk Heiberg chwalił książkę jako oryginalną i pełną wdzięku muzyczną fantazję i porównywał młodziutkiego autora do początkującego malarza, który próbuje sił w arabesce, zanim odważy się na poważniejsze dzieło.


Heiberga warto było pozyskać jako sojusznika; w owym czasie był on czołową postacią establishmentu literackiego Danii. Urodzony w 1791 roku, Johan Ludvig Heiberg był synem przebywającego na wygnaniu intelektualisty Petera Andreasa Heiberga i jego fascynującej żony Thomasiny. Ojciec Johana traktował jego matkę z zimnym lekceważeniem i gdy został wygnany, to poprosiła go listownie o rozwód, aby mogła poślubić szwedzkiego szlachcica, C.F. Gyllembourga, w którym się zakochała. List ten, uważany przez historyków duńskich za jeden z najpiękniejszych w ich języku, wzbudził sensację w czasach, gdy rozwody należały do rzadkości. Thomasina wyszła za Gyllembourga i napisała serię bardzo popularnych powieści romantycznych, które od 1827 roku wydawała pod pseudonimem, nierozwiązanym zresztą za jej życia. Ceną tego porozumienia z mężem było odebranie matce Johana Ludviga i oddanie go na wychowanie ludziom z literackiego dobrego towarzystwa, Knudowi i Kammie Rahbekom z Bakkehuset, gdzie chłopiec był bardzo nieszczęśliwy. W końcu uciekł stamtąd, ale zło się stało. Dzieciństwo uczyniło z Heiberga przeciwieństwo Andersena, i to pod każdym względem: uczuciowo lodowaty, w sensie społecznym oraz intelektualnym przewyższający go, świetnie ustosunkowany. Pisał popularne wodewile, a jego sztuka Elverhøj (Wzgórze elfów) została uznana za duński dramat narodowy. W 1829 roku uchodził w Kopenhadze za autorytet literacki. Choć szpetny, zabiegał o względy siedemnastoletniej aktorki Johanne Luise Pätges, która wyszła za niego i niebawem rządziła na scenie Teatru Królewskiego. Przez większą część życia Andersena był to jedyny teatr w Kopenhadze i miejsce, w którym pragnął zaistnieć; o zaskarbienie sobie sympatii owej pary było dla młodego autora ważne i zarazem trudne.

Po sukcesie Pieszej podróży Andersen natychmiast wystąpił z utworem scenicznym – wodewilem w stylu Heiberga pt. Miłość na Wieży Mikołaja albo Co mówi parter – którego premiera odbyła się w kwietniu 1829 roku. Sztuka opowiada o nocnym strażniku kopenhaskiej Wieży Mikołaja, który chce wydać córkę za strażnika innej wieży, choć dziewczyna kocha się w krawcu. Widownia ma zagłosować, któremu z pretendentów się poszczęści; jeśli będzie klaskać, dziewczyna wyjdzie za krawca, jeśli go wygwiżdże, wygra strażnik. To, że publiczność bierze udział w akcji, oraz zabawne odwoływanie się utworu do samego siebie – co cechuje późniejszą twórczość Andersena – zwróciło uwagę. Wodewil był też do pewnego stopnia satyrą na przebrzmiały już romans rycerski; w Teatrze Królewskim sztukę Andersena gorąco oklaskiwano.

Sukces był celem Andersena, od kiedy przybył do Kopenhagi dziesięć lat wcześniej. Swój triumf opisał następująco:

Moi koledzy studenci przyjęli [sztukę] z wielkim entuzjazmem, wznosili okrzyki: „Niech żyje autor!” [...] nie posiadałem się z radości [...], nie mogłem dać sobie z tym szczęściem rady, wypadłem z teatru na ulicę, i pognałem do domu Collinów, gdzie była tylko pani Collin. Niemal bez sił opadłem na krzesło i wybuchnąłem gwałtownym płaczem; pełna współczucia kobieta nie miała pojęcia, co ten płacz oznaczał, i zaczęła pocieszać mnie, mówiąc: – Proszę nie brać sobie tego tak do serca, i Oehlenschlägera wygwizdano, i wielu innych wielkich poetów. – Wcale nie gwiżdżą! – wyrzuciłem z siebie szlochając – klaszczą i wołają „Niech żyje!”.

W czerwcu, Andersen, jeszcze przeżywając swój sukces, odwiedził matkę w Odense i spędził lato na Fionii w szlacheckich majątkach Mariehøj i Tolderlund. W październiku 1829 roku zdał drugi egzamin uniwersytecki z filologii i filozofii, do którego sam się przygotowywał. Po egzaminie poczuł się wolnym człowiekiem i rzucił wszelkie studia; na Boże Narodzenie 1829 roku wydał swój pierwszy zbiorek poezji Digte (Wiersze). Nosi on datę 1830, jak to było wówczas w zwyczaju. Jest tam kilka humorystycznych i kila elegijnych wierszy oraz komiczny autoportret Andersena, który maluje siebie jako niezdarnego, gamoniowatego młokosa:

Patrzcie, na skarpie długaśna osoba!
Twarz u niej blada jak u Wertera,
Jak groszki zielone ma oczka oba,
Nos jak armata, nozdrza rozwiera.
I coś tam śpiewa z niemiecka: ach, sogar...
I patrzy wciąż w siną dal przed siebie,
Czegóż tak długo tam stoi, na Boga?
Daj spokój, nie wszystko można wiedzieć,
Lecz jedno wiem na pewno, nie mów «gdzie tam»,
To wariat, zakochany lub poeta
.

Tomik niczym się nie odznacza, wyjąwszy ostatni utwór: Widmo, ludowa baśń z Fionii. Jest to adaptacja motywu duńskich baśni ludowych o „pomocniku z zaświatów”, do którego Andersen wrócił pięć lat później, wykorzystując go w Towarzyszu podróży. W 1830 roku jego fabuła była jeszcze niekształtna, a jej cechujący się tajemniczością i obfitujący w klisze język w niczym nie przypominał prostego, potocznego języka późniejszych baśni. Ale Widmo mieści już w sobie wiele motywów – świat nadprzyrodzony, idea nieubłaganego losu i absurdalność istnienia – które miały dominować w późniejszych baśniach, i był to znaczący artystyczny krok. We wstępie Andersen pisał: „Kiedy byłem dzieckiem, największą przyjemność sprawiało mi słuchanie bajek [...] niektóre z nich są mało albo w ogóle nie są znane. Opowiadam tutaj jedną z nich i jeśli zdobędzie ona uznanie, w podobny sposób opracuję jeszcze inne i któregoś dnia ogłoszę zbiór duńskich baśni ludowych.”

Pomysł nie był nowy. Jacob i Wilhelm Grimm przez dwadzieścia lat zbierali bajki niemieckie, a pierwsze tomy ich Kinder- und Hausmärchen (1812-1815) rozbudziły w latach dwudziestych XIX wieku zainteresowanie folklorem w całej Europie. Angielski przekład German Popular Tales, ilustrowany przez Cruikshanka, ukazał się w 1823 roku. W Odense lekarz pułkowy Matthias Winther miał manię na punkcie duńskich baśni i zjeździł wzdłuż i wszerz całą Zelandię oraz wyspy na południu, namawiając starych wieśniaków, aby mu opowiadali bajki. W 1823 roku Winther wydał zbiór Duńskie baśnie ludowe. W Kopenhadze Just Matthias Thiele, asystent w Bibliotece Królewskiej i jeden ze sponsorów Andersena, zaczął zbierać duńskie legendy w 1817 roku. Miał w swoich wysoko cenionych zbiorach podpisane przez autorów egzemplarze baśni braci Grimm oraz pieśni ludowych Scotta, a w latach 1813-1823 wydał własne tomy z przedmową, w której porównał legendy do rumianych dzieci chłopskich, biegających w drewniakach wokół wioskowego stawu. W 1829 roku Andersen opowiedział się po stronie tej romantycznej ludowości. Po siedmiu latach spędzonych na nauce w szkole i na uniwersytecie próbował z rozmaitych form, poszukując własnego stylu. Jego Widmo było małym punktem zwrotnym.

„Pławiłem się w słuchaniu pochwał, które brzmiały mi w uszach, jak dźwięczne dzwoneczki. Młodość i radość zdawały się nie mieć granic. Życie leżało przede mną opromienione blaskiem słońca” , pisał Andersen na początku nowej dekady, w 1830 roku. Lecz na spokojnej tafli pojawiły się drobne fale, które niebawem miały się przerodzić w nawałnicę. Niespokojny i ambitny Andersen był pewien, że stać go na coś więcej niż Piesza podróż i wiersze; wiedział też, że jeśli ma zyskać poważanie, musi szybko wydać dzieło o większym ciężarze gatunkowym. Brakowało mu jednak odpowiedniej formy. Jednocześnie zaprzątały go sprawy finansowe i wciąż wyrzucał sobie, że opuścił świat swej matki, świat nędzy i ciemnoty.

„Jeśli zapomni Pan o kwestii urodzenia i będzie mnie traktował tak, jak ja traktuję Pana, to znajdzie Pan we mnie prawdziwego, najserdeczniejszego przyjaciela” , napisał w tym czasie Edvardowi Collinowi. 2 kwietnia 1830 roku, na dwudzieste piąte urodziny Andersena, matka podyktowała list, w którym dziękowała mu za przysłane pieniądze, zapewniając, że umarłaby, gdyby nie jego dobroć, bo nie jest w stanie wyżyć za dwadzieścia cztery szylingi tygodniowo. Ale choć Andersena dzielił ogromny dystans od środowiska, w którym wyrósł, przyszłość rysowała się niepewnie. Wynagradzał to sobie popisami przed przyjaciółmi i mecenasami, obnosił się ze swym sukcesem i deklamował swoje utwory. Swoje zachowanie tak wyjaśniał: „Czyż każdy młody człowiek nie chce się podobać? Z moją urodą nie udałoby się to, więc wspieram się tym, co mam oprócz niej” . Pod tym wszystkim nadal kryła się samotność pozbawionego miejskich korzeni młodzieńca, nieumiejącego nawiązać więzi i świadomego, że pociągają go niektórzy bliscy mężczyźni, z których żaden nie odpowiada z równą intensywnością na jego uczucia.

Najbardziej pociągał go Edvard Collin; wokół niego krążyli inni młodzi ludzie, którzy raz po raz olśniewali Andersena, po czym gdzieś znikali. W 1830 roku Edvard był dwudziestojednoletnim studentem prawa i otwierała się przed nim świetlana przyszłość. Jako syn Jonasa Collina cieszył się doskonałą pozycją społeczną. Był świetnym studentem, miał chłodny, racjonalny i zdyscyplinowany charakter i zapowiadał się jako doskonały urzędnik. Wyglądem się nie wyróżniał – miał kwadratową głowę i regularne rysy, zawsze pewny siebie i raczej trzeźwy wyraz twarzy. Andersen o nim pisał:

Wzrastał w szczęściu i swobodzie, były w nim energia i zdecydowanie, których mi brakowało; czułem, że jestem mu bliski; z czułością, całą moją duszą wychodziłem mu na spotkanie. Był bardziej praktyczny, trzeźwy, często źle rozumiałem jego intencje – jego, który miał dla mnie najgłębsze uczucia i pragnął mi przekazać cechy swego charakteru, mnie, który byłem jak chorągiewka na wietrze.

W jakiejś mierze Andersen pragnął być jak Edward, jak on pewny, prawy i zaradny; około roku 1830 Edvard stał się jego mentorem, przestrzegał Andersena przed próżnością i niemądrym zachowaniem w towarzystwie – na przykład czytaniem z zapałem na głos własnych wierszy na spotkaniach towarzyskich – i Andersen bardzo pragnął mu się podobać. „Coś w Panu od początku mnie pociągało, wiele rzeczy szanowałem i uważałem za piękne; Pan okazał zainteresowanie mną, a ja pragnąłem, by przeszło ono w coś więcej, pragnąłem, by stał się Pan moim przyjacielem, takim, jakich ma się tylko niewielu” , pisał w 1833 roku. Ale ilekroć chciał bardziej się spoufalić z młodym Collinem, brakło mu odwagi. Postanowił zatem wyjechać z Kopenhagi i próbował zdobyć Edvarda słowem raczej pisanym niż mówionym.
  

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj